"Piłkarz ma fantastyczne życie" - Sztylka o swojej karierze

Dariusz Sztylka

Dariusz Sztylka (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

- Tak naprawdę dopiero po zakończeniu kariery widać, jak fantastyczne życie ma piłkarz. Dziennie pracujesz trzy, cztery godziny, robisz to, co kochasz, a od pewnego poziomu płacą ci za to bardzo godziwe pieniądze - mówi Dariusz Sztylka, były kapitan Śląska Wrocław
Dariusz Sztylka to, żywa legenda Śląska. Spędził w nim ponad 11 lat. Z wrocławskim klubem wywalczył awans do II ligi i do ekstraklasy oraz kolejno zdobył Puchar Ekstraklasy, wicemistrzostwo i mistrzostwo Polski. W zielono-biało-czerwonych barwach rozegrał 263 spotkania, strzelając w nich osiemnaście bramek. Po zakończeniu ubiegłego sezonu, najlepszego dla klubu od 35 lat, postanowił zawiesić buty na kołku.

Rozmowa z Dariuszem Sztylką

Michał Karbowiak: Jak się pan czuje w roli piłkarskiego emeryta?

Dariusz Sztylka: Nie jest to łatwa sprawa. Serce cały czas ciągnie do piłki, do Śląska. Mam kontakt z chłopakami, interesuje mnie ich forma, wyniki. Teraz moje życie toczy się jednak o wiele bardziej dynamicznie niż wtedy, kiedy sam grałem w piłkę. Znacznie częściej nie ma mnie też w domu. Dla bliskich mam głównie weekendy, a w tygodniu o 7.30 zawożę syna do przedszkola, a potem zaczynam serię spotkań związanych z rzeczami, którymi teraz się zajmuję. A tych jest całkiem sporo. Z Krzyśkiem Wołczkiem założyliśmy szkółkę piłkarską Olympic dla dzieci w wieku od czterech do ośmiu lat, a z Remigiuszem Jezierskim mamy agencję sportową AS-35, która prowadzi warsztaty piłkarskie w zasadzie dla każdego.

Rzeczywiście, dużo tego.

- Wiadomo, że życie nie znosi próżni, a trzeba coś robić, żeby nie zwariować od siedzenia w domu. Tak naprawdę dopiero po zakończeniu kariery widać, jak fantastyczne życie ma piłkarz. Dziennie pracujesz trzy, cztery godziny, robisz to, co kochasz, a od pewnego poziomu płacą ci za to bardzo godziwe pieniądze. Nie ma też co ukrywać, że na razie między tym, co zarabiałem w Śląsku, a tym, co udaje mi się uzyskać z obecnych zajęć, jest po prostu przepaść. Ale to wszystko traktuję jak inwestycję w siebie, a przede wszystkim cieszę się, że zostałem przy piłce. W szkółce mamy około 150 dzieciaków, trenujemy na czterech boiskach we Wrocławiu. Sam prowadzę cztery grupy i czerpię z tego naprawdę ogromną radość.

W agencji AS-35 jesteście z Remigiuszem Jezierskim jak sportowi celebryci, których można wynająć na np. festyn parafialny?

- Generalnie uciekamy od bycia celebrytami i od festynów. Na razie byliśmy tylko na jednym, który na Bielanach organizował nasz przyjaciel i poprosił nas o pomoc. Poza tym pod Krakowem robiliśmy pokazowy trening i turniej piłkarski dla pracowników jednej firmy, a w Świdnicy wzięliśmy udział w meczu charytatywnym. Długo pracowaliśmy z Remkiem na nasze nazwiska i nie zamierzamy odstawiać chałtury. Chcemy, aby prowadzone przez nas warsztaty odbywały się w profesjonalnych warunkach, na dobrych boiskach piłkarskich czy w fajnych halach.

Jeśli zadzwonią ludzie z podopolskich Czarnowąs, to pojedzie pan?

- Nie wiem, ale na pewno wtedy wrócą stare wspomnienia, kiedy grałem tam ze Śląskiem. Bardzo szanuję ludzi działających w takich klubach jak tamtejsza Swornica, bo one też tworzą naszą piłkę. Jeśli po mistrzostwie Polski użyłem Czarnowąs jako przykładu, to tylko po to, by pokazać, jak długą drogę przeszedłem ze Śląskiem. Opowiedziałem wtedy dziennikarzom, że w III lidze, kiedy graliśmy ze Swornicą, to przebierałem się w tamtejszej szkole, która była tuż przy stadionie. A po latach sięgnąłem po złoty medal na pięknym obiekcie Wisły przy Reymonta. To naprawdę coś wspaniałego.

Co pan czuł jako piłkarz Śląska, który na mecze ligowe jeździł nie tylko do Warszawy czy Krakowa, ale właśnie do Czarnowąs czy Dobrzenia Wielkiego?

- Wstyd i rozgoryczenie, ale nie dlatego, że graliśmy w tych małych miejscowościach. Czułem wstyd, że mój Śląsk, obok stadionu którego się urodziłem i którego historię bardzo dobrze znam, doczekał tak smutnych czasów i musi błąkać się po III lidze. A na dodatek ja w tym uczestniczę. W III lidze najtrudniejsze dla mnie nie były mecze ze Swornicą czy z TOR-em, ale czas, kiedy złapałem kontuzję. Przez parę miesięcy byłem wyłączony z gry w klubie, który organizacyjnie był w opłakanym stanie. Z pomocą dobrych ludzi, m.in. naszego masażysty Jarka Szandrochy, udało mi się dojść do siebie. Jednak różne myśli przechodziły mi wtedy przez głowę. Także takie, żeby zupełnie skończyć z piłką.

Po spadku do III ligi chciał pan odejść do Górnika Polkowice, ale podobno nie zgodził się na to ówczesny prezes Śląska Grzegorz Schetyna.

- To nie było do końca tak, bo byliśmy w bardzo dobrych relacjach i prezes czekał na moją decyzję. Na to, że zostałem, najbardziej wpłynęła rozmowa z trenerem Grzegorzem Kowalskim. On powiedział, że jeśli jako kapitan z tej drużyny odejdę, to zespół się po prostu rozpadnie, bo inni pójdą moim śladem. Trafiły do mnie te argumenty i zostałem we Wrocławiu, czego absolutnie nie żałuję.

A co do prezesa Schetyny, to on również ma swoją dużą cegiełkę w tym, gdzie Śląsk jest dzisiaj i co osiągnął. Za jego czasów zarabiałem w klubie 2 tys. zł, miałem na utrzymaniu rodzinę i mieszkanie do wynajęcia, ale przynajmniej pensje wypłacano nam regularnie. To był pierwszy sygnał, że klub powoli staje na nogi.

Mógł pan przynajmniej dwa razy wyjechać ze Śląska za granicę...

- To prawda. W 2003 roku wyjechałem na tygodniowe testy do Izraela do Hapoel Kfar Saba. Wysłał mnie tam menedżer Michael Thiry, bo Śląsk rozpaczliwie szukał pieniędzy. Niestety, testy odbywały się na początku naszych zimowych przygotowań, a z kolei w Izraelu trwały już rozgrywki ligowe. Od kolegów odstawałem więc pod względem fizycznym i tamtejszy trener nie zdecydował się na zakontraktowanie mnie. Z kolei po spadku Śląska z II ligi pojechaliśmy z Radkiem Janukiewiczem na testy do Karpat Lwów. Wciąż byliśmy dla klubu towarem eksportowym, a on nadal nie miał pieniędzy. Na samej Ukrainie było już wtedy widać, że w tamtejszą ligę będą pompowane spore pieniądze. Problem w tym, że z Radkiem okradli nas w ciągu pierwszych 20 minut pobytu w hotelu i potem więcej czasu niż na treningach spędziliśmy w konsulacie. W ten sposób zostałem w Śląsku.

Do wrocławskiego klubu trafił pan dość późno, zważywszy na to, że z domu rodzinnego do stadionu na Oporowskiej jest 200 metrów. Tymczasem droga do Śląska prowadziła przez Wratislavię, Ślęzę Wrocław, Zagłębie Lubin i Polar Wrocław.

- Rzeczywiście, tych 200 metrów było dość wyboistych i długich. Jednak generalnie Śląsk to zawsze był mój klub, bo chodziłem na jego mecze. Mam nawet na koncie trzy wyjazdy kibicowskie: do Lubina, Wronek i Głogowa. Przed moim przejściem do Zagłębia Lubin zaproszono nas nawet z Krzyśkiem Wołczkiem na trening na Oporowską, ale ostatecznie nawet nie wyszliśmy na murawę. Kiedy przyszliśmy do klubu, nikt nie wiedział, kim jesteśmy i czego chcemy. Oferta z Zagłębia była za to dość konkretna, ale nigdy nie czułem się w Lubinie zbyt dobrze. Mieszkałem tam dwa miesiące, mało grałem, chciałem wrócić do Wrocławia i wybłagałem u trenera Adama Topolskiego wypożyczenie do Polaru. To była bardzo dobra decyzja.

W Polarze nie tylko dojrzał pan piłkarsko, lecz także podobno poznał żonę.

- To prawda. W zasadzie dzięki jednemu meczowi zyskałem i żonę, i mikrofalówkę (śmiech ). To były derby ze Ślęzą w III lidze. Strzeliłem bramkę, wygraliśmy spotkanie, a ja dostałem w nagrodę właśnie mikrofalówkę. Wtedy miałem ją chyba jako jedyny na całej ulicy, służy mi zresztą do dzisiaj. Do dzisiaj jestem też ze swoją żoną Magdą, którą poznałem na wieczornej imprezie po tamtym spotkaniu. Byliśmy z chłopakami ze Ślęzy na piwie i Magdę przyprowadził tam jej brat Marcin.

A jak poszło, kiedy w końcu trafił pan do Śląska?

- Kiedy w marcu 2001 trener Władysław Łach dał mi zadebiutować w drużynie w końcówce wyjazdowego meczu z Górnikiem Zabrze, to przez 13 minut biegałem na boisku wszędzie i nigdzie. Taki byłem podniecony, że udało mi się wreszcie zagrać dla Śląska. Wtedy wiele nauczyłem się od takich piłkarzy jak Piotr Jawny, Krzysztof Sadzawicki, Leszek Pisz i Grzegorz Szamotulski, którzy wówczas rządzili w naszej szatni. A w kolejnym sezonie jako zawodnik grałem już znacznie częściej i lepiej, choć właśnie wtedy spadliśmy z ekstraklasy.

Kiedy w szatni zaczął rządzić pan?

- Rządzić to złe słowo, bo zawsze jako kapitan starałem się budować dobrą atmosferę. Opaskę Piotrek Jawny przekazał mi po spadku do II ligi. Potem już tak zostało.

W czasie przerwy w meczach częściej mówił kapitan czy trenerzy?

- Wiadomo, że po zejściu na przerwę zawodnicy muszą sobie parę rzeczy wyjaśnić. Potem przychodzi trener i to wszystko stara się spiąć. Generalnie najmniej ze wszystkich mówił w takich momentach trener Lenczyk, który z reguły bardzo długo stał pod szatnią i dawał nam rozmawiać we własnym gronie. Potem na chwilę wchodził i wydawał krótkie komunikaty, bez specjalnego zabarwienia emocjonalnego. Ze wszystkich odpraw w Śląsku zapamiętam jednak tę Ryszarda Tarasiewicza, jeszcze w II lidze. Graliśmy wtedy z Ruchem Chorzów, w którym występowali m.in. Mariusz Śrutwa czy Krzysztof Bizacki. Trener Tarasiewicz przed meczem rozrysował skład rywali na tablicy, a potem zaczął mówić o wadach kolejnych piłkarzy Ruchu. Mówił, że jeden biega jak żółw, drugi ma słabe mięśnie, ktoś inny problemy ze stawami. I tak wymieniał ich problemy i równocześnie nazwisko tego piłkarza zmazywał z tablicy. W końcu zostało tylko czterech. "I co, z czterema nie wygracie?" - zapytał retorycznie trener Tarasiewicz i wyszedł z szatni. Wygraliśmy 3:1, a ja strzeliłem nawet gola.

Z którym trenerem miał pan największe problemy?

- Jako młody zawodnik nie mogłem dogadać się z trenerem Andrzejem Szarmachem w Zagłębiu Lubin. W Śląsku najgorzej było z trenerem Januszem Wójcikiem. On wszystkich w klubie traktował z góry, od zawodników zaczynając, a na zarządzie czy zwykłych pracownikach kończąc. Treningów w zasadzie nie prowadził. Na Oporowskiej pojawiał się dopiero w środę, bo wtedy przylatywał samolotem z Warszawy. We Wrocławiu czuł się jak na prowincji i dawał nam to odczuć. A ani Wrocław, ani Śląsk na to nie zasługiwały. Wiedziałem to, choć byłem młodym graczem.

Jako doświadczony zawodnik starł się pan z trenerem Lenczykiem przy okazji słynnych taśm, na których krytykował piłkarzy Śląska podczas spotkania z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem.

- O taśmach dowiedzieliśmy się w szatni. Chłopaki puszczali słowa trenera na laptopach i telefonach komórkowych. Z Sebastianem Milą poprosiliśmy szkoleniowca o rozmowę po zajęciach, bo wszystkich nas to, co powiedział, bolało. Lenczyk stwierdził, że taśm nie słuchał i nie będzie ich komentował. Wtedy zaczęliśmy z nim wspólnie rozmawiać, jedni nieco ostrzej, inni spokojniej. W tamtej sytuacji chyba najbardziej zaimponował mi Tadeusz Socha, który powiedział to, co wszystkim leżało na sercu. Że jeśli trener ma coś do nas, to powinien przyjść i powiedzieć nam to w oczy, a nie obgadywać nas za plecami. Lenczyk chyba zrozumiał swój błąd. Tamta rozmowa sporo nam pomogła, przede wszystkim oczyściła relacje ze szkoleniowcem. Wygraliśmy z Cracovią, a potem sięgnęliśmy po mistrzostwo Polski.

Jako wieloletni kapitan Śląska często musiał pan odrzucać propozycje korupcyjne składane zespołowi?

- Ani ich nie odrzucałem, ani ich nie składałem. Ze mnie w ogóle jest kiepski sprzedawca, słabo się targuję, samochód to zawsze w dobrej cenie oddam (śmiech ). Mówiąc już bez żartów, to były takie czasy, że mało było w piłce ludzi sprawiedliwych i uczciwych. Każdy - od pierwszego do ostatniego zawodnika w kadrze zespołu - wiedział, że jak nie będzie składał się na sędziego, podpisywał list, to nie osiągnie wyniku. Jednak my w Śląsku nie mieliśmy na to pieniędzy. W klubie były bardzo ciężkie czasy i to nas w pewnym sensie uratowało. W swojej karierze meczu nie sprzedałem ani nie kupiłem, ale nie zamierzam potępiać tych, którzy tak robili. Nie ma co mówić, że to sprzedawczyki, bo tak naprawdę za cały smród odpowiedzialnych było kilka osób. To one powinny zostać ukarane. Reszta w całym procederze brała udział biernie, dlatego nie powiem, że jestem dumny z tego, że mnie to nie dotknęło.

A z czego w takim razie jest pan dumny?

- Z tego, że osiągnąłem w Śląsku sukcesy, o jakich zaczynając karierę, mogłem tylko pomarzyć. Że dźwignąłem klub z III ligi aż do mistrzostwa Polski, że byłem długoletnim kapitanem zespołu, że zagrałem w nim na pięknym Stadionie Miejskim. Że wystąpiliśmy w europejskich pucharach, a grą i awansami dawaliśmy radość całemu Wrocławiowi. Szkoda mi tylko kontuzji, przez które nie mogłem grać tyle, ile chciałbym. Ale nie ma co narzekać. Teraz czekam, jak rozwinie się życie moich synów Łukasza i Kacpra. Sam chciałbym też wrócić kiedyś do Śląska jako trener. W końcu to mój klub i go kocham.

Komentarze (19)
"Piłkarz ma fantastyczne życie" - Sztylka o swojej karierze
Zaloguj się
  • wojak5036

    Oceniono 30 razy 18

    Panie Darku WIELKI szacunek za to co zrobił pan dla Naszego Śląska...

  • fichtel1

    Oceniono 31 razy 9

    I zapomniał dodać ze za niezla kase nie musisz sie starac bo fryzjer wszystko ustawil a kibole i piwosze tak wynik kupią.

  • 5agnihotra

    Oceniono 52 razy 6

    "Długo pracowaliśmy z Remkiem na nasze nazwiska i nie zamierzamy odstawiać chałtury."

    hehehehehe
    się zaksztusiłem
    hehhehee

    --
    www.musical-metro.pl - 25.01.2013 Hala Stulecia Wrocław !!!

  • bartassa

    Oceniono 4 razy 4

    powiedział szczerze ! ;)
    a jak ktoś musi szczerze, to nie powinno się go krytykować ! :)

  • smudzislaw

    Oceniono 26 razy 4

    Jak dla mnie to w sporcie jeśli chodzi o zarobki to jest coś nie tak.Niektórzy medaliści IO zarabiają mniej od przeciętnych piłkarzy.Z tego wynika,że lepiej być przeciętnym piłkarzem w słabej polskiej lidze niż jednym z najlepszych lekkoatletów w swojej dyscyplinie na świecie.

  • chynek

    Oceniono 7 razy 1

    www.naszdziennik.pl/sport-pilka-nozna/11670,pogon-lwow-bez-pomocy-pzpn.html

  • klinikka

    0

    i co w tym złego?

  • kichchi

    Oceniono 30 razy -6

    żałosny polski kopacz, messi i ronaldo trenuja po 10 godzin

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Wrocław - Wyniki/Terminarz

Wrocław - Wyniki/Terminarz »