Sport.pl

Waldemar Sobota: Z reprezentacji przyjechałem podbudowany, pełen optymizmu

Jeżeli trzeba pracować z piłką lekarską, to nie marudzę, tylko zabieram się do pracy. Jeżeli szkoleniowiec kładzie większy nacisk na zajęcia z normalnymi piłkami, to wiadomo, że te zajęcia sprawiają więcej frajdy. Ale zajęcia z trenerem Lenczykiem przynosiły efekty, i to jest najważniejsze - opowiada Waldemar Sobota.
Rozmowa z Waldemarem Sobotą, pomocnikiem Śląska Wrocław i reprezentacji Polski:

Dariusz Łuciów: Czuje pan jeszcze niedosyt po meczu z Podbeskidziem, bo chyba bardziej straciliście tam dwa punkty, niż ugraliście jeden?

Waldemar Sobota (pomocnik Śląska): - Powoli musimy zacząć zapominać o tym meczu. Przed nami następna kolejka, w której będziemy chcieli wygrać, a co za tym idzie - ten punkt, który zdobyliśmy w Bielsku-Białej, na pewno będzie cenniejszy. Wiadomo, że w tym meczu śmiało mogliśmy pokusić się o trzy punkty; tak się jednak nie stało. Teraz jednak musimy zacząć koncentrować się na niedzielnym meczu z GKS-em Bełchatów i znaleźć receptę na pokonanie rywala.

Na początku sezonu jest pan chyba jednym z niewielu w Śląsku, który ma powody do zadowolenia. Otrzymuje pan powołania do reprezentacji, zagrał pan w meczu z Mołdawią przed własną publicznością, a do tego jeszcze ten piękny gol z Podbeskidziem.

- Na pewno cenię sobie powołanie do reprezentacji narodowej i fakt, że dostałem szansę od trenera Fornalika. Z kadry wróciłem na pewno podbudowany. Ten optymizm, który mi towarzyszył po zgrupowaniu, przywiozłem do klubu. Z Podbeskidziem udało mi się strzelić bramkę, ale cieszyłaby ona bardziej, gdyby dała nam trzy punkty. Tak się jednak nie stało i w następnych spotkaniach musimy zrobić wszystko, żebyśmy mieli więcej punktów.

Oglądał pan powtórkę bramki z Podbeskidziem? Z taką łatwością minął pan pięciu jego zawodników, że wydawało się, że jeżeli na drodze stanąłby kolejny, to także minie go pan jak slalomową tyczkę.

- Widziałem bramkę w telewizji, dlatego tym bardziej cieszę się, że padła ona akurat w takim stylu. Fajnie, że strzeliłem, jednak nawet takiej urody gol dał nam tylko jeden punkt. Szkoda, że meczu nie wygraliśmy.

Jest pan pierwszym piłkarzem Śląska od 19 lat, który zagrał w meczu reprezentacji o punkty. Ostatnim w 1993 roku był Adam Matysek, który bronił w eliminacjach do mistrzostw świata w USA. Liczy pan, że uda się na dłużej zakotwiczyć w kadrze i Śląsk nie będzie musiał już tak długo czekać na występ swojego zawodnika w biało-czerwonych barwach?

- Wszystko zależy od mojej dyspozycji w klubie. Trener na pożegnanie po ostatnim zgrupowaniu powiedział, że jak będziemy prezentować dobrą formę w rozgrywkach ligowych, to każdy z nas może liczyć na kolejną szansę. Czeka mnie więc trudne zadanie i wiem, że muszę dać z siebie wszystko, jeżeli chcę pojechać na najbliższe zgrupowanie. Znalazłem się gdzieś w tej orbicie zainteresowań, co na pewno cieszy. A jeżeli chodzi o to, że jestem pierwszym piłkarzem Śląska, który po tak długiej przerwie zagrał w meczu w eliminacjach, to nawet o tym nie wiedziałem. Ale przyznam, że to dla mnie bardzo miłe.

Reprezentacja to jest całkiem inny piłkarski świat w porównaniu z piłką klubową? Są tam piłkarze, którzy grają w silnych ligach i czołowych klubach Europy.

- Jestem zawodnikiem, który z grona tych, którzy dostali powołanie, ma najmniejsze doświadczenie na arenie międzynarodowej. W kadrze są zawodnicy, którzy grają w klubach dużo bogatszych, o uznanej marce, i nie ma co ukrywać - silniejszych niż Śląsk, dlatego bardzo się cieszę, że udało mi się znaleźć w tym gronie.

Konkurencja na pana pozycji w kadrze jest ogromna. Większa wydaje się być tylko na pozycji bramkarza.

- To jest kadra narodowa i to normalne, że na każdej pozycji jest dwóch-trzech zawodników na zgrupowaniu, którzy mogą wystąpić w danym meczu. Kandydatów do gry w reprezentacji jest znacznie więcej. Jesteśmy wybrańcami i każdy z nas musi ciężko na co dzień zasuwać, żeby tam się dostać.

Cztery punkty wywalczone w eliminacjach z Czarnogórą i Mołdawią to wystarczający kapitał przed meczem z Anglią?

- Jeżeli ktoś przed tymi spotkaniami powiedział, że zdobędziemy cztery punkty, to każdy w Polsce wziąłby takie rozstrzygnięcie w ciemno. Uważam, że dobrze wystartowaliśmy i teraz trzeba udowodnić, że jesteśmy w stanie wygrywać kolejne spotkania, nawet z tak silną drużyną jak Anglia.

Jak bardzo różnią się treningi Stanislava Levego od tych, jakie miał Orest Lenczyk?

- Nie chciałbym porównywać obu szkoleniowców. Wiadomo, każdy trener, który przychodzi, ma własną filozofię pracy, taktykę i jak to ma wyglądać na treningu. Wiadomo, trener Lenczyk miał taki warsztat treningów, jaki miał, ale przynosiły one sukcesy, więc wydaje się, że były one dobre. Trener Levy więcej czasu poświęca na treningi typowo piłkarskie. My staramy się realizować to, co założy nam trener, i wierzymy, że ta praca przyniesie efekty i sięgniemy po kolejne trofeum.

Te treningi z piłkami bardziej panu odpowiadają niż te z materacami, gumami i piłkami lekarskimi?

- Piłka nożna to mój zawód i staram się dostosowywać do tego, co trener nakreśli. Jeżeli trzeba pracować z piłką lekarską, to nie marudzę, tylko zabieram się do pracy, a jeżeli szkoleniowiec kładzie większy nacisk na zajęcia z futbolówkami, to wiadomo, że te zajęcia sprawiają więcej frajdy. Zajęcia z trenerem Lenczykiem przynosiły efekty, i to jest najważniejsze.

Do składu po czterech meczach zawieszenia wraca Sebastian Mila. Ma to dla was duże znaczenie, w końcu to lider nie tylko na boisku, a także poza nim?

- Zgadza się, wraca nasz kapitan, a to jeszcze bardziej wzmocni konkurencję w zespole. Nikt pewny gry nie jest, musimy w tygodniu udowodnić trenerowi, że każdy z nas zasługuje na wyjście w podstawowej jedenastce. To, że Sebastian wraca, spowoduje, że będziemy jeszcze groźniejszą drużyną.

GKS Bełchatów w tym sezonie jest jedyną drużyną, która nie zdobyła jeszcze punktu. To dobry przeciwnik, żeby pewnie wygrać, i to nie po rzutach karnych, jak z Koroną i Ruchem, złapać wiatr w plecy i zacząć piąć się w górę stawki.

- Będę bardzo zadowolony, jeżeli wygramy w niedzielę nawet 1:0. W ten sposób dopiszemy do swojego dorobku trzy punkty. Podobnie jak kibice, też chciałbym, żebyśmy z ostatnią drużyną w tabeli wygrali jak największym stosunkiem bramkowym, jednak najważniejsze to zgarnąć pełną pulę punktów.

Więcej o: