Sport.pl

Grzyb na ścianach, pies w szatni i łzy w oczach. Oto przygody lidera Śląska Sebastiana Mili

- Takich gwiazdeczek nam nie potrzeba - miał powiedzieć jeden z piłkarzy Śląska, gdy dowiedział się, że klub kupił Sebastiana Milę. Dziś tamtego gracza już we Wrocławiu nie ma, a Sebastian Mila wciąż jest. I od lat jest najlepszy.
Śląsk Wrocław ma oczy ciemnoniebieskie, włosy blond, trochę dłuższe, zwykle w nieładzie. Twarz prawie z dwudniowym najwyżej zarostem, raczej pogodną i uśmiechniętą. No, chyba że po porażce.

Śląsk ma dziś twarz swojego kapitana Sebastiana Mili. I tylko jego. Mila to zdecydowanie najlepszy i najbardziej rozpoznawalny wrocławski zawodnik. Nikt z drużyny mistrza Polski nie jest z nią bardziej kojarzony, nikt nie ma większego wpływu na zespół na boisku i poza nim. Strata żadnego innego gracza nie będzie dla Śląska tak dotkliwa. A Milę Śląsk niestety stracić może. Umowa piłkarza z wrocławskim klubem kończy się w czerwcu przyszłego roku, ale jeśli nie uda się jej przedłużyć do końca tego roku, to pomocnik będzie rozglądał się za innym pracodawcą. I zagra u niego już od początku nowego sezonu.

Piłkarza bardzo chce Lechia Gdańsk, w której stawiał pierwsze kroki i do której jest wciąż bardzo przywiązany. Ma tam drzwi szeroko otwarte. W końcu dziś w tym klubie pracują ci sami ludzie, którzy cztery lata temu ściągali go do Wrocławia. I bardzo dobrze wiedzą, co takim transferem mogą zyskać.

Piłkarz

W 2008 r. 26-letni wówczas Sebastian Mila przychodził do Śląska jako piłkarz w pewnym sensie upadły i powszechnie krytykowany. Do Polski wrócił wiosną z podkulonym ogonem i po czterech latach rozczarowań w Austrii i Norwegii. Zaczepił się na kilka miesięcy w biednym ŁKS-ie Łódź walczącym o utrzymanie w ekstraklasie. Propozycję gry w Śląsku dostał po zakończeniu sezonu, był akurat na zakupach w hipermarkecie. Kontrakt podpisał w lipcu. Nim to się stało, jego narzeczona Urszula koniecznie chciała zobaczyć szatnie w budynku przy Oporowskiej. Bała się, że tak jak w Łodzi będzie w nich grzyb.

Wrocławianie zapłacili za pomocnika 1 mln zł, a jego transfer wzbudzał duże kontrowersje. Pieniądze na jego kupno poszły tylko z budżetu miasta, a on sam sportowo opinię miał niepewną. - Takich gwiazdeczek nam tu nie potrzeba - miał powiedzieć jeden z wrocławskich piłkarzy, gdy tylko dowiedział się o pozyskaniu Mili. Potem najczęściej to właśnie on z celnych podań nowego kolegi korzystał. Sprowadzenie rozgrywającego okazało się dla wrocławian strzałem w dziesiątkę. Od czterech lat Sebastian Mila jest jednym z najczęściej asystujących graczy w lidze, co sezon dorzuca kilka bramek i najlepiej w Polsce dośrodkowuje z rzutów wolnych czy rożnych. Brak szybkości nadrabia dobrą techniką, przeglądem pola, determinacją. Bez niego w tym sezonie Śląsk nie zdobyłby w europejskich pucharach ani jednej bramki, a w lidze strzeliłby o połowę goli mniej. Wtedy byłby nie na piątym, ale na trzynastym miejscu w tabeli.

Mila zdobył z drużyną tytuł mistrza i wicemistrza Polski, Puchar Ekstraklasy i Superpuchar Polski.

Lider

Jako kapitan przemawiał do kolegów przed decydującym o mistrzowie Polski meczem z Wisłą Kraków: - Dzisiaj jest właśnie ten dzień. Dzisiaj zapracowaliśmy na to, każdy, jak tu stoi. Dzisiaj, jak Bóg pozwoli, zostawimy tu zdrowie, jeśli trzeba będzie. Chcę to zobaczyć na boisku. Wy mnie nie oszukacie, ja was znam. Widzę walkę, widzę zaangażowanie, widzę serce. Dawać, pany, niech nas usłyszą! Kto wygra mecz?!

- Śląsk! - odpowiedziała Mili cała drużyna. Wrocławianie wygrali z Wisłą 1:0, a ich kapitan jako pierwszy podniósł do góry statuetkę za mistrzostwo.

To m.in. Sebastian Mila w imieniu zespołu rozmawia z zarządem na temat premii za zwycięstwa czy tytuły, to on załatwia z trenerami ewentualne przełożenie zajęć na późniejszą godzinę. Za bycie liderem parę razy już w Śląsku zapłacił. Gdy drużyna przesadziła z alkoholem podczas powrotu z Gdańska w zeszłym sezonie, to właśnie Milę przykładnie posadził na trybunach trener Orest Lenczyk. Gdy wrocławscy piłkarze podczas mistrzowskiej fety obrażali Legię Warszawa, to ich kapitan został przykładnie najsurowiej ukarany.

Nade wszystko jest jednak Mila dla Śląska pozytywną marką lubianą przez kibiców, sponsorów i media. Jego udział w reklamie specjaliści w tym roku wycenili na 150 tys. zł, co dało mu czołowe miejsce wśród wszystkich polskich zawodników. O Mili, według raportu Press Service Monitoring Mediów, tylko od czerwca do sierpnia w prasie i internecie ukazało się prawie 800 publikacji, co daje mu drugie miejsce w ekstraklasie - za Serbem Danielem Ljuboją z Legii Warszawa. Gdyby Śląsk miał te teksty zamienić na reklamę w prasie, to w samym tylko sierpniu musiałby zapłacić 3,7 mln zł!

Nic dziwnego, że wrocławianie wizerunek swojego lidera wykorzystują, gdzie tylko się da - a to przy promocji klubowej wody, a to przy promocji napoju energetycznego. Sam piłkarz kibicom, którzy go o to poproszą, wysyła kartki z autografami, jest ambasadorem wrocławskiego Hospicjum dla Dzieci, na swojej stronie internetowej prowadzi aukcję dla chorych dzieci. W tym sezonie przed jednym ze spotkań zadzwonił do klubu ze zgrupowania, by działacze koniecznie nagłośnili na stronie internetowej i Facebooku przypadek chorego chłopca. Mówił: "Dostałem e-mail od jego mamy i miałem łzy w oczach".

Człowiek

Kiedy Sebastian Mila mówi o kobietach, to właśnie imienia Ula używa najczęściej. Tak bowiem mają na imię zarówno jego mama, jak i narzeczona. Pierwszej podobno do dziś oddaje zarobione pieniądze, a ona wraz z ojcem Stefanem i siostrą Katarzyną dba o to, by piłkarzowi nie odbiła woda sodowa do głowy. I o to, by miał z czego żyć po zakończeniu kariery. Właśnie dlatego Mila otworzył już dwie restauracje w Koszalinie, a kolejne pieniądze zainwestował.

Narzeczoną Ulę piłkarz poznał z kolei w kolejce w Empiku - jej coś upadło, on podniósł, zaprosił na kawę. Na stadionie pięknej partnerki zawodnika kibice jednak nie uświadczą. Kapitan Śląska poprosił, by na czas meczu została w domu, bo podobno przynosi mu pecha. Także po porażkach musi go zostawić na chwilę samego. Sebastian i Ula mają trzyletnią córkę Michalinę, która widząc tatę w stroju Śląska, mówi zawsze: "Tata gol". Słusznie, bo gdy się urodziła, to ojciec w meczu z Odrą Wodzisław zdobył dwie bramki, a przy kolejnych dwóch asystował.

Sebastian Mila ma też ukochanego psa - labradora Rudolfa. Rudolf na szczęście jest już po szkoleniu, bo kiedy Mila miał go w Norwegii, to koledzy śmiali się, że to bardziej pies wyprowadza piłkarza na spacer niż piłkarz psa. Kiedy zawodnik grał już we Wrocławiu to raz wziął ze sobą zwierzaka na trening i zamknął go w klubowej szatni. Kiedy wszedł do niej jeden z działaczy Śląska, pies chciał go przywitać i powalił na ziemię. Po zajęciach zakłopotany piłkarz tłumaczył, że nie miał z kim Rudolfa zostawić.

Jeśli wierzyć liderowi Śląska, to jego rodzina zdecyduje o jego pozostaniu we Wrocławiu. - Już dawno temu ustaliliśmy, że kiedy będą się zbliżał do końca kariery, to przy wyborze klubu i miasta jeszcze bardziej niż wcześniej wezmę pod uwagę rekomendację najbliższych. Tak właśnie będzie teraz. Na pieniądzach mi nie zależy, swoje w życiu zarobiłem, najwyższą umowę pewnie już podpisałem - mówił niedawno piłkarz.

Raz już miał ze Śląska odchodzić, bo w 2009 r. chciał go Metalist Charków. Kontrakt z jednej strony podpisał już nawet prezes ukraińskiego klubu. Podpisu Mili nie było. Został w Śląsku, został mistrzem Polski. Może zostanie klubową legendą?

Komentarze (3)
Grzyb na ścianach, pies w szatni i łzy w oczach. Oto przygody lidera Śląska Sebastiana Mili
Zaloguj się
  • szyderca79

    Oceniono 2 razy 2

    "Na stadionie pięknej partnerki zawodnika kibice jednak nie uświadczą" Np na ostatnim meczu z Piastem była, wraz z ich córką. Oj Karbowiak, znowu nie wiesz, a piszesz :)

  • lgdacza

    Oceniono 22 razy -20

    Seba,Gdańsk czeka na twoją ostatnią milę w barwach Lechii.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX