Lech - Śląsk 2:0: Nie wznieśli się na szczyt, nie zostali liderem

Śląsk, dzięki wygranej w Poznaniu mógł ponownie zostać liderem T-Mobile Ekstraklasy. Wrocławianie jednak z Lechem przegrali i do prowadzącej Legii Warszawa tracą dwa punkty.
Śląsk szansę powrotu na szczyt dostał od losu szybciej niż można było się spodziewać. Przecież jeszcze niedawno wrocławianie nie wygrali czterech meczów ligowych z rzędu, w Pucharze Polski byli wyraźnie słabsi od pierwszoligowej Arki Gdynia i można było mieć wątpliwości czy w takiej dyspozycji w ogóle zakwalifikują się do europejskich pucharów.

Po zwycięstwie nad Cracovią, Śląsk wrócił jednak do gry, a rękę wyciągnęła do niego także prowadząca w tabeli Legia Warszawa. Warszawianie w dwóch kolejnych meczach zanotowali dwa remisy i raptem okazało się, że jeśli Śląsk wygra w Poznaniu, to znów wyląduje na szczycie tabeli. Tej szansy podopieczni trenera Oresta Lenczyka jednak nie wykorzystali.

Słaba pierwsza połowa

W pierwszej połowie obie drużyny grały bardzo słabo, ale lekką przewagę miał Śląsk. W 24 minucie najlepszą sytuację dla zespołu trenera Oresta Lenczyka zmarnował jednak Waldemar Sobota. Po długim podaniu grającego z konieczności na stoperze Przemysława Kaźmierczaka na rogu pola karnego zdarzyli się Manuel Arboleda i Hubert Wołąkiewicz z Lecha. Efekt był taki, że Sobota znalazł się w sytuacji sam na sam z Jasminem Buriciem, ale strzelił w bramkarza poznaniaków. Po chwili, w dobrej sytuacji znalazł się Łukasz Madej, ale po ładnym zagraniu Crastiana Diaza, jego strzał został zablokowany. Potem na boisku działo się już jednak niewiele, a Lech najgroźniejszy był po stałych fragmentach gry. Żaden z nich nie zakończył się jednak nawet celnym strzałem, a takich uderzeń Lech i Śląsk w sumie zanotowały jedynie dwa.

Pech Celebana

W drugiej połowie jako pierwszy celnie uderzał zawodnik Śląska, ale z bramki cieszyli się gospodarze. W 54 minucie z prawej strony dośrodkowywał Aleksandar Tonev, piłkę przypadkowo trącił Piotr Celeban, a wrocławianie po golu samobójczym przegrywali 1:0. Co więcej podarowali oni rywalom pierwsze trafienie w tym roku i przerwali ich passę 601 minut bez bramki licząc mecze ligowe i te w Pucharze Polski. Wprawdzie trzy minuty później po rzucie rożnym z 7 metrów główkował Sebastian Dudek, ale Burić świetnie to uderzenie obronił.

Po tej sytuacji Śląsk długo nie stwarzał żadnych okazji do wyrównania. Wrocławianie niby przeważali, niby mieli piłkę, ale nic z tego nie wynikało. Podopieczni trenera Lenczyka najczęściej wrzucali piłkę w pole karne lechitów, ale nie przekładało się to na okazje bramkowe. Aż do 90 minuty. Wówczas piłkę w polu karnym przyjął Dalibor Stevanović, strzelił z półobrotu, ale piłka zamiast do siatki trafiła w słupek.

Nieszczęść ciąg dalszy

Po chwili nieszczęścia Śląska się dopełniły. Po kontrze Lecha na pustą bramkę strzelał Vojo Ubiparip, piłka odbiła się od Piotra Celebana i trafiła w poprzeczkę. Po konsultacji ze swoim asystentem sędzia Dawid Piasecki uznał, że wrocławski obrońca bronił w tej sytuacji ręką, pokazał mu czerwoną kartkę i podyktował rzut karny. Na gola zamienił go Artjom Rudniew, a arbiter zakończył mecz.

Po tej porażce Śląsk nadal zajmuje w lidze drugie miejsce. Do prowadzącej Legii wrocławianie tracą dwa punkty.

Lech Poznań - Śląsk Wrocław 2:0 (0:0)

Bramki: 1:0 Piotr Celeban (52 - samobójcza), 2:0 Artjom Rudniew (90.-karny)

Lech: Burić - Kikut, Arboleda, Kamiński, Wołąkiewicz (73. Możdżeń) - Ubiparip, Drewniak, Injac Ż (57. Djurdjević) Kriwiec (46. Rudniew), Tonev - Ślusarski

Śląsk: Kelemen - Socha Ż (84. Ł Gikiewicz) Kaźmierczak, Celeban CZ, Pawele (65. Mraz) - Sobota (76. Stevanović), Mila, Dudek, Elsner Ż, Madej Ż - Diaz