Śląsk odrodzony: Drużyna Oresta Lenczyka walczy o mistrzostwo Polski

Śląsk Wrocław wygrał dramatyczne derby z Zagłębiem, zrównał się punktami z Legią i na dwie kolejki przed końcem sezonu nadal jest w grze o mistrzostwo Polski.
Mecz z Zagłębiem był pierwszym od miesięcy, po którym wrocławianie mogli być autentycznie zadowoleni. Po pierwsze, wygrali bardzo ważny pojedynek i na dwie kolejki przed końcem ligi nadal pozostają w grze o europejskie puchary oraz mistrzostwo Polski. Po drugie, zwycięstwo odnieśli w prestiżowym starciu nad regionalnym rywalem, który dodatkowo jest rewelacją rundy wiosennej. Po trzecie, piłkarze trenera Oresta Lenczyka rozegrali spotkanie przynajmniej przyzwoite, a mimo problemów w końcówce nie pozwolili wydrzeć sobie prowadzenia. Po czwarte, wszystkiego tego dokonali w zestawieniu eksperymentalnym: bez swojego kapitana Sebastiana Mili, skrzydłowego Łukasza Madeja i z całkowicie przetrzebioną obroną. W niej na bokach zagrali Krzysztof Wołczek oraz Patrik Mraz, czyli zawodnicy, którzy jeszcze nigdy w historii razem na boisku nie występowali. Pierwszy z nich jeszcze na początku tygodnia nie znajdował się nawet w kadrze meczowej, a ostatni raz w lidze zagrał w... w listopadzie przeciwko Zagłębiu. Z kolei Mraz po nieudanych meczach inauguracyjnych wylądował na ławce rezerwowych, a w pierwszym składzie Śląska nie było go od końca lutego.

Przeciwko Zagłębiu to właśnie Mraz i Wołczek mieli odpowiadać za zabezpieczenie skrzydeł, natomiast ofensywę napędzać miał rozgrywający Dalibor Stevanović. Słoweniec w zastępstwie Sebastiana Mili dobrze spisywał się przez pół godziny, ale potem musiał zejść z boiska z powodu kontuzji. Kiedy Stevanovicia zastępował Mateusz Cetnarski, Śląsk prowadził 1:0, bo już po czterech minutach prowadzenie gospodarzom dał... obrońca gości Pavel Vidanov. Lubiński defensor po zagraniu Cristiana Diaza z rzutu rożnego tak nieszczęśliwie dostawił nogę, że skierował piłkę do własnej bramki.

Potem to Zagłębie prowadziło grę, ale pod koniec pierwszej połowy znów bramkę zdobył Śląsk. Tym razem z głębi pola zagrał Przemysław Kaźmierczak, fantastycznie z pierwszej piłki podawał Łukasz Gikiewicz, a z prawej flanki akcję golem zamknął wprowadzony wcześniej Cetnarski.

W drugiej połowie wrocławianie stwarzali kolejne sytuacje (strzał Celebana w poprzeczkę), ale zamiast podwyższyć prowadzenie, znów doprowadzili do nerwowej końcówki. Nie dość, że w 76. minucie bramkę dla Zagłębia zdobył Arkadiusz Woźniak, to jeszcze w ostatnich minutach piłkarze Śląska zachowywali się niemal w sposób irracjonalny.

Podopieczni trenera Lenczyka nie potrafili przetrzymać piłki, wymienić kilku podań, a co gorsza, zdarzało się, że w akcje ofensywne angażowali się np. stoper Marek Wasiluk lub defensywny pomocnik Rok Elsner. A po stracie piłki lubinianie organizowali groźne kontry.

Mimo tych sytuacji wrocławianie z pomocą odrobiny szczęścia ostatecznie spotkanie wygrali i zrównali się punktami z prowadzącą Legią Warszawa. Jednak liderem jest Legia mająca lepszy bilans bezpośrednich meczów ze Śląskiem (2:1 dla Śląska w Warszawie, 4:0 dla Legii we Wrocławiu).

Końcówka ligowej rywalizacji zapowiada się niezwykle pasjonująco, bo o mistrzostwo Polski walczy aż pięć klubów. Podopieczni trenera Lenczyka wciąż mają dwa punkty przewagi nad piątą w tabeli Koroną Kielce. Wrocławianie mogą zostać mistrzami, ale równie dobrze mogą spaść właśnie na piąte miejsce, a wtedy nie zagrają nawet w europejskich pucharach.

O wszystkim zadecydują ostatnie dwie kolejki sezonu. Śląsk zmierzy się w nich z Jagiellonią Białystok (w czwartek) i Wisłą Kraków (w niedzielę). Legia gra najpierw z Lechią Gdańsk na wyjeździe i z Koroną Kielce u siebie.