Józef Tracz komentuje olimpijski brąz Damiana Janikowskiego

Klubowy trener zapaśnika WKS Śląska Wrocław to legenda wrocławskich i polskich zapasów - z igrzysk olimpijskich przywiózł trzy medale, brązowe z Seulu i Atlanty, a srebrny z Barcelony. - Damian jest zaprogramowany na sukces, będzie mistrzem olimpijskim - mówi o swoim podopiecznym
Janikowski w poniedziałek zajął trzecie miejsce w olimpijskim turnieju zapaśników w stylu klasycznym w kategorii 84 kilogramów. Józef Tracz jego występ obserwował na żywo w Londynie.

Rozmowa z Józefem Traczem

Michał Karbowiak: Swój pierwszy medal olimpijski zdobył pan w wieku 24 lat, Damian Janikowski jest o rok młodszy...

Józef Tracz: Rzeczywiście nasza kariera przebiega na razie po dość zbliżonych ścieżkach. Ja, podobnie jak Damian, na rok przed pierwszymi igrzyskami zdobyłem wicemistrzostwo świata, a w Seulu szykowałem się do złota. Ostatecznie udało mi się przywieźć brąz, a potem z sukcesami walczyć na jeszcze dwóch olimpiadach. Damian jest młodszy ode mnie, więc też ma na to ogromną szansę. Uważam zresztą, że może w swojej karierze osiągnąć nawet więcej niż ja, może być mistrzem olimpijskim. On przed startem jest bardziej wyluzowany ode mnie, a to w sporcie bardzo pomaga. Nawet teraz po półfinałowej porażce z Egipcjaninem prosiłem go, żeby poszedł odpocząć, skoncentrować się. A on mówi: "Po co się trener spina, dam sobie radę". Widziałem wtedy, że tego brązu nie odpuści. I spisał się znakomicie.

Kiedy Damian stanął na olimpijskim podium...

- Przeszły mnie ciarki i łzy pokazały się w oczach. To była ogromna radość, bo zapasy to jest ciekawy, ale też niezwykle trudny sport. By dojść do dobrego wyniku, potrzeba wielu godzin treningów, lat wyrzeczeń. Zawodnik narażony jest na wiele mikrourazów, czasami poleje się krew, bo napiera na siebie dwóch niezwykle silnych ludzi. Dobry zapaśnik musi mieć w zasadzie wszystko: gibkość, siłę, szybkość, kondycję, koordynację. Musi też posiadać odpowiednią psychikę - nie spalać się po wyjściu na matę. Sukces Damiana dowodzi, że tacy ludzie jednak się rodzą, że prawdziwi wojownicy mogą do czegoś dojść. Damian takim wojownikiem jest i dlatego tak bardzo ucieszyłem się, widząc go na olimpijskim podium.

W zeszłym roku chciał pan jednak wyrzucić Janikowskiego z klubu za walki w formule MMA.

- Wyrzucić to może za duże słowo, ale rzeczywiście dostał ostrzeżenie i przeprowadziłem z nim ostrą rozmowę. Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby on uprawiał jakieś inne sporty, bo przecież zapaśnicy na treningach grają w koszykówkę, piłkę nożną czy jeżdżą na nartach. Chodziło tylko o to, żeby przed olimpiadą nie rozmieniał się na drobne, żeby nie doznał jakiejś głupiej kontuzji. Igrzyska w Londynie musiały być w tym momencie najważniejsze.

Szef sekcji zapaśniczej w Śląsku Mariusz Kruczyc powiedział mi zaraz po brązowym medalu, że Damian do sukcesu dojrzał.

- To prawda. Damian to kiedyś było takie żywe srebro, podczas treningu wszędzie było go pełno: na drabinkach, na suficie - naprawdę trudno było go okiełznać. Do tego był dość dziecinny. Wielką zmianę zaobserwowaliśmy po brązowym medalu na mistrzostwach świata juniorów, zdobytym dwa lata temu. Wtedy sportowo stał się mężczyzną, zobaczył, że naprawdę może wygrywać, i niemal zaprogramował się na sukces. Teraz do jego profesjonalizmu nie można mieć uwag, robi to, czego oczekują od niego trenerzy, cały czas się doskonali. I jest coraz lepszy, taką technikę jak on naprawdę ma niewielu zawodników na świecie.

Można jakoś porównać sukcesy Józefa Tracza i Damiana Janikowskiego w kontekście rozwoju zapasów we Wrocławiu?

- Wydaje mi się, że sukces Damiana może mieć na nie nieco większe przełożenie. Ja walczyłem na igrzyskach w zasadzie w trzech okresach: w 1988 roku, przy końcu starego ustroju, w 1992 - w trudnym czasie przemian, gdy nie było pieniędzy na sport, oraz w 1996 roku, kiedy było już pod tym względem trochę lepiej. Damian zdobył swój medal w czasach internetu, kiedy sportowcy są o wiele bardziej medialni. Może to nakręci nam koniunkturę i sprawi, że na salę przyjdzie jeszcze więcej dzieciaków. Wtedy łatwiej będzie nam takiego drugiego Damiana znaleźć. Ale jak widać, w Śląsku i tak nie jest pod tym względem źle.