Trener Śląska po feralnym remisie z Widzewem: Nie linczować nikogo!

Nie jesteśmy od tego, żeby zespół linczować, tylko żeby mu pomóc. Śląsk w tym składzie zrobił za dużo, by teraz poddać się po tym, co spotkało nas w pierwszych trzech kolejkach - mówi Marek Wleciałowski, najbliższy współpracownik trenera Oresta Lenczyka.
Żyj sportem razem z nami, jesteśmy także na Facebooku - wroclaw.sport.pl>

Śląsk w pierwszych trzech meczach ligowych w tym roku zdobył zaledwie dwa punkty i nie jest już liderem T-Mobile Ekstraklasy. Wicemistrzów Polski w tabeli przeskoczyła już Legia Warszawa, która w poprzedniej kolejce rozgromiła ich na stadionie na Maślicach aż 4:0. Z pierwszego miejsca w lidze wrocławianie spadli jednak dopiero po ostatnim remisie z Widzewem 2:2, kiedy bramkę i zwycięstwo stracili w ostatnich sekundach spotkania.

Michał Karbowiak: Ochłonął pan już po meczu z Widzewem?

Marek Wleciałowski: Wszyscy staramy się ochłonąć po tym, co się zdarzyło, choć sytuacja nie jest dla nas komfortowa. Do dalszej pracy musimy jednak zabrać się bez większych emocji. Działając pod ich wpływem, można dużo zburzyć. Powinniśmy wytrzymać ciśnienie i zacząć udowadniać, że nasza praca idzie w dobrym kierunku. Pod pewnymi względami było już tak w meczu z Widzewem. To było bardzo trudne spotkanie, w którym oba zespoły walczyły kość w kość, ciało w ciało. Podjęliśmy rękawicę i z tego trzeba być zadowolonym. Oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów i nad ich wyeliminowaniem będziemy pracować.

Po tym pojedynku najwięcej mówi się o bramce straconej przez Śląsk w 95. minucie meczu. Ale przecież pierwszą rywale strzelili po waszym rzucie rożnym.

- Jeśli chodzi o analizę tej akcji, to mogę powiedzieć, że samo ustawienie podstawowe nie było złe. O stracie gola zadecydował jednak jeden błąd przy wyprowadzaniu akcji przez przeciwnika. Potem już mleko się rozlało. Generalnie trzeba jednak pamiętać, że po pierwsze, drużyna kontrująca w takich akcjach zawsze ma przewagę, a pod drugie, jest to związane z ryzykiem, które podejmujemy my sami. Przy rzutach rożnych w ofensywę angażują się także gracze nominalnie defensywni. Nie możemy im tego zabronić, bo przecież wielokrotnie przynosiło nam to bramki i byliśmy zadowoleni. Teraz podjęte ryzyko uderzyło w Śląsk.

W pierwszych trzech meczach w tym roku Śląsk stracił jednak aż siedem goli. Dla porównania jesienią było to 13 bramek w 17 spotkaniach.

- Proszę pamiętać, że tę statystykę zawyża znacznie mecz z Legią, który był dość specyficzny. Prawdą jest jednak, że do tej pory płacimy wysoką cenę za to, że zimą przesunęliśmy proporcje w grze zespołu ku ofensywie. Musimy zatem to nieco wypośrodkować, tak by z jednej strony grać atrakcyjnie, a z drugiej prezentować pewną solidność w grze obronnej. Do tej pory to ona była w lidze naszą marką, podobnie jak coś, co można nazwać wysoką skutecznością w podstawowych elementach gry. Chodzi o ostatnie podanie, wygrywanie pojedynków w defensywie, dobre ustawienie się na boisku i wiele innych. To one zaprowadziły nas tu, gdzie jesteśmy, bo przecież jesienią wygraliśmy wiele bardzo ciężkich spotkań, a niektóre z nich nie były piękne.

Czy elementem powrotu do jesiennego stylu była niedzielna zmiana ustawienia zespołu? Śląsk z Widzewem zagrał z dwoma skrzydłowymi i rozgrywającym Sebastianem Milą, a nie tak jak poprzednio trzema nominalnie środkowymi pomocnikami.

- Wydaje mi się, że mówienie przez dziennikarzy o naszym ustawieniu, to używanie pewnych kalek. Z natury rzeczy ktoś, kto nie jest na treningu, nie widzi, jak pracujemy, jest przez to ograniczony i musi posługiwać się prostymi schematami. A to wcale nie jest tak, że Śląsk np. w meczu z Ruchem Chorzów grał bez skrzydłowych. Skrzydłowi byli, ale np. Mateusz Cetnarski jest bardziej skłonny do gry kombinacyjnej. On ustawiony na boku będzie szukał wymiany piłki, zejścia do środka albo prostopadłego podania. Z kolei np. Piotr Ćwielong raczej wejdzie w drybling i poszuka dośrodkowania. To nie jest więc kwestia ustawienia, tylko indywidualnej charakterystyki zawodników. Poza tym proszę mi wierzyć, że Śląsk nie ma mniejszych problemów, niż miał wcześniej. Po prostu przy dobrych wynikach się o kłopotach zapomina, a przy gorszych stają się one jeszcze bardziej jaskrawe. My jako trenerzy zmagamy się z problemami cały czas.

Co możecie zrobić, by Śląsk wrócił do dobrych wyników z jesieni i nie zaprzepaścił szansy na mistrzostwo Polski?

- Musimy zrobić wszystko, by temu zespołowi pomóc, a nie go linczować. Śląsk za dużo osiągnął w tym składzie, by teraz poddać się po niepowodzeniach w trzech pierwszych meczach. Obecna sytuacja jest jednak sprawdzianem dla wszystkich ludzi związanych z tym klubem. Po pierwsze, najtrudniejsze w futbolu jest osiągnięcie stabilizacji, a po drugie, tak naprawdę dopiero teraz wiemy, jakie są oczekiwania i presja wyniku. Wcześniej się tego nie spodziewaliśmy. Proszę mi wierzyć, że tego nie można ot tak sobie wyobrazić, a co dopiero przetrenować zimą. To się dopiero musiało wydarzyć. W obecnej sytuacji musimy się skoncentrować, wziąć do pracy i dać to, co mamy najlepszego. Bez względu na wyniki będziemy wtedy mogli spojrzeć sobie w twarz.