Zobacz, jak Wisła Kraków kiedyś Śląsk Wrocław przekręciła

Zdzisław Kapka

Zdzisław Kapka (Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta)

Ten mecz przeszedł do historii. Było w nim wszystko, co najciekawsze w futbolu - nieprzewidywalność, niebywałe emocje i dramatyczny finał. Walczono również poza boiskiem - tam rywalizacja była jeszcze ciekawsza. Opisujemy kulisy meczu Śląska Wrocław z Wisłą Kraków, który zadecydował o mistrzostwie Polski w 1982 roku, czyli równo 30 lat temu.
Dziś sytuacja jest bardzo podobna do tej z 1982 roku. Wówczas, przed ostatnią kolejką sezonu 1981/82 Śląsk też był liderem. I rozgrywał spotkanie z Wisłą, która nie grała już o nic. Różnica polegała tylko na tym, że wówczas grano we Wrocławiu, a teraz do meczu dojdzie w Krakowie.

Jedno jest pewne - tamten mecz był jednym z najgłośniejszych i najbardziej dramatycznych pojedynków w historii piłkarskiego Śląska. Wydarzeniem, które najlepiej opisuje cytat z filmu "Wielki Szu": "Ja oszukiwałem, ty oszukiwałeś - wygrał lepszy".

Wrocław pewny swego

Była niedziela 9 maja 1982 roku. We Wrocławiu najważniejszym wydarzeniem miał być pojedynek piłkarski Śląska z Wisłą Kraków - miejscowi mieli wywalczyć tytuł mistrza Polski. Wygrana Śląska w stu procentach zapewniała mu triumf w rozgrywkach, a przy dobrym układzie innych meczów nawet remis dawał upragniony tytuł. To miała być formalność.

Dołącz do nas na Facebooku i bądź na bieżąco! >>

Mecz miał się rozpocząć o piątej po południu, ale już dwie godziny wcześniej stadion przy Oporowskiej wypełnił się po brzegi. Tłum kibiców był ogromny. Na ławkach trybun wszyscy siedzieli ściśnięci do granic możliwości. Wielu widzów stało na koronie stadionu, a część siedziała na schodkach pomiędzy sektorami lub na ziemi, tuż przy płocie oddzielającym trybuny od boiska. Niektórzy, nie mogąc znaleźć miejsca na stadionie, wspięli się na drzewa rosnące za odkrytą trybuną.

Według oficjalnych danych z początku lat 80. stadion Śląska mógł pomieścić około 15 tysięcy widzów, ale w relacjach prasowych dziennikarze informowali, że mecz oglądało ponad 20 tysięcy osób. A jedna z gazet podała, że było ich aż 25 tysięcy! Wiele osób przyszło na stadion z kwiatami i transparentami. Jeden z nich dumnie i pewnie głosił "Witamy mistrza Polski na 1982 rok". Działacze zaplanowali, że po meczu rozpocznie się uroczysty bankiet. A w lodówkach mroziły się szampany.

Kilka minut przed 19 było już po wszystkim. Po nadziei, radości i szczęściu. Stadion zamarł w rozpaczy i szoku.

Mistrzostwa nie było.

Tylko Śląsk i Widzew

Śląsk był rewelacją tamtego sezonu. Zespół prowadził młody, 33-letni szkoleniowiec Jan Caliński. Wrocławianie mieli bardzo ciekawy, mocny zespół. Pierwszoplanowymi graczami byli doświadczeni: Pawłowski, Sybis, Wójcicki, Kostrzewa, Faber czy Kopycki, wspomagani przez utalentowaną młodzież: Tarasiewicza, Prusika, Króla, Pękalę i Jareckiego. Śląsk równo i dobrze grał przez cały sezon, ale wprost rewelacyjnie spisywał się w rundzie wiosennej. W decydującej fazie rozgrywek wiadomo było, że walka o tytuł mistrza rozstrzygnie się między Śląskiem a Widzewem Łódź.

Po 28. rundzie spotkań - a więc na dwie kolejki przed końcem rozgrywek - wydawało się, że jest po wszystkim. Śląsk wygrał na własnym stadionie 2:0 z Górnikiem Zabrze, a Widzew przegrał w Warszawie z Gwardią 0:1. W tym momencie do końca sezonu pozostawały dwie rundy spotkań, a zespół trenera Calińskiego miał 39 punktów i wyprzedzał Widzew trzema punktami. W czasach, gdy za zwycięstwo przyznawano dwa punkty, taka przewaga wydawała się nie do odrobienia. Śląsk miał jeszcze do rozegrania mecze ze Stalą Mielec na wyjeździe i Wisłą u siebie. Widzew w przedostatniej kolejce podejmował Arkę Gdynia, a w ostatniej wyjeżdżał do Ruchu Chorzów. Wrocławianom zdobycie dwóch punktów w dwóch ostatnich meczach w stu procentach zapewniało mistrzostwo Polski.

To tylko formalność...

I wtedy zaczęły dziać się cuda, rzeczy, które w środowisku piłkarskim owiane są legendą. Historie przypominające te, jakie kilka lat później w filmie "Piłkarski poker" pokazał reżyser Janusz Zaorski. Widzew wcale nie zamierzał odpuszczać walki o mistrzostwo i wszelkimi sposobami starał się zmniejszyć straty do Śląska. W 29. kolejce łodzianie wygrali u siebie 2:0 z Arką, a Śląsk niespodziewanie przegrał na wyjeździe ze Stalą Mielec 1:3. Wszystko więc miało wyjaśnić się 9 maja, w ostatniej kolejce. Znaczenie dla końcowego układu tabeli - poza meczem Śląska z Wisłą - miały pojedynki: Ruch Chorzów - Widzew i Arka Gdynia - Górnik Zabrze. Wszystkie wyniki były powiązane i miały wpływ na to, co działo się na każdym boisku.

Śląsk miał punkt przewagi nad Widzewem i lepszą różnicę bramek, ale remis z Wisłą mógł nie wystarczyć do zdobycia tytułu. W przypadku wygranej Widzewa w Chorzowie - przy równej liczbie punktów ze Śląskiem - mistrzami zostawali łodzianie, mający lepszy bilans bezpośrednich pojedynków ze Śląskiem. Jednak sprawa była bardziej skomplikowana, gdyż Ruchowi groził spadek z ekstraklasy i w przypadku porażki z Widzewem mógł pierwszy raz w swej historii zostać zdegradowany do II ligi. Kosztem Ruchu przed spadkiem uratować się mogła Arka. Gdyby Arka pokonała Górnika, a Ruch przegrał u siebie z Widzewem, wówczas do II ligi spadałby Ruch. Tak więc teoretycznie chorzowianie z Widzewem mieli grać na poważnie, a to zdecydowanie miało ułatwić zadanie Śląskowi.

Podchody pod Wisłę

Na kilka dni przed ostatnim meczem sezonu we Wrocławiu rozpoczęła się "Operacja Wisła". Zespół miał wyjechać na zgrupowanie do pobliskiego Sycowa, ale ostatecznie nie pojechał w komplecie. - Do Sycowa nie wyjechali czterej zawodnicy: Tadek Pawłowski, Rysiek Sobiesiak, Janusz Sybis i Mietek Kopycki albo Heniek Kowalczyk - mówi jeden z naszych rozmówców.

We Wrocławiu zostało czterech najbardziej doświadczonych zawodników zespołu i mieliśmy przypilnować, aby Wisła nie zrobiła nam krzywdy w tym ostatnim meczu - śmieje się Tadeusz Pawłowski "Paweł", ówczesna wielka gwiazda Śląska.

Trener Jan Caliński: - Przed meczem przyszła do mnie grupa osób związanych z klubem i poinformowała, że mecz z Wisłą jest zbyt ważnym pojedynkiem, aby rozgrywać go tylko na boisku. Oni mieli wszystko wziąć w swoje ręce. Nie pytałem ich konkretnie, co będą robić.

O tym, co działo się później, nikt nie chce mówić oficjalnie. Z opowieści kilku osób wiedzących wszystko o kulisach pojedynku Śląsk - Wisła wyłania się niesamowita, wprost sensacyjna historia. Osoby te nie zgadzają się jednak, aby w kontekście tych wydarzeń podawać ich nazwisko.

Transakcja w ubikacji

Zarówno przedstawiciele Śląska, jak i Widzewa rozpoczęli podejścia pod piłkarzy Wisły. Oczywiście ludzie ze Śląska chcieli, aby Wisła przegrała, a wysłannicy Widzewa negocjowali z krakowskimi zawodnikami, aby ci za wszelką cenę urwali punkty Śląskowi. Przy takim scenariuszu mistrzem Polski mógł zostać Widzew. W grę wchodziły wielkie jak na tamte czasy pieniądze. Niespodziewanie we Wrocławiu były z tym problemy.

- Rozmawialiśmy z działaczami, ale oni od razu powiedzieli nam, że żadnych pieniędzy nie mają - tłumaczy jedna z osób odpowiedzialnych za rozpracowanie tego pojedynku. - Nie mieliśmy innego wyjścia i musieliśmy szukać kasy na własną rękę. Sytuację uratował pewien prywaciarz z Dzierżoniowa, który w tamtym okresie miał nieźle prosperujący zakład hydrauliczny. Ów biznesmen był kumplem stopera Śląska Pawła Króla i zgodził się pożyczyć 400 tysięcy złotych. To były wówczas wielkie pieniądze - podkreśla mój rozmówca.

Według dobrze zorientowanych suma ta została przekazana w jednym z wrocławskich mieszkań na pl. Grunwaldzkim piłkarzowi Wisły Zdzisławowi Kapce. Ale krakowscy zawodnicy podwyższyli stawkę i w ostatnich godzinach przed meczem trwała zbiórka dodatkowych pieniędzy. Nie było już możliwości, aby tę dodatkową kwotę przekazać w ustronnym miejscu, i do transakcji doszło w ubikacji na stadionie Śląska. Tuż przed rozpoczęciem spotkania jedna z żon wrocławskich piłkarzy dała pieniądze dziewczynie pewnego gracza Wisły. W tym momencie cała ustalona wcześniej suma została przekazana i teraz można już było wychodzić na boisko, aby wygrać mecz i przypieczętować mistrzostwo. Jednak w tym wszystkim ekipa Śląska nie pomyślała o jednym - że Widzew też chce zostać mistrzem i też ma swój plan...

Wszystko będzie dobrze

Mecz we Wrocławiu prowadził najsławniejszy wówczas polski arbiter Alojzy Jarguz. W pierwszej połowie Śląsk miał optyczną przewagę, jednak niewiele z niej wynikało. Wrocławianie grali nerwowo i sprawiali wrażenie lekko zagubionych. A Wisła ambitnie, mądrze się broniła i groźnie kontratakowała.

We Wrocławiu pojedynek już trwał, a na Cichej w Chorzowie piłkarze Ruchu i Widzewa dopiero wychodzili na boisko. Tam spotkanie rozpoczęło się osiem minut później niż we Wrocławiu. To był jeden z elementów planu Widzewa, który bezwzględnie został wykorzystany. To celowe opóźnienie rozpoczęcia meczu miało ogromne znaczenie dla kontrolowania sytuacji i wyniku na boisku. W 16. min pojedynku w Chorzowie niespodziewanie Ruch strzelił gola i wygrywał z Widzewem 1:0. Śląsk był coraz bliżej upragnionego mistrzostwa, mimo że nadal remisował z Wisłą 0:0. Jednak w Chorzowie wszystko szybko wróciło do normy. Kwadrans później napastnik łodzian Marek Filipczak doprowadził do remisu i gra znów stała się senna. W Chorzowie wszyscy nasłuchiwali już tylko wieści z Wrocławia.

A tam do przerwy było 0:0. Piłkarze Śląska byli trochę tą sytuacją zdezorientowani. W czasie gry wrocławscy piłkarze dobiegali do niektórych graczy Wisły i pytali "Co się dzieje, co wy robicie?". "Nie martwcie się, wszystko będzie dobrze" - miał odpowiedzieć jeden ze zorientowanych w sprawie rywali. Jednak w przerwie meczu w szatni wrocławskiego zespołu zrobiło się nerwowo. - Widziałem, że część moich zawodników nadal była pewna, że Wisła ułatwi nam zwycięstwo i zdobycie mistrzostwa - kontynuuje swoją opowieść trener Caliński. - Ta ich wiara była irracjonalna. W przerwie ja i kilku innych piłkarzy zasialiśmy niepewność w ich głowach, że tak nie będzie, że Wisła wcale nie chce przegrać tego pojedynku. Ale nie dali się przekonać. Druga połowa pokazała, jaka była prawda - dorzuca.

Obrączka zamiast miliona

Dramat Śląska rozpoczął się sześć minut po przerwie. Po dośrodkowaniu Iwana w polu karnym Śląska doszło do zamieszania, najszybciej do piłki podbiegł jasnowłosy obrońca Wisły Piotr Skrobowski i mocnym uderzeniem z bliska nie dał żadnych szans obrony Jareckiemu. Śląsk przegrywał 0:1 i w tym momencie mistrzem Polski był Widzew. Chwilę później na środku boiska doszło do niebywałej sytuacji. Jeden z zawodników Śląska twierdzi, że reprezentacyjny napastnik Wisły Andrzej Iwan podbiegł do Tadeusza Pawłowskiego i miał do niego krzyknąć: "Dawaj milion, jeśli chcecie ten mecz wygrać". W odpowiedzi usłyszał, że może dostać tylko złotą obrączkę.

Śląsk rzucił się do rozpaczliwego ataku i stwarzał sobie sytuacje bramkowe. Strzelali: Pękala, Socha, Pawłowski, ale fantastycznie interweniował bramkarz Wisły Adamczyk. W tym czasie na innych stadionach wszystko było już praktycznie jasne. Ruch z Widzewem grał tak, aby nie zrobić sobie krzywdy. Już wówczas było wiadomo, że chorzowianie z ligi nie spadną, gdyż Arka przegrywała z Górnikiem 0:1. W takim wypadku chorzowianie mogli sobie pozwolić nawet na porażkę z Widzewem, ale na razie taki wynik nie był potrzebny.

Koszmar "Pawła"

Tymczasem na Oporowskiej emocje sięgały zenitu. W 83. min we Wrocławiu zapanowała euforia. Za popchnięcie w polu karnym obrońcy Śląska Romana Wójcickiego sędzia Jarguz podyktował rzut karny dla wrocławian.

- Karny był naciągany, ale sędzia musiał coś zrobić - twierdzi jeden z rozmówców. - Dzień przed meczem w hotelu Wrocław jeden z wiceprezesów Śląska spotkał się na kolacji z sędzią Jarguzem. Obydwaj znali się od dawna i byli przyjaciółmi. Wiem, iż podczas tego spotkania ustalono, że gdyby na boisku Śląsk miał jakieś problemy, to arbiter miał zareagować - zapewnia. No i zareagował.

Według jednego z naszych rozmówców już przed meczem ustalono, w jaki sposób zawodnik Śląska będzie wykonywał karnego, jeśli jedenastka zostanie podyktowana. Bramkarz Wisły wiedział, w który róg nie może się rzucić, gdyż właśnie tam poleci piłka. Piłkę wziął w ręce kapitan Śląska Pawłowski i ustawił ją na wapnie. Tuż przed wykonaniem karnego Pawłowski spojrzał prosto w oczy idącemu obok Kapce i obydwaj skinęli głowami. To był znak, że wszystko dzieje się zgodnie z planem. Pawłowski podbiegł i prawą nogą lekko kopnął piłkę w lewy róg bramkarza, ale Adamczyk już tam był i bez problemów sparował piłkę. - Chciałem tylko trafić w bramkę, to było dla mnie najważniejsze. No, ale bramkarz okazał się lepszy. To był koszmar - wspomina nieszczęsny egzekutor karnego Tadeusz Pawłowski.

Sprawa była prosta, Pawłowski został oszukany przez Kapkę. Pewne rzeczy były przed meczem ustalone i uzgodnione, a na boisku okazało się, że jest inaczej - tłumaczy inny piłkarz Śląska.

Ten karny pokazał, jak Tadek Pawłowski bezgranicznie, do końca ufał w ten układ - komentuje trener Caliński. - Szkoda, gdybyśmy wówczas doprowadzili do remisu, to wierzę, że byliśmy w stanie strzelić jeszcze zwycięską bramkę. Czasu nie było wiele, ale naprawdę wszystko mogło się wtedy zdarzyć. Równocześnie jestem święcie przekonany, że gdyby nasz mecz zakończył się remisem, to Widzew strzeliłby w Chorzowie jeszcze jedną bramkę i wygrał mecz. Przecież oni swój pojedynek celowo rozpoczęli kilka minut później niż my, gdyż chcieli kontrolować sytuację, i przy takim rozwoju wypadków tam padłby taki wynik, który dawał Widzewowi mistrzostwo - z przekonaniem mówi Caliński.

Oczywiście zawodnicy Wisły twierdzą zupełnie co innego. Zdzisław Kapka zgadza się na krótką rozmowę, jednak pytany o tamte wydarzenia, wszystkiemu zaprzecza.

- Coś się chłopakom z Wrocławia pomieszało - mruczy pod nosem. - Myśmy nie bawili się w takie rzeczy jak sprzedawanie meczów. Sport polega na tym, aby skutecznie przeszkadzać przeciwnikowi, a nie pomóc mu w odniesieniu zwycięstwa - zapewnia. - Śląsk sam sobie jest winien. Przecież miał karnego, którego, z tego co pamiętam, nie strzelił Tadek Pawłowski. Niech oni mają pretensje do siebie, a niech nie wymyślają jakichś mitycznych historii - złości się Kapka.

Brzmienie ciszy

Gdy sędzia Jarguz zakończył mecz we Wrocławiu, na stadionie zapanowała przeraźliwa cisza. Praktycznie nikt nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Szok i rozczarowanie wrocławskich kibiców były porażające.

Przeraźliwa cisza panowała również w szatni Śląska.

- Nikt się do nikogo nie odzywał. Było jak na stypie, tylko rozpacz i przygnębienie - przypomina sobie jeden z wrocławskich zawodników. - To niesamowite, co się wydarzyło. Cały sezon graliśmy normalnie i "podparliśmy" tylko jeden, ten ostatni mecz. I właśnie ten przegraliśmy. Feralny egzekutor karnego Tadeusz Pawłowski tak wspomina tamte chwile: - Byłem zrozpaczony. Nie wiedziałem, co mam robić. Siedziałem w szatni i płakałem. Czułem się oszukany.

W budynku klubowym Śląska oczywiście zrezygnowano z bankietu. Część piłkarzy Śląska pojechała później do Novotelu, gdzie przebywała jeszcze ekipa Wisły. - Cieszyli się i bawili jak na weselu - ironicznie opowiada piłkarz Śląska. - Dopiero po meczu przekonaliśmy się, że Wisła była na tyle cwana, że równocześnie dogadywała się z dwoma klubami, z nami i z Widzewem. Pieniądze dostali z obydwu stron i bez względu na wynik jedną pulę i tak mieli zapewnioną. Cwaniaki - kończy gracz Śląska.

Boniek zaprasza na fetę

Według dobrze zorientowanych w Wiśle o takim układzie wiedziało pięciu zawodników. Kapka negocjował ze Śląskiem, a Iwan z Widzewem. Dlaczego Iwan?

- To był świetny kumpel piłkarzy Widzewa Bońka i Młynarczyka, z którymi znał się z reprezentacji Polski. Zresztą po sezonie Iwan miał przejść do Widzewa, ale uniemożliwiła mu to poważna kontuzja, której miesiąc później doznał na mistrzostwach świata w Hiszpanii - ujawnia mój informator.

Wszyscy nasi rozmówcy zgodni są co do jednego - Widzew dał więcej pieniędzy. Śląsk uzbierał około pół miliona złotych, a łodzianie około dwudziestu procent więcej. I na dodatek płacić mieli w dolarach, co wówczas miało duże znaczenie.

Nie widzę w tym nic złego, aby ktoś dopingował nas do zwycięstwa, ale nie pamiętam, aby Widzew cokolwiek wówczas nam oferował - z przekonaniem twierdzi dziś Kapka.

Przedstawiciele Widzewa Łódź też zaprzeczają, że w jakikolwiek sposób wpłynęli na wyniki ostatniej kolejki spotkań. Ówczesny drugi trener łódzkiego zespołu Tadeusz Gapiński śmieje się, kiedy pytam go o tamte dwa mecze: - Proszę pana, Śląsk sam sobie jest winien. Mógł wygrać z Wisłą i zostałby mistrzem. My naprawdę byliśmy zaskoczeni takim obrotem sprawy i tym, że ostatecznie tytuł przypadł nam. Pamiętam, że wracaliśmy do Łodzi i w autokarze słuchaliśmy radia. Jeden z dziennikarzy przeprowadzał rozmowę ze Zbyszkiem Bońkiem, który tego dnia nie mógł grać. Zbyszek pogratulował nam mistrzostwa i przez radio zaprosił całą ekipę do swojego mieszkania na fetowanie sukcesu. No i pojechaliśmy do niego i bawiliśmy się do rana.

Nie zaznasz spokoju

Największym przegranym tego pojedynku był Tadeusz Pawłowski - jeden z najlepszych graczy Śląska w jego historii. To na nim skupiła się złość wielu miejscowych kibiców.

To wszystko było straszne - wspomina Pawłowski, który od wielu lat na stałe mieszka w Austrii. - Ktoś chciał spalić mi samochód, grożono pobiciem moich dzieci. A mnie tak bardzo zależało na mistrzostwie, gotowy byłem zrobić prawie wszystko, aby Śląsk wygrał ten mecz. Feralny pojedynek z Wisłą pamiętam do dziś. Gdy czasami jestem we Wrocławiu i rozmawiam z różnymi osobami, to wiele z nich pyta mnie: "Pawłowski? To pan nie strzelił kiedyś karnego Wiśle?". Wtedy odpowiadam: "Ma pan dobrą pamięć, ale szkoda, że nie pamięta pan, iż to ja strzeliłem dla Śląska najwięcej bramek w meczach pierwszoligowych i europejskich pucharach w całej historii tego klubu".

Wkrótce okazało się, że nie tylko część miejscowych kibiców głównym winowajcą porażki uczyniła Pawłowskiego.

Miałem już gotowy kontrakt i miałem przejść do francuskiego Lens, ale nagle zaczęły się problemy z moim paszportem - mówi Pawłowski. - Nie chciano mi go wydać i nie mogłem wyjechać z Polski. Dziś wiem, że niektórzy działacze Śląska mścili się na mnie. W następnym sezonie graliśmy w europejskich pucharach z CSKA Moskwa. Byłem w świetnej formie, ale siedziałem wtedy na ławce rezerwowych. Jednak trener kazał mi się rozgrzewać. Wtedy z trybuny honorowej zszedł jeden z wojskowych działaczy klubu i zabronił naszemu trenerowi wpuścić mnie na boisko. W kolejnej rundzie w pojedynkach przeciwko Servette Genewa też nie mogłem grać. Trener powiedział mi wprost: "Wiesz, są naciski z góry i ty grać nie możesz. Na szczęście pod koniec roku dzięki znajomym udało mi się wreszcie dostać paszport i praktycznie natychmiast wyjechałem grać do Wiednia" - tłumaczy Pawłowski.

Gdy na koniec naszej rozmowy pytam Pawłowskiego o Kapkę, ten z przekonaniem wyjaśnia: - Z "Kapą" znaliśmy się bardzo dobrze, chyba od 17. roku życia, gdy razem graliśmy w młodzieżówce. Byliśmy przyjaciółmi. Ale od tamtego meczu z Wisłą nie rozmawiałem z nim ani razu. I już nigdy nie porozmawiam.

Komentarze (58)
Zobacz, jak Wisła Kraków kiedyś Śląsk Wrocław przekręciła
Zaloguj się
  • zibi1971

    Oceniono 39 razy 25

    Redaktorzy może przypomnijcie przekręt Legii w 1993 r. Cóż za obiektywizm dziennikarski.

  • kiks.pl

    Oceniono 20 razy 20

    złodziej ma pretensje do złodzieja, że ten go okradł...

  • 7_of_9

    Oceniono 21 razy 19

    Rozczulająca historia, jak to złodzieje i oszuści kiwali się nawzajem, a ciemny lud naiwnie wierzył w uczciwość. I mam teraz współczuć, że jeden złodziej kiwnął drugiego? Rozczulające...

  • platfusy.do.paki

    Oceniono 34 razy 16

    Oj, redaktorki z Czerskiej, znowu jątrzycie? Z dedykacją:

    Koko, koko
    Legia spoko
    4 miejsce
    też wysoko

  • grzespelc

    Oceniono 20 razy 14

    Przkręciła, nie przekręciła, wystarczyło zagrać na 100% i wygrać.

  • rockier

    Oceniono 18 razy 12

    Wisła przekręciła Śląsk? Może tak, może nie. Ale z opisu wynika, że kilku piłkarzy Śląska się nie starało, w tym sam Pawłowski. Zamiast skakać na Kapkę, Iwana czy Bońka, lepiej się zastanowić czy aby wszyscy gracze Śląska chcieli wygrać. Może pieniądze szły nie z Łodzi do Krakowa i z Wrocławia do Krakowa, ale także z Wrocławia do Krakowa i z ŁODZI DO WROCŁAWIA. To tłumaczyłoby dlaczego Kapka nie pamięta żeby dostał pieniądze z Łodzi (bo w tym wypadku nie dostał) i dlaczego część graczy Śląska miała gdzieś nalegania trenera w przerwie, by choć trochę się postarali.

  • kirgar

    Oceniono 28 razy 12

    buhahah gazetka peel juz szczuje na wisle i slask a tak sie brzydza teoriami spiskowymi .. nie bedziecie mistrzem frajerzy z warszafki i to nie dlatego ze ktos was przekreci tylko dlatego ze jestescie slabi .

  • js53

    Oceniono 15 razy 11

    Ja znam Zdziska z juniorów i wierzę Pawłowskiemu !!!
    Grałem z nim w Wiśle i wiem jaki ma charakter !!! teraz uczepił się Cupiała i w Wiśle jest pijawką a nie żadnym skautem !!!

  • drex1

    Oceniono 12 razy 10

    a tu Taraś wali prosto z mostu:

    Pan się kiedyś wstydził za Śląsk Wrocław?

    Tak. W 1982 r. wstydziłem się za piłkarzy, że sprzedali mecz o mistrzostwo Polski. Niektórzy woleli kupić sobie wtedy po dwa nowe polonezy, zamiast zapisać się w historii klubu i swojego miasta.

    www.gazetawroclawska.pl/artykul/72800,krol-ryszard-i-jego-szachy,3,id,t,sa.html
    trzeba zapytać Ryśka otwarcie, kto ze Śląska wtedy puścił ten mecz?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Lechia Gdańsk 18 38 30-17 11 5 2
2 Legia Warszawa 18 33 29-18 9 6 3
3 Jagiellonia Białystok 18 32 33-24 9 5 4
4 Piast Gliwice 18 30 26-20 8 6 4
5 Korona Kielce 18 29 24-22 8 5 5
6 Pogoń Szczecin 18 28 25-21 8 4 6
7 Lech Poznań 18 27 25-23 8 3 7
8 Wisła Kraków 18 26 31-27 7 5 6
9 Arka Gdynia 17 23 26-21 6 5 6
10 Zagłębie Lubin 18 21 26-30 6 3 9
11 Wisła Płock 18 19 26-32 4 7 7
12 Miedź Legnica 18 19 21-35 5 4 9
13 Cracovia Kraków 17 18 13-19 4 6 7
14 Śląsk Wrocław 18 17 25-27 4 5 9
15 Górnik Zabrze 18 16 22-32 3 7 8
16 Zagłębie Sosnowiec 18 12 22-36 2 6 10

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa