Sport.pl

Gwiazdy sportu w roli matek: Nie jest lekko

Siatkarka Milena Rosner i koszykarka Agnieszka Bibrzycka to wielkie polskie gwizdy sportu, których sukcesy doceniano także w Europie. Teraz obie panie wróciły do gry po przerwie macierzyńskiej, ale największym ich wyzwaniem stało się wychowywanie dzieci - syna Milana oraz córki Małgorzaty.
Gdy w telewizji transmitowane są mecze siatkarskiej PlusLigi Kobiet, prawie dwuletni Milan rzuca się na telewizor i go obejmuje. Na razie za każdym razem wydaje mu się, że na ekranie widzi swoją mamę Milenę Rosner, zawodniczkę Impelu Gwardii Wrocław. Chłopiec był także na meczach ligowych w hali Orbita, ale akurat wtedy nie zwracał na mamę uwagi.

- I bardzo dobrze. Inaczej pewnie wyrywałby się i chciał wbiec na parkiet - śmieje się Rosner. - Mój syn jest w takim wieku, że wszędzie biega i trudno go upilnować. Dobrze, że jestem w niezłej formie fizycznej, więc mam siłę za nim gonić.

Agnieszka Bibrzycka, koszykarka CCC Polkowice, za swoją córeczką Małgorzatą nie musi biegać. Na razie. Dziewczynka ma dopiero pół roku, ale przecież wkrótce dorośnie. - Wtedy pokażę jej wszystkie wycinki z gazet, które kolekcjonuje moja mama. Niech córka zobaczy, jak grałam, nim ona przyszła na świat. Wkrótce Gosia pojawi się także po raz pierwszy na moim meczu w Polkowicach. Zamówiłam już nawet specjalne słuchawki, żeby chronić ją przed hałasem - opowiada zawodniczka CCC.

Na Dzień Kobiet Bibrzycka i Rosner opowiadają o urokach bycia jednocześnie matką, kobietą i sportsmenką.

Moja mama, czyli "Złotko"

Milena Rosner ma 32 lata. Jej największym sukcesem w karierze jest złoty medal mistrzostw Europy w 2005 roku. Od tego czasu ona i jej koleżanki z tamtej reprezentacji są nazywane "Złotkami". Poza tym zawodniczka Impelu Gwardii ma na koncie również tytuł najlepszej przyjmującej Ligi Mistrzów w 2007 roku, grę w ligach hiszpańskiej i włoskiej oraz dwa mistrzostwa Polski. Po ostatnim z nich - w 2009 roku - zdecydowała się na przerwę.

- Początkowo planowałam ją ze względów zdrowotnych, bo granie non stop w klubie i reprezentacji dało mi się we znaki. Potem pomyślałam, że byłby to najlepszy czas, żeby zajść w ciążę - mówi Milena, która w sumie nie trenowała przez prawie dwa lata. Jej syn urodził się jako wcześniak i nie wyobrażała sobie, że może go zostawić w domu i po prostu wrócić do sportu. Zdecydowała się na to dopiero w grudniu 2010 roku, kiedy podpisała kontrakt z rumuńskim Dinamem Bukareszt.

- W końcu odezwał się we mnie także instynkt sportsmenki. W stosunku do syna nadal jestem jednak jak kwoka, która bardzo troszczy się o swoje potomstwo. Mam nadzieję, że kiedyś mi przejdzie, bo wiem, że to może być zgubne - śmieje się siatkarka i dodaje: - Kobiety, które wracają do pracy, generalnie mają ciężko, ale jako zawodniczce szczególnie trudno było mi ze względów fizycznych. Nawet czasem zastanawiałam się, czy nie powinnam była zdecydować się na dzieci dopiero po zakończeniu kariery. Teraz jednak na pewno niczego bym nie zmieniła.

Zawodniczka Impelu Gwardii cieszy się wychowywaniem syna, choć nie ukrywa, że czasem trudno jest pogodzić role matki oraz profesjonalnej siatkarki. W końcu mały Milan czasem w nocy nie śpi, czasem zbudzi się o godz. 6, a ona musi przecież pójść na trening lub zagrać mecz.

- Nieraz odbija się to na boisku, bo trudno zaprezentować się dobrze, kiedy człowiek jest niewyspany, a poprzedniej doby przez 24 godziny był na chodzie. Nie ma jednak co narzekać, choć mężczyźni pod pewnymi względami na pewno mają łatwiej - uśmiecha się siatkarka.

Moja mama była najlepsza w Europie

Agnieszka Bibrzycka z CCC Polkowice do sportu po przerwie macierzyńskiej wróciła w lutym. Od razu została uznana za najlepszą zawodniczkę meczu reprezentacji Polski z gwiazdami ligi. - Generalnie fizycznie czuję się nieźle. Potrzebuję jednak trochę czasu, żeby dojść do dyspozycji sprzed ciąży - ocenia Bibrzycka. W swojej karierze grała w najlepszej lidze świata, czyli amerykańskiej WNBA, była mistrzynią Euroligi ze Spartakiem Moskwa, a w 2003 roku włoska "La Gazzetta Sport" uznała ją za najlepszą koszykarkę Europy.

Na przerwę macierzyńską Bibrzycka zdecydowała się w styczniu 2011 roku, kiedy występowała w rosyjskim UMMC Jekaterynburg. - W kontrakcie miałam zapis, że jeśli zajdę w ciążę, to zostanie on anulowany. Zdecydowałam się na to, bo chciałam zrobić sobie przerwę, dojrzałam jako kobieta, no i poznałam mojego Bartka - stwierdza koszykarka, która przyznaje, że po urodzeniu córki jej świat zmienił się o 180 stopni. - Kiedyś najważniejsze były koszykówka i mecze. Bardzo przeżywałam zarówno zwycięstwa, jak i porażki. Dziś grę traktuję bardziej jak pracę, a najważniejsza stała się moja córka - podkreśla Bibrzycka.

Zawodniczka CCC po urodzeniu dziecka chciała dość szybko wrócić do sportu, dlatego poprosiła o współpracę trenerkę od przygotowania fizycznego z Jekaterynburga. Ta rozpisała zawodniczce indywidualny tok ćwiczeń, który umożliwił Bibrzyckiej powrót do optymalnej dyspozycji. - Ta trenerka przygotowywała już wiele dziewczyn, które wracały do gry po urlopie macierzyńskim. Takich zawodniczek znam zresztą dość sporo i dlatego między sobą nie rozmawiamy o koszykówce, a głównie o dzieciach - śmieje się koszykarka z Polkowic.

Bibrzycka podkreśla, że kiedyś nie wyobrażała sobie dnia bez drzemki między treningami, a na każde zajęcia chodziła wypoczęta. Teraz to niemożliwe. - Wiadomo, że mała jest bardzo absorbująca i wymaga wiele uwagi. Dla mnie ogromną wartością jest jednak to, by z nią być i się pobawić, więc nie mam z tym większych problemów. Przy dłuższych wyjazdach nieoceniona jest instytucja babci - mówi.

Pytana o swoje macierzyńskie wrażenia Bibrzycka odpowiada: - Bycie dobrą mamą to ogromne wyzwanie, na pewno większe od jakiegokolwiek meczu czy turnieju. Generalnie jednak macierzyństwo jest super i czasem zastanawiam się, dlaczego wcześniej się na nie nie zdecydowałam. Po zakończeniu kariery na pewno chciałabym mieć przynajmniej jeszcze jedno dziecko.

Więcej o: