Mamy Milomanię. Skala przeszła wszelkie oczekiwania

Przypadek Sebastiana Mili pokazuje dwie rzeczy. To, że nigdy nie jest za późno, by sukces w futbolu osiągnąć, oraz to, że w Polsce głód sukcesu w piłce nożnej jest być może jednym z największych na świecie.
O Sebastianie Mili można powiedzieć, że dawno nikt nie zrobił tak niewiele, by tak wiele zyskać. Pomocnik Śląska Wrocław w dwóch meczach reprezentacji Polski zagrał nieco ponad pół godziny, strzelił jedną bramkę, a jedną sytuację koncertowo zmarnował.

Mimo to został niemal bohaterem narodowym. Bo grał rzeczywiście bardzo dobrze. Jego akcja ze Szkocją, gdy ograł dwóch rywali i podał w tempo do Kamila Grosickiego, była najwyższych lotów - eksperci porównywali ją z elegancją Mario Goetze - mistrza świata, gwiazdy Bayernu Monachium, bohatera finału mundialu.

Czekanie w kolejce

Nade wszystko Sebastian Mila gola wcześniej wbił właśnie Niemcom - mistrzom globu, zespołowi z naszej perspektywy przeklętemu. W końcu do ostatniego spotkania nie pokonaliśmy ich nigdy w historii: nawet mając w reprezentacji takich piłkarzy jak Kazimierz Deyna, Grzegorz Lato, Włodzimierz Lubański czy Zbigniew Boniek.

To, co się stało po spotkaniach z Niemcami i Szkocją, przerosło jednak wszelkie oczekiwania. O Mili napisała chyba każda gazeta w kraju i wiele w Europie, na Twitterze jego nazwisko stało się jedną z najczęściej wpisywanych fraz. By nie zwariować, piłkarz wyłączył telefon i przestał odpisywać na SMS-y. Tyle ich było.

Sebastian Mila cytowany był we wszystkich możliwych mediach, do swojej "Kropki nad i" zaprosiła go słynna dziennikarka polityczna Monika Olejnik, tylko czekać, aż zawodnik z Wrocławia pojawi się w show Kuby Wojewódzkiego i wystąpi w ogólnopolskiej reklamie. By umówić się z nim na wywiad, należy oczekiwać nawet w tygodniowej kolejce.

Milomania

Na punkcie wrocławskiego zawodnika oszaleli jednak nie tylko laicy i niedzielni kibice. Kolega ze Śląska Wojciech Pawłowski nazwał go profesorem, były selekcjoner kadry Jerzy Engel nieformalnym kapitanem i jednym z liderów kadry. Wreszcie rywal z ligowych muraw Jakub Rzeźniczak z Legii Warszawa apelował, by oddać Mili opaskę kapitana wrocławskiej drużyny - zabraną mu, przypomnijmy, m.in. za 10 kilogramów nadwagi, jakie miał jeszcze w marcu.

Sebastian Mila skalą ostatnich zdarzeń ma prawo być przytłoczony. W końcu, o ile wiele było w naszym kraju sportowych manii - wymieniam przypadkowo - Citkomania, Małyszomania, Kubicomania, Stochomania czy Kowalczykomania, to żadna z nich nie wybuchła li tylko po wydarzeniu absolutnie jednorazowym.

Podziękowania dla trenera

Marek Citko z Widzewa Łódź w latach 90. piękne bramki strzelał w Lidze Mistrzów i reprezentacji, Adam Małysz zawody w skokach narciarskich wygrywał seryjnie, tak jak ostatnio Kamil Stoch. Obaj sięgnęli też po medale olimpijskie.

W końcu Robert Kubica czarował w elitarnej Formule 1, a Justyna Kowalczyk triumfy w Pucharze Świata i igrzyskach olimpijskich zdobyła morderczym wysiłkiem. A Mila? Póki co strzelił jedną bramkę. Strasznie ważną. Ale jedną.

Przykład piłkarza Śląska Wrocław pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, na sukces w sporcie, czy bliżej w futbolu nigdy nie jest za późno, Mila swoje dni chwały przeżywa jako mężczyzna 32 - letni, człowiek dojrzały, w przypadku którego samo powołanie do kadry było już pewną niespodzianką. Przeżywa je również jako piłkarz niemal dopiero co powstały z kolan.

Przypomnijmy - jeszcze w marcu, także w związku z nadwagą, wielu było takich, którzy ze Śląska przegoniliby go na cztery wiatry. Sam zawodnik również nie był zachwycony, że nowy trener Tadeusz Pawłowski publicznie rozprawie o jego problemach z nadwagą oraz pozbawia funkcji kapitana drużyny. Dziś Pawłowskiemu dziękuje w co drugim zdaniu. I słusznie.

Chcemy sukcesu

Po drugie przykład Mili pokazuje, że w naszym kraju głód piłkarskiego sukcesu jest nieporównywalny do oczekiwań w żadnym innym sporcie. Małysza i Stocha nie wywindowałby jeden skok, Justyny Kowalczyk jeden bieg, a Roberta Kubicy jeden przejazd.

Piłkarzowi Śląska niewiarygodną popularność dała jedna bramka. Bramka w reprezentacji Polski - w sensie wizerunkowym znacząca więcej niż mistrzostwo kraju, które przecież ma już na swoim koncie.

Dzieje się tak, bo właśnie sukcesów kadry piłkarskiej wyczekujemy z utęsknieniem. Euro 2012 skończyło się rozczarowaniem, poprzednio o własnych siłach dostaliśmy się aż na Euro 2008. W ostatnim 25-leciu największym sukcesem piłkarskim był srebrny medal z Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie z 1992 roku. Selekcjoner tamtej drużyny Janusz W. właśnie został skazany za kupowanie meczów. Dwa dni przed tym, jak Sebastian Mila strzelił bramkę w meczu z Niemcami.