Wrocławianie wrócili do gry o mistrza: Śląsk - Cracovia 3:0

Śląsk wysoko pokonał u siebie Cracovię, wygrał pierwszy raz w tym roku i do prowadzącej Legii Warszawa ma tylko punkt straty. Do przełamania, beznadziejne "Pasy" były dla wrocławian rywalem idealnym.
Śląsk po pięciu meczach bez zwycięstwa, aferze podsłuchowej z udziałem trenera Oresta Lenczyka i wizycie kibiców na treningu, potrzebował takiego spotkania. Spotkania wygranego, w którym dominowałby od początku i mógł nabrać ponownie piłkarskiej pewności siebie.

Okazało się, że Cracovia do przełamania kryzysu była dla wrocławian przeciwnikiem idealnym. Jeśli bowiem Śląsk był ostatnio w formie słabej, to krakowanie są w beznadziejnej. Jeśli wrocławianie biegają wolno, to piłkarze Cracovii sprawiają wrażenie jakby poruszali się z odważnikami przyczepionymi do nóg. Jeśli wreszcie wicemistrzowie Polski dotąd przeciętnie wyglądali taktycznie, to "Pasy" taktycznie nie wyglądają w ogóle.

W niedzielę zawodnicy spod Wawelu zostawiali gospodarzom tyle miejsce, że ci pewnie czuli się bardziej komfortowo niż na własnym treningu. Gracze Śląska mogli piłkę spokojnie przyjąć , ich błędy nie miały w zasadzie żadnych negatywnych konsekwencji, a sytuacji strzeleckich stwarzali sobie mnóstwo. W pierwszej połowie wrocławianie strzelili trzy gole, a mogli zdecydowanie więcej. Już w 5 minucie piłkę za plecy krakowskich obrońców zagrał Sebastian Dudek, a wychodzący z bramki Wojciech Kaczmarek zahaczył napastnika wrocławian Crastiana Diaza. Argentyńczyk padł na murawę, a sędzia Robert Małek podyktował rzut karny. Jedenastkę na gola zamienił sam poszkodowany, a wrocławianie prowadzili z rywalami 1:0. Po chwili Cracovia mogła wyrównać, ale strzał Koena van der Biezena minął słupek bramki Śląska. To było jednak ostatnie dobre zagranie Holendra i wszystkich jego kolegów w pierwszej połowie. Potem Śląsk na boisku rządził już niepodzielnie , a bramki kapitana - Sebastiana Mili w 22 i 45 minucie meczu były tego dowodem. Pomocnik gospodarzy dwa razy wbiegł przed bramkę z drugiej linii, a piłkę z prawej strony zagrywali mu odpowiednio Łukasz Madej i Tadeusz Socha. Wynik 3:0 dla Śląska był zresztą najmniejszym wymiarem kary, bo krakowianie mogli i powinni przegrywać znacznie wyżej.

W drugiej połowie podopieczni trenera Lenczyka grali już na bardzo dużym luzie, co przekładało się z jednej strony na pewien polot w akcjach ofensywnych, a z drugiej na pewną niedokładność w zagraniach. Pewnie to z jej powodu prowadzenia Śląska nie podwyższył Łukasz Madej, który strzelał niecelnie w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Po drugiej stronie boiska Cracovia strzeliła w poprzeczkę, ale choćby honorowego gola zdobyć jej się nie udało.

Po tym zwycięstwie Śląsk utrzymał się na drugim miejscu w tabeli, a do prowadzącej Legii Warszawa ma tylko punkt straty. Za tydzień wrocławianie zagrają bardzo ważne spotkanie z Lechem w Poznaniu. Wcześniej, w środę, zmierzą się w drugim meczu ćwierćfinałowym pucharu Polski z Arką Gdynia