Sebastian Mila: Nie wiem, czy na nowy sezon zostanę w Śląsku

Kiedy wyniki Śląska były słabe na nasz trening przyszli kibice. Po spotkaniu z nimi obiecałem sobie, że dogram ten sezon do końca, a potem zastanowię się co dalej. Musze przemyśleć, czy zostanę w Śląsku - mów w rozmowie z wroclaw.sport.pl Sebastian Mila, kapitan Śląska Wrocław
Śląsk w tym sezonie zdobył pierwszy od 35 lat tytuł mistrza Polski. Teraz zespół, który nie ma ani jednego przedstawiciela w polskiej kadrze na Euro 2012, czeka walka w eliminacjach Ligi Mistrzów. Pierwszego rywala wrocławianie poznają 25 czerwca, a inauguracyjne spotkanie rozegrają 17 bądź 18 lipca.

Rozmowa z Sebastianem Milą

Michał Karbowiak: Były trzy kolejki do końca sezonu, a Śląsk grał słabo i mógł wypaść nawet poza europejskie puchary. To wtedy powiedział mi pan w wywiadzie: "Śląsk Wrocław będzie mistrzem Polski".

Sebastian Mila: No to chyba teraz wypada powiedzieć: A nie mówiłem (śmiech )? Od kiedy jestem we Wrocławiu, to były przynajmniej dwa momenty, kiedy spoglądano na mnie jak na wariata. Pierwszy, kiedy po pierwszej prezentacji Śląska powiedziałem, że zagramy w europejskich pucharach. Byliśmy wtedy beniaminkiem ligi i chyba absolutnie nikt w to nie wierzył. Mieliśmy mało sprzętu, przebieraliśmy się w polowych warunkach, bo budynek klubowy był w remoncie. Pamiętam, że nie mieliśmy nawet gdzie powiesić ubrań i trzeba było je zostawiać na maszynach do odnowy biologicznej. Mimo to widziałem, jak funkcjonuje zespół, i wiedziałem, że może być z niego coś dobrego.

W końcówce tego sezonu też wszyscy dziwili się, kiedy mówiłem, że to Śląsk będzie mistrzem. Nikt nie chciał tego słuchać, odbierano to tylko jako czcze gadanie. Jednak wiedziałem, że jesteśmy mentalnie gotowi na osiągnięcie sukcesu. Widziałem, jaką pracę włożyliśmy i jaka szansa przed nami stoi. Cieszę się, że na końcu to ja miałem rację.

Dołącz do nas na Facebooku i bądź na bieżąco! >>

Z tego sezonu oprócz szalonej radości w Krakowie zapamiętam jednak, jak padł pan na kolana po zremisowanym w ostatniej minucie meczu z Widzewem Łódź. Sebastian Mila był na klęczkach i walił pięścią w murawę.

- To była spontaniczna reakcja, bo przecież bramkę i zwycięstwo straciliśmy w ostatniej chwili. Mimo to potrafiliśmy się pozbierać i przekuć tę stratę w ostateczne zwycięstwo. Okazało się, że wszystkie przegrane, także ta z Legią Warszawa na własnym stadionie 0:4, tylko nas wzmocniły. Osiągnęliśmy sukces przeciwko wszystkim, a szczególnie przeciwko tym, którzy już nas skreślili. Dziś mamy niesamowitą satysfakcję, że udało się nam podnieść rękawicę.

Jednocześnie dzięki takim meczom jak ten z Legią czy z Widzewem jeszcze bardziej doceniamy to, co nas teraz spotkało. Pamiętamy przecież, jak po straconych punktach czy porażkach przyjeżdżaliśmy do domu załamani, późną nocą. Pamiętamy, jak skopani musieliśmy wyjść na rozruch i - choć wszystko nas bolało - musieliśmy spróbować zacząć myśleć już tylko o kolejnym meczu. To wszystko nie było takie łatwe. My jako drużyna daliśmy radę.

Który moment sezonu był najcięższy? Kiedy ujawniono nagrania z rozmów trenera Lenczyka, gdy szkoleniowiec was krytykował? Kiedy dowiedzieliście się, że sytuacja finansowa klubu nie jest pewna, czy kiedy oskarżano was o nadużywanie alkoholu po remisie z Lechią?

- Dla mnie najtrudniejszy był inny moment. Kiedy wyniki były słabe, a na nasz trening przyszli kibice. Po spotkaniu z nimi obiecałem sobie, że dogram ten sezon do końca, a potem zastanowię się co dalej.

Co stało się na tym spotkaniu?

- Nie chciałbym tego szerzej rozwijać. Mogę tylko powiedzieć, że są zachowania, których nigdy nie zaakceptuję.

Inne problemy nie miały wpływu na piłkarzy?

- Oczywiście, w pewnym sensie miały, najlepiej je omówić i wreszcie zakończyć. Jeśli chodzi o rozmowę trenera Lenczyka, która wyciekła do internetu, to oczywiście jej wysłuchaliśmy, a potem wyjaśniliśmy sobie wszystko ze szkoleniowcem w szatni. Jeśli chodzi o finanse, to w tamtym okresie na pewno nie były one na pierwszym miejscu. Chcieliśmy spełnić swoje marzenia - zdobyć mistrzostwo, a to, kiedy dostaniemy zaległe premie, nie stanowiło dla nas problemu.

Jeśli zaś chodzi o nadużywanie alkoholu, to mogę powiedzieć, że w publikacjach na ten temat nie ma nawet jednej setnej prawdy. Nie byliśmy pijani, nie rzucaliśmy w trenera bananami. To wszystko stek bzdur.

Ale to, że obrażaliście Legię na mistrzowskiej fecie, już wszyscy widzieli.

- Wszystko, co mieliśmy w tej sprawie do powiedzenia, wyraziliśmy w specjalnym oświadczeniu.

To prawda, że piłkarze Śląska mimo mistrzostwa Polski nie chcą już pracować z trenerem Lenczykiem?

- Nie chcę nic deklarować za kolegów, bo jeśli ktoś ma z trenerem jakieś sprawy do załatwienia, to powinien to zrobić indywidualnie. Na pewno jednak nigdy nie było tematu, że nie wychodzimy na trening, bo drużynę prowadzi trener Lenczyk. Ja, jako Sebastian Mila, wszystko mam z nim uregulowane, choć nie mówię, że każda rozmowa była łatwa. Bardzo szanuję jednak trenera Lenczyka, bo to on doprowadził nas do tego sukcesu. To dzięki niemu mogliśmy podnieść puchar za mistrzostwo Polski.

Ciężki ten puchar jest?

- Bardzo, choć chyba znacznie ciężej było go wywalczyć na boisku. Żartowaliśmy z chłopakami, że skoro już daliśmy radę, to z niesieniem też nie powinno być problemu. Poza tym niezależnie od samej statuetki osiągnęliśmy coś, czego już nikt nam nie zabierze. Wyprzedziliśmy Ruch, Legię, Lecha, bogatą Polonię Warszawa czy poprzedniego mistrza - Wisłę. Od dwóch sezonów jesteśmy na topie, zbudowaliśmy sobie respekt w całej Polsce. Tego wszystkiego nie da się zanegować.

Teraz wszyscy oczekują od was awansu do Ligi Mistrzów.

- To naturalne, że taki temat się pojawia. Na pewno niepokojące jest to, że od wielu lat żadnemu polskiemu klubowi nie udało się do niej dostać. To jest jakaś bariera do pokonania. Inna sprawa, że także w futbolu do odważnych świat należy. My jako Śląsk po srebrnym i złotym medalu zaczynamy być uzależnieni od sukcesów i chcemy to swoje uzależnienie podtrzymywać. Zachowujemy w tym wszystkim pokorę, ale jednocześnie zamierzamy zmieniać stereotypy. Te ludzkie i te piłkarskie. Skończyły się dla naszej piłki czasy kłaniania się wszystkim w Europie. Nie ma się co wstydzić, że jest się z Polski i gra się w takich ekipach jak Śląsk, Legia czy Lech. To są kluby na bardzo porządnym poziomie.

Będzie się jednak trzeba wstydzić jeśli mistrz Polski w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów odpadnie z ekipą pokroju maltańskiej Valetty FC czy kazachskiej Karagandy.

- Spokojnie, my już przed ostatnimi pucharami słyszeliśmy, że skończymy jak Jagiellonia Białystok i że przyniesiemy wstyd polskiej piłce. Ale czy jak już przeszliśmy Dundee czy Lokomotiv, to ktoś napisał, że jednak nie byliśmy Jagiellonią? Oczywiście, że nie. W Śląsku przeżyliśmy już okresy całkowitej krytyki i powszechnego wychwalania. Jesteśmy więc przygotowani i na to, i na to. Najważniejsze jest jednak to, że jesteśmy mistrzem wywodzącym się z ligi, która tak ja cała polska piłka staje się coraz silniejsza. Kto twierdzi inaczej, jest w całkowitym błędzie. W zeszłym sezonie dwie nasze drużyny wyszły z grupy Ligi Europejskiej, polskich piłkarzy kupuje się za ogromne pieniądze do dobrych europejskich klubów, a nasi reprezentanci w niektórych z nich są gwiazdami. To fakty, z którymi nie można dyskutować.

Faktem jest również, że w reprezentacji Polski na Euro 2012 nie ma jednak żadnego piłkarza Śląska, w tym Sebastiana Mili.

- Na pewno jest mi przykro z tego powodu. Jako drużyna bardzo pracowaliśmy na choćby jedno powołanie, a wiadomo, że każdy polski piłkarz marzy, by wystąpić w tej imprezie. Jest jednak tak jak jest i trzeba się z tym pogodzić. Przecież nie pójdę popłakać się w kąt. Jestem pozytywnie nastawiony do tej reprezentacji, do trenera Smudy i życzę temu zespołowi wszystkiego najlepszego. Byłem w środku, wiem, że panuje tam dobra atmosfera, selekcjoner ma na to pomysł. Szczerze zamierzam kibicować Polsce na Euro 2012, a po mistrzostwach, jeśli tylko dostanę powołanie, to z radością stawię się na zgrupowanie.

Wtedy mógłby pan zagrać już u piątego selekcjonera reprezentacji Polski. To byłby spory wyczyn.

- Rzeczywiście, chronologiczne patrząc, to szanse dawali mi trenerzy Boniek, Janas, Beenhakker i Smuda. Najmniej mile wspominam naszego holenderskiego selekcjonera, ale też najkrócej z nim współpracowałem. U Bońka byłem nawet kapitanem drużyny, u Janasa, który był dla mnie numerem jeden, pojechałem na mistrzostwa świata. To wielka sprawa widzieć, jak taka impreza wygląda od środka, wiedzieć, jak wyglądają przygotowania do tej. Nawet jeśli na mundialu nie zagrałem, to każdemu życzę, żeby mógł coś takiego przeżyć.

W pewnym momencie wydawało się jednak, że nie tylko pana kariera reprezentacyjna, ale i kariera w ogóle, idzie w bardzo złym kierunku. Po nieudanej przygodzie w Austrii i w Norwegii wielu przepowiadało już koniec Sebastiana Mili.

- To prawda, dlatego można powiedzieć, że w Śląsku dostałem drugie piłkarskie życie. Był taki czas, kiedy dziennikarze śmiali się ze mnie, jak nie przymierzając z pana Kononowicza. Ale jeśli ja grałem w reprezentacji, Austria Wiedeń kupowała mnie za 2 mln euro, to naprawdę niewiele opinii jest mnie w stanie obrazić. Nawet w tym złym czasie jednego byłem pewien: jeśli dostanę prawdziwą szansę, to obronię się na boisku przez swoje umiejętności. A proszę mi wierzyć, że notami w gazetach przejmowałem się jak miałem 20 lat. Bałem się, że jak napiszą, że grałem słabo, to się rodzina zmartwi.

W przyszłym sezonie zostanie pan w Śląsku?

- Tego jeszcze nie wiem. Muszę pojechać na urlop, wszystko przemyśleć. Niektórzy mają postanowienia noworoczne, a ja zestaw planów robię dopiero po sezonie. Odpocznę i zastanowię się co dalej. Najważniejsze pytanie, na jakie muszę sobie odpowiedzieć, to takie, ile jeszcze mogę dać tej drużynie. Jeśli dojdę do wniosku, że za mało, to odejdę. Tak czy inaczej Wrocław i Śląsk na zawsze będą miały wiele miejsca w moim sercu. Tu sportowo przeżyłem wspaniałe chwile, tu urodziła mi się córeczka Michalina. Jej ulubionym ubrankiem jest mała koszulka Śląska, a jak widzi mnie ubranego na trening, to mówi: "Tata - gol".

A może nauczy ją pan mówić: "Tata - mistrz".

- Mistrz to bardzo trudne słowo dla takiego małego dziecka. Nie wiem, czy damy radę w ciągu tego roku. No chyba że w następnym sezonie zdobędę kolejne złoto i będę miał trochę więcej czasu (śmiech ).