Dolnośląska piłka lepiej się kręci

Rok 2008 Dolny Śląsk zaczynał trochę jak futbolowa pustynia z niewielką oazą. Kończy już z oazą trochę większą, ale i poczuciem, że w przyszłym roku, wokół może być znacznie bardziej zielono - pisze dziennikarz ?Gazety? Michał Karbowiak
Tą jedyną oazą było posiadanie tytułu mistrza Polski przez Zagłębie Lubin. Z samej mistrzowskiej drużyny już jednak niewiele zostało. Nie było ani atmosfery, ani trenera Czesława Michniewicza, a wkrótce odeszli prezes Robert Pietryszyn i kluczowi zawodnicy. Przygoda Zagłębia w Europie trwała tylko dwa spotkania i zamiast do panteonu sławy, zepchnęła lublinian do kręgu frustratów, którzy przez cały następny sezon owo niepowodzenie rozpamiętywali. Nad klubem wisiało zresztą widmo degradacji z ekstraklasy za korupcję, więc perspektywy nie były zbyt dobre.

Drugi eksportowy klub z regionu, czyli Śląsk, po latach tułaczki dotarł wreszcie do czołówki II ligi, ale i tak miał wkrótce zostać we Wrocławiu zastąpiony ekipą Groclinu Zbigniewa Drzymały.

Zawodnicy dotychczasowej wrocławskiej drużyny w zasadzie nie mieli się po co szarpać, bo i tak wiadomo było, że po fuzji zatrudnienia w nowym tworze znaleźć nie mogą. Wraz z większością graczy miał odejść także trener Ryszard Tarasiewicz, który pracować umie, ale i rządzić lubi. A że Tarasiewicz ma mniej pieniędzy niż Zbigniew Drzymała, to własnego klubu nie założył, a w tym Drzymały pracować nie chciał.

Obraz sytuacji dopełniał fakt, że najładniejszym stadionem w regionie był ten na Euro 2012, tyle że na razie pozostał on tylko w wirtualnej makiecie.

Po 12 miesiącach trochę się tu pozmieniało. Oaza, o której pisałem na początku już trochę większa, bo zrobiona nie w Lubinie, a w większym Wrocławiu. Śląsk jest szóstą drużyną ekstraklasy, która zamiast problemów z własną tożsamością ma najlepszą atmosferę w szatni w całej Polsce. Jej jedynym kłopotem jest to, czy wiosną uda się awansować do europejskich pucharów, czy też nie.

Zagłębie, po karnej degradacji za korupcję, rok kończy wprawdzie w I lidze [dawna II - przyp. red.], ale po swoim katharsis sposobi się do szturmu na ekstraklasę i odnoszenia tam sukcesów. Takich, przy których nikt już lubinianom kupionego przed laty awansu wypominać nie będzie. A Zagłębie wygrywać ma w pięknym, nowiutkim obiekcie, który zastąpi ohydny relikt PRL-u.

Słowem - z piłką na Dolnym Śląsku jest lepiej. A spory udział w tym miało kilka wydarzeń.

Po pierwsze: nieudana fuzja Śląska z Groclinem Grodzisk Wielkopolski.

To niesamowity przykład przedsięwzięcia, które choć się nie udało, to wywarło ogromny wpływ na rzeczywistość. Paradoksalnie chyba nawet większy niż gdyby faktycznie do niego doszło. A już na pewno większy niż zaplanowali sobie architekci tej operacji: prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz i właściciel Groclinu Grodzisk Wielkopolski Zbigniew Drzymała. Schemat miał być prosty: Śląsk łączy się z Groclinem i w ekstraklasie gra na jego licencji. Tym samym Wrocław ma dobry klub, a Drzymała kibiców, których w swoim niewielkim miasteczku miał niezbyt wielu.

W międzyczasie w transakcję wplątała się polityka, kiedy prezydent Dutkiewicz pokłócił się z wicepremierem Grzegorzem Schetyną z PO i fuzja zaczęła mieć trochę pod górkę. Dodatkowo wrocławscy kibice uznali, że oni właściwie jakiegoś dziwnego tworu nie chcą, a już na pewno nie chcą, żeby grał w europejskich pucharach, co ich przecież na Oporowskiej nie wywalczył. I tak Drzymała dla Wrocławia pucharów się pozbył, a za chwilę Dutkiewicz dla świętego spokoju pozbył się Drzymały. Okazało się, że ten, co przed sekundą był menedżerem stulecia, dziś jest niemal akwizytorem i do miasta go wpuszczać nie należy. Tak czy inaczej fuzja odznaczyła swoje piętna na całej rzeczywistości. Dla Wrocławia: bo przypomniała o futbolowym istnieniu miasta nim jeszcze Śląsk ogrywał Wisłę Kraków, a na Oporowskiej zagrała reprezentacja Polski. Dodatkowo po raz pierwszy balon, który prezydent Dutkiewicz nadmuchał konferencjami prasowymi i podpisywaniem dokumentów przy kamerach, wybuchł z taką siłę prosto w jego stronę.

Były i skutki dla polskiego futbolu, bo nieudane rozmowy z Wrocławiem mocno zniechęciły do dalszego działania samego Zbigniewa Drzymałę. I ten tak głośno jak przegrał, tak cicho z piłki wycofał się całkowicie - sprzedając swój klub Józefowi Wojciechowskiemu właścicielowi Polonii Warszawa. Był i dla rodzimej piłki efekt trzeci - najbardziej niespodziewany i najbardziej spektakularny zarazem. Miejsce Groclinu w pucharach zajął, bowiem Lech Poznań, który spisał się wyjątkowo dobrze i wiosną będzie się bił w 1/16 Pucharu UEFA z włoskim Udinesse Calcio.

Po drugie: Ryszard Tarasiewicz i piłkarze Śląska

Mam czasami wrażenie, że kibice wraz z dziennikarzami doprowadzą do tragedii. Że trener Tarasiewicz wkrótce zatonie w morzu pochlebstw i wazeliny, jaka na niego spływa od jakiegoś czasu. Ale na razie radzi sobie całkiem nieźle i szczerze mówiąc sam sprowadza tych "kłopotów" na siebie coraz więcej.

Jakoś tak już jest, że we Wrocławiu następuje odstępstwo od reguły, że sukces ma wielu ojców. Ojciec jest jeden i nazywa się właśnie Ryszard Tarasiewicz. I tu nawet nie trzeba przeprowadzać testów DNA - kibice swoje wiedzą, a piłkarze jakby potwierdzają to w swoich deklaracjach.

Ale zarówno Tarasiewicza jak i jego zawodników chwalić trzeba. Może nawet po trzykroć bardziej niż gdyby planów fuzji nie było. Bo przez nią i przez obawę zwolnienia, ciężko wywalczonym awansem w Śląsku nacieszyć się nie zdążyli. Najpierw nie było tak naprawdę powodów, potem trzeba było szybko zabrać się do ciężkiej pracy. I tu też swoją pracę wykonali na szóstkę - tak przynajmniej, nieco przewrotnie, sugerowałoby ich miejsce w tabeli. Miejsce, które pozwala cicho myśleć o pucharach, ale daje też podstawę, by powiedzieć głośno: Śląsk w tym sezonie nie spadnie z polskiej ekstraklasy.

Wrocławianie i ich kibice o rywalizacji z produktami piłkarskopodobnymi, z jakimi mieli do czynienia jeszcze niedawno, zapomnieli wyjątkowo szybko. Tak jakby przeznaczeniem ich klubu było raczenie się wybornymi rarytasami jak zwycięstwo u siebie z mistrzem Polski Wisłą Kraków czy remis z Lechem w Poznaniu.

Coś w tym musi być skoro ostatnio we Wrocławiu Krzysztof Ostrowski czy Janusz Gancarczyk zmienili się w dobrych skrzydłowych, a wyśmiewany Sebastian Mila zadziwia wszystkich powrotem do młodzieńczej formy.

Do tej beczki miodu warto jednak czasem dodać łyżkę dziegciu i przypomnieć, że Śląskowi zdarzało się w tym sezonie przegrać w Pucharze Polski z Nielbą Wągrowiec, a piłkarze osiągnęli dobry wynik dopiero w zasadzie w jednej rundzie rozgrywek na najwyższym szczeblu. Niech nie zapominają, że jest jeszcze druga część rozgrywek.

Po trzecie: degradacja Zagłębia Lubin

Zagłębie w procederze korupcyjnym brało udział i za to właśnie - nie bez perturbacji - zostało zdegradowane z najwyższej klasy rozgrywkowej. Nikt się na lublinian nie uwziął, ich sprawa jest po prostu przykładem jako takiej sprawiedliwości panującej w polskim futbolu. Jako takiej, bo przecież za to samo przestępstwo Trybunał Arbitrażowy przy PKOL łódzkiego Widzewa nie ukarał. To już niestety kompromitacja trybunału, którą mam nadzieje wyprostuje Sąd Najwyższy. Teraz w Lubinie mogą konstruować ciekawą drużynę, która najpierw wywalczy awans do ekstraklasy, a później powalczy i w niej samej. Najważniejsze, że uczciwie.

I choć to marne pocieszenie to trzeba przypomnieć, że przy okazji degradacji Zagłębie zarobiło około miliona euro. Za co? Najpierw za sprzedaż do Wisły Kraków Wojciecha Łobodzińskiego, a później do Legii Warszawa Macieja Iwańskiego. Ten ostatni zresztą dzięki kwocie 650 tys. euro stał się najdroższym piłkarzem w historii, który przeszedł z jednego polskiego klubu do drugiego. Było nie było, osiągnięcie dziejowe. A sukcesem samego piłkarza jest to, że na Łazienkowskiej nikt mu wydanych na niego pieniędzy nie wypomina, bo z miejsca stał się liderem drugiej linii Legii. Nie to, co w przypadku takich trzech Hiszpanów, co fajne mają tylko nazwiska.

A w Lubinie wprawdzie nie mają Iwańskiego, ani trenera Rafała Ulatowskiego co go Leo Beenhakkerowi oddać musieli, ale na osłodę będą mieli nowy stadion - bezapelacyjnie najpiękniejszy na Dolnym Śląsku. Na razie najpiękniejszy.

Po czwarte: Mecz Polska - Słowenia we Wrocławiu

Wydarzenie może nie epokowe, ale do kronik to jak najbardziej. W końcu na podobny mecz czekano we Wrocławiu 21 lat. I doczekano się w roku, w którym absolutnie nikt się tego nie spodziewał. Zresztą jak tu marzyć, by reprezentacja Polski przyjechała do miasta, gdzie jest stadion na niespełna 9 tysięcy ludzi. Przecież to irracjonalne i nieprzyzwoite. A jednak Wrocławiowi sprzyjał harmonogram remontów na innych polskich obiektach i, przyznajmy szczerze, układ polityczny.

I tak Polska ze Słowenią zagrała na najmniejszym stadionie od lat - czyli na Oporowskiej. Szatnie trzeba było odpicować, szpetny budynek klubowy przykryć wielką płachtą reklamową, ale w końcu gościliśmy biało-czerwonych. I trudno, że mecz słaby, a chłopcy Beenhakkera stracili punkty, co ich mogą kosztować wyjazd na mundial. Przecież za to winić miasta nie można. Dzięki meczowi Wrocław był jednodniową futbolową stolicą Polski, a rok 2008 bardziej szalony niż można byłoby przypuszczać.

Piłkarski cytat roku:

"Można by zatrudnić kogoś tak znanego, jak zwolniony niedawno szkoleniowiec Chelsea Avram Grant".

Michał Bobowiec (radny miejski PO) o nowym trenerze Śląska po ewentualnej fuzji z Groclinem Grodzisk Wielopolski