Sport.pl

Orest Lenczyk: Strażacy odwiedzają teraz Wrocław

Orest Lenczyk w pierwszym swoim meczu w charakterze szkoleniowca Zagłębia Lubin wygrał na wyjeździe z Turem Turek 2:0. - Cel Zagłębia jest oczywisty, oczywiście walczymy o awans - zapowiada trener lubinian.
Wygrana z Turem uspokoiła nerwową atmosferę w Lubinie. W Zagłębiu wierzą, że tak doświadczony szkoleniowiec jak Orest Lenczyk jest w stanie odbudować drużynę i poprowadzić ją do ekstraklasy. W środę Zagłębie na swoim stadionie rozegra kolejny mecz I-ligowy: rywalem będzie GKS Katowice. Początek spotkania o godz. 19.

Grzegorz Szczepaniak: Pan chyba uwielbia problemy. Zdarzyło się kiedyś, że nie obejmował Pan zespołu, który akurat ma kłopoty?

Orest Lenczyk (trener Zagłębia): No fakt, tak się jakoś składało, że zazwyczaj słodko nie było. Ale jak pan chce zapytać, czy jestem strażakiem, to od razu odpowiem: nie jestem. Kilkudziesięciu takich strażaków odwiedza teraz Wrocław. Skupiałem się w swej pracy na piłce, więc nie muszę odwiedzać tego pięknego miasta w celach, w jakich owi strażacy je odwiedzają. Natomiast fakt, że mam tak blisko do Wrocławia, to jeden z niewątpliwych atutów pracy w Lubinie. Bo ja kocham Wrocław. Tam studiowałem, tam się ożeniłem, tam grałem w piłkę. Chociaż nie, to była trzecia liga, piłkę to ja tylko kopałem.

Na jak długo związał się Pan z Zagłębiem?

- To się nazywa czas nieokreślony. Tak zaproponował prezes i na to się zdecydowałem.

Widział Pan w ostatnim czasie Zagłębie w akcji?

- To był raczej kontakt prasowy. Czytałem, interesowałem się, bo to mój zawód. Ale widzieć, nie widziałem. Mam kilka meczów na wideo, to sobie teraz pooglądam.

Rozmawiał Pan z prezesem o celach na tę końcówkę sezonu?

- Rozmawiałem, chociaż to wszystko jest oczywiste i bez rozmowy. Zagłębie gra w I lidze za karę. Ci piłkarze, którzy tu zostali, chcą coś udowodnić, trochę zdrowia dla tego klubu zostawili. Nie chodzi tylko o to, że to stabilny klub; oni nie mają zamiaru grać w I lidze dłużej niż rok, mają swoje ambicje. Cel jest więc oczywisty - awans. Skład jest tu stabilny i ma nadzieję, że nie zaszkodzę.

Skład jest stabilny, ale przetrzebiony kontuzjami. Część piłkarzy wróciła do zdrowia, ale muszą odbudowywać formę, a czasu na to nie ma.

- Cóż, w Lubinie nie ma kadry 22 równorzędnych piłkarzy, ale trzeba sobie radzić. Kontuzja, jeśli nie wynika ze starcia z przeciwnikiem, to zazwyczaj jest spowodowana błędami treningowymi. Jeśli są zawodnicy, którzy mają niekończące się problemy, to trzeba dokładnie przeanalizować, co je powoduje. To oczywiście zadanie dla sztabu medycznego. Jeśli okaże się, że są piłkarze, którzy nie wytrzymują obciążeń treningowych w profesjonalnym klubie, to trzeba się zastanowić, po co w nim się znajdują. Nie wiem, jak to wygląda w Lubinie, przedstawiam swój pogląd na tę sprawę, ale na pewno takie analizy zostaną dokonane.

Zostawi Pan współpracowników ze sztabu trenera Jończyka?

- To raczej pytanie do prezesa, na razie pracowałem sam. A nie lubię tak pracować. Zdecydowanie potrzebuję asystenta, bez niego ani rusz. To ma być taki gość mądrzejszy ode mnie, bo pachołki na boisku w trakcie treningu to ja sam sobie mogę porozkładać. Ale jeszcze nie powiem, kto to będzie. Wiadomo tylko, że będzie, i to szybko.

Znajdzie się Pan jednak od razu pod wielką presją. Sam wielokrotnie przekonywał Pan, że trudno zrobić wynik w dwa miesiące a tu nie ma innego wyjścia.

- Nie, nie trudno, to niemożliwe. Wiem, że Zagłębie to ogromne wyzwanie. Przyznam, że raz w życiu pracowałem już na zapleczu ekstraklasy i obiecałem sobie wtedy, że nigdy więcej tego nie zrobię, choćbym miał pięć lat być bez pracy. Wspomnienia mam fatalne niemal od początku tamtej współpracy. Pamiętam, jak mi kierownik drużyny powiedział w drodze na pierwszy mecz wyjazdowy, że tam mamy przegrać, żeby oddać punkty tamtej drużynie, bo oni nam podarowali je wcześniej. Żałuję tylko, że wtedy nie powiedziałem o tym odpowiednim służbom. Teraz podjąłem się pracy w Lubinie, bo to już inne czasy. Wierzę, że wszystko jest możliwe i realne.

Jak chce Pan wyprowadzić zespół z kryzysu?

- Nie odpowiem na to pytanie, bo zabrakłoby nam czasu na rozmowę. To piekielnie skomplikowana sprawa, ale gdyby nie była możliwa, to nie podejmowałbym się jej.

Lubin to miejsce, w którym dość dobrze pracuje się z młodzieżą, zwłaszcza w ostatnich latach. Do tej pory młodzi szansę dostawali rzadko. Karierę w Lubinie zrobiło niewielu, znacznie więcej jest piłkarzy, jak Mariusz Lewandowski, Mariusz Ujek czy Andrzej Niedzielan, którzy musieli stąd odejść, by zaistnieć. Nie brak takich, których Zagłębie miało na wyciągnięcie ręki i oddało innym: Tomasz Wróbel, bracia Gancarczykowie czy Marcin Robak. Młodzi mogą liczyć na szansę u Pana?

- Ci młodzi to kolejny bardzo poważny powód, dla którego tu jestem. Wiem o tym, że praca z młodzieżą jest tu robiona bardzo dobrze. Ponoć w drugim zespole jest dziś co najmniej pięciu piłkarzy, którzy są o niebo lepsi od tych z drogimi kontraktami. Jestem może trochę złośliwy, ale wybiorę się na mecze drugiego zespołu, żeby przekonać się na własne oczy, kto tam gra i jak. Wiem jednak i o tym, że minęły już czasy, że w zespole mistrza Polski grała większość wychowanków. Dziś choćby w Afryce żyje wielu mężczyzn, którzy mają świetne genetyczne predyspozycje, żeby grać w piłkę, i chcą to robić. Potem pojawiają się w różnych zespołach w Europie. Liczy się kasa, bo znacznie taniej zawodnika kupić, niż wychować. No ale ktoś musi ich też wychowywać, a ja z powodu urodzaju talentów płakać nie będę.

Lenczyk uzdrawia Zagłębie - czytaj tutaj »




Więcej o: