Czas wreszcie zerwać pakt ze stadionowymi bandytami

Tak długo jak kibole będą dla działaczy ważniejsi niż kibice, polski futbol pozostanie areną walk plemiennych, z nikłą szansą na ucywilizowanie ich uczestników
Pełne pokory oświadczenia z przeprosinami czy zakazy stadionowe dla futbolowych bandytów nie rozwiążą problemu kibolstwa w Polsce. Bo prawda jest taka, że w większości polskie kluby tylko pozornie zwalczają stadionowych bandytów. A zapewnienia ich działaczy, że "na naszym stadionie jest już bezpiecznie i panuje wspaniała atmosfera", są tylko częścią prawdy.

Bandytyzm przy polskim futbolu nadal kwitnie i sam nie zniknie. Jedyna zmiana, jaka nastąpiła, jest taka, że coraz częściej zamiast na stadionie uwidacznia się poza nim. I w takiej formie jest chyba nawet groźniejszy, bo trudniejszy do okiełznania.

Olbrzymie zasługi dla jego rozwoju mają działacze polskich klubów, którzy zawierają niepisane pakty z kibolami. Oficjalnie nazywa się to współpracą. A w rzeczywistości polega na uleganiu ich przeróżnym zachciankom. W zamian kibole składają obietnice bez pokrycia, z których najważniejsza to zapewnienie, że na stadionie nie będzie awantur.

A przecież tylko w tym sezonie w Lubinie (gdzie taki układ obowiązuje) do starć kiboli z policją i ochroną doszło już dwukrotnie. W grudniu 2009 roku, podczas meczu z Legią, stadionowi bandyci rzucali w policję cegłami, elementami rusztowań i petardami. A inni zniszczyli reklamy ustawione na stadionie. Z kolei podczas październikowego spotkania z Jagiellonią kibole stoczyli bitwę z ochroniarzami, w których rzucali baniakami z wodą i wiadrami z musztardą, ukradzionymi ze stadionowych bufetów.

Jak na to zareagowali działacze Zagłębia? Najczęściej tuszowali te skandale. - Pojawiły się pewne niedogodności, ale nikt nie doznał obrażeń. Komisja Ligi też nas nie ukarała - bagatelizował na przykład sprawę awantur podczas meczu z Legią prezes klubu Jerzy Koziński.

Kryjąc bandytów raz, potem ulegał im coraz bardziej. Przez kilka miesięcy na trybunach Dialog Areny kibole bezkarni wywieszali ogromne transparenty dyskredytujące i obrażające dyrektora swojego klubu. Nie akceptowano go, gdyż pochodził z Wrocławia. I Koziński, pod naciskiem bandytów, dyrektora się pozbył. - Jego osoba powodowała wiele konfliktów na linii klub - kibice, ogólnie był źle odbierany w Lubinie - tłumaczył powody dymisji.

Dziś działacze Zagłębia trochę zmienili taktykę. Ktoś doradził im, że w sytuacji, do jakiej doszło we wtorek, lepiej posypać głowę popiołem. Inaczej ich układ z bandytami stanie się aż nadto ewidentny. Nie mam jednak wątpliwości, że to nie koniec tej symbiozy niszczącej polski futbol.

Kibole Śląska wcale nie są lepsi. Nie wywołują zadym na swoim stadionie, bo wiedzą, że skończy się to zakazem stadionowym. Wyżywają się więc poza nim. Wtorkowy "najazd na Lubin" zakończony wyciąganiem z samochodów przypadkowych osób i ich pobiciem to objaw całkowitego zezwierzęcenia. I atak na prezesa Waśniewskiego w żaden sposób nie powinien tego przyćmić. Co gorsza, udało się złapać tylko kilku spośród wrocławskich bandytów. Pozostali nie poniosą żadnej kary, a w weekend spokojnie wejdą na kolejny mecz Śląska i będą "dopingować" piłkarzy.

Oczywiście nie wszyscy szalikowcy są prymitywami, których bardziej niż mecz interesuje zadyma. Ale o tym, jak postrzegany jest stadion, decyduje agresywna mniejszość. Czyni ona szkody trudne do oszacowania. Lęk przed pójściem na mecz piłkarski, wbrew zapewnieniom działaczy, wciąż jest powszechny. A wiara w to, że na nowe, duże stadiony przyjdą tysiące kibiców - w tym rodzinny z dziećmi - może okazać się mrzonką.

Bo tak długo, jak bandyci będą dla działaczy ważniejsi niż normalni fani, polski futbol pozostanie areną walk plemiennych. Z nikłą szansą na ucywilizowanie ich uczestników.

Czekamy na Wasze opinie