Twórca wielkiego Śląska: Sir Orest Lenczyk

Kiedy Orest Lenczyk jako trener zdobywał swoje pierwsze mistrzostwo Polski, Związek Radziecki był mocarstwem, Polską rządził Edward Gierek, a Karol Wojtyła został papieżem. Teraz 70 - letni Lenczyk zdobył złoto numer dwa - ze Śląskiem Wrocław.
W niedzielę Śląsk w ostatniej kolejce sezonu pokonał Wisłę Kraków i został piłkarskim mistrzem Polski. Wrocławski klub po tytuł sięgnął po raz pierwszy od 1977 roku, a trener zespołu na taki triumf czekał dokładnie o rok krócej. Orest Lenczyk (ur. 28 grudnia 1942) swoje pierwsze i jedyne do tej pory mistrzostwo zdobył w 1978 roku, a prowadził wówczas właśnie krakowską Wisłę.

Wtedy 36 - letni brunet rodem z Sanoka był wśród polskich trenerów młodzieniaszkiem. Teraz siwy i łysiejący Lenczyk jest dla polskich szkoleniowców nestorem. Piłkarze zaś z przymrużeniem oka mówią o nim "Dziadek". Samemu szkoleniowcowi na konferencje prasową po meczu w szkockim Dundee zdarzyło się przyjść z wnukiem, a przed świętami Wielkanocnymi chwalił się urodzinami pierwszej wnuczki. Innym razem pouczał dziennikarzy, by nim do niego zadzwonią, szukali jego nazwiska w nekrologach.

Dołącz do nas na Facebooku i bądź na bieżąco! >>

70-letni trener Lenczyk dysponuje świetną sylwetką, na treningach biega wraz z piłkarzami, a po dwóch, ważnych wygranych meczach zdarzało mu się zrobić nawet fikołki. Nade wszystko jednak jest szkoleniowiec Śląska nie tylko najstarszym trenerem ligowym, ale w ostatnich dwóch latach najbardziej utytułowanym. W zeszłym sezonie zdobył z wrocławską drużyną sensacyjne srebro, teraz dołożył jeszcze bardziej niespodziewane złoto.

Taśmy Lenczyka

Droga do tego sukcesu wcale jednak nie była sielankowa. Trener Lenczyk, który powinien być przez wszystkich we Wrocławiu noszony na rękach, kończy sezon będąc niemal ze wszystkimi w konflikcie. Pal sześć, że szkoleniowiec jest krytykowany przez radykalnych kibiców, bo akurat ten spór przynosi mu raczej chlubę. Złość z ich strony pojawiła się po tym, jak Lenczyk skrytykował bandyckie zachowanie jednego z nich podczas wyjazdu na mecz do Szkocji. Widząc, że kibola zabiera policja szkoleniowiec krótko podsumował:: - Takich kibiców nie potrzebujemy.

Od tamtego momentu nazwiska Lenczyka wrocławscy kibole już nie skandują.

Gorzej, że szkoleniowiec ma na pieńku, także z częścią swoich piłkarzy. Ci zapowiadają, iż mimo sukcesu z tym trenerem pracować już nie chcą i muszą zastanowić się nad swoją przyszłością w klubie. Doświadczony Lenczyk ma dość trudny charakter. Zawodnikom zaszedł za skórę głównie tym, że zachował się wobec nich nielojalnie podczas marcowego spotkania z właścicielami klubu.

W tym czasie Śląsk przeżywał w lidze ewidentny kryzys, spadł z pozycji lidera, a trener Lenczyk w trakcie rozmów z prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem winę za pogorszenie wyników zwalił wyłącznie na piłkarzy. Nagranie z monologiem szkoleniowca trafiło do Internetu, gdyż w gabinecie prezydenta nagrał wszystko jeden z dziennikarzy. W trakcie spotkania próbował się dodzwonić do Lenczyka, a trener - mający telefon komórkowy w kieszeni - zamiast odrzucić połączenie, omyłkowo je odebrał. I wszystko zaczęło się nagrywać.

Tzw. "taśmy Lenczyka" wywołały wśród piłkarzy Śląska wściekłość. Zawodnicy wzięli doświadczonego trenera na ostrą rozmowę i szczerze wygarnęli mu to, co o jego zachowaniu myślą. W tym wypadku nie chodziło nawet o to, co szkoleniowiec swoich podopiecznych krytykował. Chodziło o to, że popełnił jeden z największych grzechów w sporcie - zrobił to poza szatnią i nie w kręgu piłkarzy. Ostatecznie konflikt między trenerem, a piłkarzami został zażegnany, ale tak naprawdę tli się do teraz i nie wiadomo jakie rozmiary przybierze w przyszłości.

Lenczyk autorytarny

Trener Lenczyk we wrocławskim Śląsku skonfliktowany jest nie tylko z własnymi piłkarzami, ale również z klubowymi działaczami. Tych doświadczony szkoleniowiec nie poważa, a wszystkich, o których myśli, że zagrażają jego autorytetowi i pozycji - eliminuje. Tak było choćby z dyrektorem sportowym Krzysztofem Paluszkiem, którego Lenczyk najpierw odsunął od transferów, a teraz cały czas w mniej lub bardziej otwarty sposób krytykuje. Doszło nawet do absurdalnej sytuacji, że dyrektor sportowy Paluszek, który sprowadzał dużą część obecnych piłkarzy Śląska, na mecze zespołu w Lidze Europy jeździł jako wiceprezes DZPN-u. A od drużyny trzymał się jak najdalej. Aby tylko nie pokazać się trenerowi i nie zdenerwować go.

Nie od dziś wiadomo również, że 70-letni trener nie poważa prezesa klubu Piotra Waśniewskiego. Najchętniej wszystko załatwiałby nie z nim, a bezpośrednio z przedstawicielami właścicieli, czyli sekretarzem miasta Włodzimierzem Patalasem i prawą ręką Zygmunta Solorza - Józefem Birką.



Obaj panowie są Lenczykowi bliżsi wiekiem. A trener ludzi starszy poważa i zupełnie inaczej traktuje. Młodszych raczej lekceważy. Poza tym Birka i Waśniewski negocjowali z trenerem warunki zatrudnienia. Znacznie młodszego od szkoleniowca prezesa Waśniewskiego przy tym nie było.

Trener Lenczyk wyjątkowo poważa również prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza o którym wie, że bardzo dużo od niego w Śląsku zależy. Poza tym Dutkiewicz już w pierwszym dniu pracy w klubie przyjął szkoleniowca w ratuszu, przedstawiał dziennikarzom i w ogóle traktuje Lenczyka z odpowiednią czcią i atencją. A na tym punkcie doświadczony szkoleniowiec jest wyjątkowo wyczulony.



Lenczyk wielki

No cóż, a może Lenczyk ma po prostu w wielu wypadkach rację. A to, co inni poczytują mu za dziwactwo, wcale dziwactwem nie jest? No bo cóż dziwnego w tym, że 70-letni trener wymaga, by to on pierwszy podawał rękę młodszemu rozmówcy oraz żeby nie będąc z nim w bliskich relacjach, zwracać się do niego "panie trenerze"? Przecież sam Lenczyk jest człowiekiem o ogromnej kulturze, który nienaganne maniery zachowuje zwłaszcza w stosunku do kobiet.

Co dziwnego w tym, że on chwalący się pobieraniem nauk u najlepszych lwowskich profesorów, nieco lekceważy trenerów, którzy nie legitymują się odpowiednim wykształceniem? Co wreszcie dziwnego w tym, że skoro odpowiada za wyniki drużyny, to domaga się pełni władzy nad nią?

Tak naprawdę Orest Lenczyk w polskim futbolu od zawsze był orędownikiem normalności. Brzydził się korupcją już w czasach, kiedy inni uważali ją za dozwoloną, za naturalną część polskiego futbolu. To on, od zawsze niepijący, kolejne miejsca pracy musiał załatwiać sobie wynikami, a nie układami. To on w końcu wymagał, by polscy piłkarze posiadali elementarne umiejętności sprawnościowe, aby zrobili przewrotu w przód i by przyzwoicie się prowadzili.

Jeśli nie jest Lenczyk specjalistą od tytułów, to jest wyznawcą ciężkiej pracy. Jest też bardzo dobrym taktykiem, co do tej pory ceniło w nim niewielu.

W swojej karierze szkoleniowiec potrafił drużyny średnie dźwignąć od poziomu wcześniej dla nich nieosiągalnego, a czynił tak z Ruchem Chorzów, GKS-em Bełchatów czy właśnie ze Śląskiem Wrocław. Wielu piłkarzy wspomina, że tak dobrze jak pod jego wodzą, nie grało ani wcześniej, ani później. Oni z czysto sportowych powodów chcieliby z nim współpracować nadal. Nawet mimo bardzo trudnego charakteru

Lenczyk jak Ferguson

Trener Śląska od lat zapatrzony jest w o rok starszego od siebie sir Alexa Fergusona z angielskiego Manchesteru United, który drużynę "Czerwonych Diabłów" prowadzi nieprzerwanie od 26 lat. W tym czasie szkoleniowiec z Wrocławia pracował w ponad 10 klubach, ale zawsze powtarzał, że polską piłkę uratować mogą,,tylko Fergusony". Miał na myśli szkoleniowców, którzy w klubach dostaliby pełnie władzy i przez wiele lat mogli budować swoją autorską drużynę.

Nie wiadomo, czy we Wrocławiu trener Orest Lenczyk będzie takim Fergusonem. Wiadomo na pewno jednak, że za to co zrobił wrocławianie powinni mu nadać jakiś wyjątkowy tytuł. Najlepiej - Sir Orest Lenczyk.

Czy Śląsk Wrocław zakwalifikuje się do Ligi Mistrzów?