Szalone przygody trenera Stanislava Levego

Mistrza Albanii prowadził na stadionach, które nie miały normalnych toalet, a podczas meczów kibice rzucali w piłkarzy śnieżkami i parasolkami. Teraz czeski trener Stanislav Levy ma zrobić ze Śląska drużynę na miarę 40-tysięcznego Stadionu Miejskiego. To największe wyzwanie w jego karierze


Poniedziałkowa nominacja Stanislava Levego na szkoleniowca mistrza Polski wywołała wielkie zdziwienie. Nie tylko w Polsce, lecz także w jego ojczyźnie. Paradoksalnie 54-letni czeski szkoleniowiec poza propozycją mistrza Polski równolegle otrzymał ofertę pracy z Czech. Chciało go Dynamo Ceske Budejovice - ostatnia drużyna Gambrinus Ligi. Levy wybrał Śląsk - obrońcę tytułu, grający na 40-tysięcznym Stadionie Miejskim zespół mający zakwalifikować się do europejskich pucharów.

- Nie dziwię się, że trener Levy wybrał ofertę z Wrocławia - śmieje się Peter Adam z dziennika "Lidove Noviny". - Dla tego szkoleniowca praca w Śląsku to chyba największe wyzwanie w karierze. Dotychczas prowadził głównie drużyny z niższych lig albo takie, które nie grały o najwyższe cele. Tak było choćby z Viktorią Pilzno, która dziś jest jednym z najlepszych czeskich zespołów, ale za czasów Levego balansowała na granicy spadku. Właśnie dlatego trudno powiedzieć, czego możecie się po nim spodziewać - podkreśla czeski dziennikarz.

Takie opinie w kontekście nowego trenera Śląska zdecydowanie dominują. W Czechach bardziej niż jako świetnego szkoleniowca wspomina się go jako znakomitego obrońcę Bohemiansu Praga, w którym grał 11 lat. W 1983 roku zdobył mistrzostwo kraju i dotarł aż do półfinału Pucharu UEFA. Jako piłkarz 25 razy zagrał też w reprezentacji Czechosłowacji.

Opanowany i rozważny

W 1992 roku karierę piłkarską Levy kończył tam, gdzie później zaczynał trenerską, czyli w niemieckiej Tennis Borussii Berlin. Czech wspomina, że choć był nominalnym obrońcą, to w drużynie ze stolicy zaliczył chyba wszystkie pozycje poza bramkarzem. W 1995 roku został w klubie drugim trenerem i pracował kolejno z Uwe Jahnem, Rainerem Zobelem i Hermanem Gerlandem. Pod wodzą tego ostatniego Borussia w 1998 roku awansowała do 2. Bundesligi, a w mistrzowskim sezonie nie przegrała ani jednego spotkania. Pomocnikiem tamtego zespołu był Zbigniew Szewczyk, wcześniejszy mistrz Polski z Zagłębiem Lubin. Co ciekawe, gdy pytam Szewczyka o Stanislava Levego, ten początkowo zupełnie nie kojarzy, o kogo chodzi.

- Stanislav? No nie wiem - zastanawia się Szewczyk. Po czym nagle przypomina sobie: - Aaa, Stani Levy. No jasne, że pamiętam.

O Stanim, jak nazywają w Niemczech trenera Śląska, były gracz Zagłębia ma bardzo dobre zdanie. - To opanowany i rozważny człowiek. Z trenerem Gerlandem świetnie się uzupełniali i potrafili w dobry zespół przekuć całe towarzystwo multi-kulti, które wówczas było w Borussii. Pamiętam też, że pod wodzą tego duetu graliśmy ciekawą piłkę. Mieliśmy się długo utrzymywać przy piłce, a nie wybijać piłkę byle do przodu - opowiada Szewczyk. - Stani był w tym duecie bardziej przyjacielski, mówiliśmy mu po imieniu. Szkoda, że potem się to wszystko rozpadło, bo ostatecznie zajęliśmy szóste miejsce, a mogliśmy nawet awansować do Bundesligi - wspomina.

Potrafi być jak hardy pies

Levy pierwszym trenerem Tennis Borussii Berlin został 19 listopada 1998 roku, a na tym stanowisku zastąpił właśnie Hermana Gerlanda. Ofertę przyjął po namowach poprzednika i po 30-minutowej rozmowie z prezydentem klubu Kuno Konradem. Gdy się zgodził, rozdzwoniły się telefony z ojczyzny. Stanislav Levy był bowiem pierwszym czeskim trenerem w historii, który objął drużynę z 1. bądź 2. Bundesligi. Tego wyczynu gratulowali mu więc legendarni piłkarze jak Antonin Panenka czy Zdenek Nehoda.

Dla 40-letniego wówczas szkoleniowca przejęcie Borussii nie było jednak łatwe, bo do tej pory dla piłkarzy był bardziej kolegą niż przełożonym. Jak opisywał "Berliner Zeitung", już na pierwszym treningu Czech pokazał jednak zupełnie inną stronę swojej natury. Nie był już tak opanowany i spokojny, raczej żywiołowy i aktywny. Jugosłowiański bramkarz Goran Curko miał nawet powiedzieć: - Widać, że Stani jeśli chce, potrafi być jak hardy pies.

Zbigniew Szewczyk: - Rzeczywiście jako pierwszy trener nieco się zmienił, ale taka jest chyba kolej rzeczy. Nadal mieliśmy z nim jednak dobry kontakt. Sporo korzystał z tego, czego nauczył się u Hermana Gerlanda, i pewnie nadal tak jest mimo upływu lat. Na szacunek zasługuje także to, że w Borussii pozostał nawet wtedy, kiedy nie był już pierwszym trenerem.

Po dziewięciu meczach Stanislava Levego w ekipie z Berlina zastąpił Winfried Schäfer. Była to zmiana zaskakująca, bo Czech w tym czasie poniósł ledwie dwie porażki, cztery mecze wygrał i trzy zremisował.

Drużyny nie uratował

Potem Levy przeniósł się do II-ligowego wówczas Hannoveru 96, gdzie został asystentem Hermana Erhmantrauta. Levy dokończył za niego sezon 2000/01. W ostatnich czterech spotkaniach zaliczył jedną wygraną oraz trzy remisy, ale nie przedłużono z nim umowy. Następnie przeszedł do 1. FC Saarbrücken, gdzie przez dwa lata był głównie drugim trenerem, a samodzielnie drużynę poprowadził jedynie w jednym zremisowanym pojedynku.

Do Czech wrócił w roku 2004. Najpierw Levy został zwolniony po jednej rundzie z II-ligowej Viktorii Żiżkov, a w I-ligowych Viktorii Pilzno i FC Slovacko zajmował miejsca w środku tabeli. W sezonie 2008/09 zaliczył poważną porażkę - spadł z Gambrinus Ligi z FC Tescoma Zlin. W decydującym spotkaniu z Jabloncem przegrał aż 1:6 i zanotował najwyższą porażkę w historii klubu. Mimo to dość niespodziewanie w październiku 2011 roku był bardzo poważnie rozpatrywany jako nowy trener Slavii Praga - jednego z najbardziej utytułowanych czeskich klubów. Rozmawiał wtedy z właścicielami klubu, był nawet przekonany, że posadę dostanie, ale zamiast niego opiekunem prażan dość niespodziewanie został legendarny zawodnik Sparty Praga i były trener Arki Gdynia Frantisek Straka. Ta decyzja wywołała wściekłość fanów Slavii, którzy na znak protestu wykopali dla Straki grób.

Tytuł na stadionach bez toalet

Zamiast drużyny z Pragi Czech zdecydował się na nietypowy ruch i przyjął ofertę Skenderbeu Korcza - mistrza Albanii, który wówczas znajdował się w środku tabeli i miał dziewięć punktów straty do lidera. Pod jego wodzą zespół odniósł 16 zwycięstw, cztery spotkania zremisował, tylko dwa przegrał i ostatecznie mistrzowski tytuł obronił.

Jak wspomina nowy szkoleniowiec wrocławian, praca w Albanii było nieco egzotyczna. W tamtejszej lidze normalne toalety są tylko na 12-tysięcznym stadionie właśnie w Korczy. Zdarza się, że podczas spotkań w piłkarzy rzucano parasolkami albo śnieżkami. Kiedyś taką śnieżką oberwał także Stanislav Levy. W śniegu był kamień, na szczęście szkoleniowcowi nie stało się nic poważnego.

Później w jednym z wywiadów mówił: - Taki kraj, takie obyczaje, zdążyłem się już przyzwyczaić. Przyzwyczaiłem się też do tego, że jeśli tylko w jakimś meczu choćby zremisujemy, to pięć minut później mam w szatni prezesa, który nerwowo pyta, co się dzieje.

Ostatecznie prezes Agim Zeqo w nagrodę za zdobycie tytułu mistrza Albanii zabrał trenera Levego na finał Ligi Mistrzów Chelsea - Bayern. W Champions League Albańczykom nie poszło już jednak tak dobrze, bo w II rundzie eliminacji odpadli z węgierskim Debreczynem (wygrali 1:0 u siebie i przegrali 0:3 na wyjeździe). Po tej porażce, a przede wszystkim po odejściu prezesa Zeqo, trener Levy na początku sierpnia zrezygnował z posady. Nie chciał się zgodzić, by jego piłkarzom obniżono kontrakty o 30 procent, a w przypadku braku tytułu o kolejne 30.

- Z tego tytułu Staniego można się śmiać, bo wiadomo, że Albania jest dla Polaków egzotycznym piłkarsko krajem. Jednak aby wygrać jakąkolwiek ligę, trzeba się sporo namęczyć i czymś wykazać - podkreśla Zbigniew Szewczyk.

Muszę wiedzieć takie rzeczy

Teraz trener Levy na warunki pracy nie będzie mógł narzekać. Jednym z powodów, dla których zatrudniono go w Śląsku, jest konieczność zapełnienia nowego 40-tysięcznego Stadionu Miejskiego. Tam w poniedziałek odbyła się oficjalna prezentacja szkoleniowca Śląska. Zanim do niej doszło, przedstawiciele wrocławskiego klubu od rana nieco nerwowo tłumaczyli trenerowi, co go czeka, jak wszystko będzie wyglądało i jak powinien się zachować w kontakcie z mediami. Czech spokojnie słuchał i z uśmiechem odpowiedział: - Panowie, trochę pracowałem w Niemczech. Wiem, o co chodzi.

Podczas konferencji szkoleniowiec był wyjątkowo wyluzowany. Pozował do zdjęć na ławce rezerwowych, kopał piłkę w stronę kamer i fotoreporterów. Potem trener pojechał spotkać się z wrocławskimi piłkarzami i rozmawiał z nimi już bez udziału tłumacza.

O zawodnikach Śląska Czech wie zresztą bardzo dużo. W trakcie rozmów z właścicielami klubu zaskoczył wszystkich znajomością nie tylko graczy z pierwszego zespołu, lecz także tych z Młodej Ekstraklasy. Jeszcze przed podpisaniem umowy Levy chciał w sobotę przyjechać na mecz juniorów Śląska z Zagłębiem Lubin. Kiedy ostatecznie pojawił się we Wrocławiu w niedzielę, zaskoczył wszystkich wiedzą o tym, że juniorzy Śląska wygrali 2:0. Zapytany przez dyrektora sportowego Krzysztofa Paluszka, skąd to wie, odpowiedział: - Mam być trenerem Śląska. Muszę wiedzieć takie rzeczy.