Sport.pl

Wrocławski aktor chce postawić pomnik legendarnemu trenerowi piłkarzy Śląska

Kiedyś było więcej piłkarza w piłkarzu i więcej piłki w piłce. Ci dzisiejsi zawodnicy oczywiście grają lepiej, szybciej, ale w nich jest też więcej plastiku, żelu, tego całego szumu i blichtru - opowiada Stanisław Wolski, aktor, kibic Śląska.
Aktor Stanisław Wolski chce uhonorować legendarnego trenera Śląska Władysława Giergiela. Ten szkoleniowiec w sezonie 1964/63 pierwszy raz w historii wprowadził Śląsk do I ligi. Wolski wraz z kolegą planują na stadionie przy ul. Oporowskiej postawić statuę trenera Giergiela

Michał Karbowiak: Pana pierwsze skojarzenie z trenerem Władysławem Giergielem?

Stanisław Wolski: Sylwetka. Takich sylwetek już dziś nie ma. Elegancki pan w średnim wieku, w płaszczu w jodełkę i w kapelusiku w angielskim stylu. Pamiętam z meczów, że pan trener Giergiel cały czas wodził za piłkarzami wzrokiem i tylko od czasu do czasu wyciągał rękę i coś nią wskazywał. Albo kiwał głową po pytaniach od zawodników. Nie było krzyku, bluzgów, tego wszystkiego, co mamy dzisiaj. Nie wiem, czy Giergiel wziął to od Marlona Brando, czy Brando od Giergiela, ale on nie potrzebował robić wiatraka, żeby zawodnicy czy widzowie na niego patrzyli. To działo się samoistnie. Patrząc na jego relację z piłkarzami, to można było odnieść wrażenie, że on im ojcował. I oni jak ojca go traktowali.

Czyli jak potem reprezentanci Polski traktowali Kazimierza Górskiego?

- Rzeczywiście, z historii polskiego futbolu wiemy, że taka ojcowska postawa przynosiła dobre efekty. Chłopcy, którzy grali w Śląsku, często trafiali tu do wojska, byli daleko od domu. Może po prostu kogoś takiego potrzebowali. Poza tym trener Giergiel nadał tej drużynie charakter. Pan trener, mistrz, pokazał im, że oni mają grać godnie. I tak było, bo wejście do ekstraklasy w sezonie 1963/64 zespół miał wręcz piorunujące, zapewnił je sobie na dwie kolejki przed końcem sezonu. Myśmy wtedy z kolegami nie opuścili żadnego spotkania Śląska. A uczucie po decydującym meczu ze Startem Łódź było nie do opisania. Piękne zwycięstwo, pełny Stadion Olimpijski. I ta radość, że w końcu jesteśmy w I lidze. Potem Śląsk odniósł dużo zwycięstw, ale coś podobnego już się nie powtórzyło.

Z tej fascynacji chce pan postawić trenerowi Giergielowi pomnik?

- Pomnik to może nie. Mówiąc z lwowska, to będzie taka "statuia" w wymiarach 1:1 z nowych tworzyw plastycznych. Taka, którą będzie można na kołach przenieść w dowolne miejsce. To taki nasz wyraz czułej pamięci o trenerze. Robimy ją z moim kolegą Waldemarem Szmatułą; chciałbym, aby na wiosnę była gotowa. Trener Giergiel miałby jedną rękę w kieszeni płaszcza, a drugą wystawioną w jakimś kierunku. Na statui byłby napis: "Władysławowi Giergielowi, pierwszemu trenerowi, który pokazał, jak należy wygrywać". Chcielibyśmy, żeby stał gdzieś w klubie, żeby przyciągał oko. Bo jeśli pan mówi o mojej fascynacji, to ja mógłbym zapytać inaczej: dlaczego we Wrocławiu nie ma pamięci o Władysławie Giergielu?

A jak pan myśli?

- Może to kwestia problemów klubu, który nigdy nie miał czegoś na kształt muzeum, izby pamięci? A może to kwestia Wrocławia, w którym - jak odnoszę wrażenie - wszystko datuje się od 1989 roku? Sam nie wiem. Jestem jednak pewien, że kultywowanie tradycji, pamięci po wybitnych postaciach jest bardzo potrzebne. Bo dawniej też istniało wiele wartościowych rzeczy. Wie pan np., czym dawni piłkarze różnili się od dzisiejszych?

Czym?

- Kiedyś było więcej piłkarza w piłkarzu. I więcej piłki w piłce. Ci dzisiejsi zawodnicy oczywiście grają lepiej, szybciej, ale w nich jest też więcej plastiku, żelu, tego całego szumu i blichtru. Niektórzy z nich nie są już piłkarzami, tylko księgowymi. Odnoszę wrażenie, że o ile dawniej w futbolu było za mało pieniędzy, o tyle teraz jest ich trochę za dużo. Może dlatego gdzieś znikły zachowania gentlemanów. Kiedyś zawodnicy, wychodząc na boisko, krzyczeli najpierw: "Na cześć drużyny przeciwnej: hip hip, hurra!". Niby drobiazg, ale coś znaczył. Szkoda, że już tego nie ma.

Nazwiska zawodników tamtego Śląska pan jeszcze pamięta?

- Oczywiście. Na bramce Masseli i Brol, którzy mieli potem epizody w kadrze narodowej. W obronie był Siegert - oaza spokoju. Na prawej stronie Władysław Poręba, choć mikrego wzrostu, to znakomity defensor. Ulubieńcem kibiców był Walenty Czarnecki, człowiek od zadań specjalnych, który dawał się ponosić dopingowi publiczności, grał ambitnie. Gdyby sędziowie gwizdali tak jak dzisiaj, to nie wiem, czy wytrzymałby do połowy pierwszej połowy (śmiech). Był też Skowronek. Niewielkiego wzrostu, ale jak się wówczas mówiło - "kiwny". Byli Paweł Śpiewok, Krzywoń - cygan z Częstochowy, Kulik, bracia Blautowie. I wielu, wielu innych. 

Jak wyglądało kibicowanie?

- Myśmy z kolegami z Książa Małego nie zawsze mieli pieniądze na bilety, więc na stadion dostawaliśmy się inaczej. Najczęściej zeskakując z grabów, które na Oporowskiej rosły od strony nasypu. Pan w opasce, którego znaliśmy, wówczas się odwracał, a my spadaliśmy jak liście. Na trybunach wszyscy się znali, na dzień dobry trzeba było rzucić jakiś żart, który potem rozchodził się między kibicami. Doping narastał bądź słabł w zależności od tego, jak szło naszym piłkarzom. Jak atakowali, cały organizm ożywał. Jak coś nie wyszło, to słychać było tylko takie przeciągłe "Łeee". Na Oporowskiej siedziało się blisko boiska, można było usłyszeć, co zawodnicy do siebie mówią. Zawsze pachniało też trawą, bo dzień przed meczem koszono ją kosą. W dniu spotkania gospodarz robił linie na boisku i najczęściej pytał kogoś z publiczności, czy idą równo. Była więc pewna interakcja, serdeczność. Były też słonecznik, pestki od dyni i spożycie.

Piwa?

- Nie, raczej mocniejszych alkoholi. Ale mimo to nie dochodziło do awantur. A butelki po meczach zbierali młodzi chłopcy. Najczęściej polewało się osobom w swoim najbliższym otoczeniu i dyskutowało o wydarzeniach na boisku. Sam kiedyś przed meczem wypiłem pół wina, bo ktoś po prostu szukał towarzystwa.

Teraz chodzi pan na mecze Śląska?

- Rzadko, bo kiedy piłkarze grają na boisku, to ja najczęściej również gram, ale jako aktor. Była też jedna taka sytuacja, kiedy zapowiedziałem, że na stadion długo nie przyjdę. W końcu lat 80. poszedłem na mecz z synem i widziałem, jak młodego chłopaka, który był tam sam, kilku starszych chuliganów okradło i pobiło. Nie mogłem mu pomóc, widział to mój syn. Już wtedy zaczęło się na stadionach coś, co jest niedopuszczalne.

Na naszym nowym stadionie byłem z wnukami, na spotkaniu z Bełchatowem. Nie ukrywam, trochę się tego obiektu przestraszyłem. Ogromny, stromy jak koloseum. Tam musi być dużo publiczności, żeby to wszystko dobrze wyglądało. I chyba przez to można powiedzieć, że znaleźliśmy się w pewnym pacie.

Dlaczego?

- Bo Oporowska już jest za mała dla Śląska, a Stadion Miejski jeszcze za duży. Ale trzeba pracować, bo tylko na tym wielkim stadionie możemy coś osiągnąć w Europie. Trzeba też postawić na dzieciarnię, niech klub tych młodych ludzi wpuszcza choćby za 5 zł. Wtedy może zbuduje się publiczność na kolejne lata.

Podoba się panu, że Śląsk jest teraz utrzymywany przez miasto?

- Szczerze mówiąc, to trochę się w tym wszystkim gubię i mam tylko nadzieję, że ta inwestycja nie zakończy się katastrofą. Chyba gdzieś wcześniej popełniono kardynalny błąd, ale gdzie dokładnie, proszę mnie nie pytać. Prostych odpowiedzi nie mam. Chciałbym tylko, żeby to wszystko dobrze się skończyło.

Za czym ze starych czasów Śląska tęskni pan najbardziej?

- Za zapachem trawy na Oporowskiej.

Więcej o: