Kasa ponad wszystko: Ryszard Tarasiewicz sam niszczy swoją legendę

Śląsk Wrocław właśnie wypłacił byłemu trenerowi Ryszardowi Tarasiewiczowi 1,5 mln zł. W tej kwocie są niewypłacone zaległe pensje wynikające z kontraktu. Ale są też premie za wszystkie wygrane mecze w sezonie 2010/11 oraz specjalna nagroda za wicemistrzostwo Polski.
Problem w tym, że w wicemistrzowskim sezonie na 30 spotkań ligowych Tarasiewicz prowadził Śląsk tylko w sześciu meczach. Pięć razy przegrał i zaledwie raz wygrał. Drużynę zostawił na przedostatnim miejscu w tabeli. Śląsk z dna wyciągnął Orest Lenczyk i doprowadził klub do wicemistrzostwa.

Początkowo Śląsk chciał wypłacić Tarasiewiczowi część pieniędzy przysługujących mu z podpisanego kontraktu. Trenera odsunięto od zespołu w trakcie trwania umowy, więc klub w ramach ugody proponował mu około 300 tys., czyli równowartość pensji za pół roku. Jednak szkoleniowiec chciał więcej: wszystkie pensje do końca kontraktu, premie za zwycięstwa już po swoim odejściu i nagrodę za wicemistrzostwo Polski. W sumie około 1,5 mln zł. Sprawa trafiła do Piłkarskiego Sądu Polubownego w PZPN. Ten przyznał rację Tarasiewiczowi.

Mający ogromne problemy finansowe Śląsk pieniędzy nie miał. Więc w minionym tygodniu miasto kolejny raz w ramach promowania Wrocławia przez Śląsk przelało do klubu 1,5 mln zł. Te trafiły na konto szkoleniowca. A Śląsk oddaje sprawę do sądu cywilnego.

W finansowym sporze klubu i trenera istotne są dwie kwestie. Dobitnie widać, jak wielkie pieniądze krążą w polskim futbolu ligowym. Zbyt wielkie, niewspółmierne do poziomu rywalizacji, umiejętności wielu trenerów oraz piłkarzy. Rzeczywistość weryfikuje ich potencjał. Polska trenerska myśl piłkarska jest kiepska. Żadne kluby europejskie nie zatrudniają naszych trenerów. Bo są słabi. Naszych piłkarzy, którzy coś znaczą w zagranicznym futbolu ligowym, można policzyć na palcach jednej ręki.

Z drugiej strony Tarasiewicz taką pensję sobie wynegocjował, więc domagał się jej wypłacenia. Jednak życie ponad stan doprowadziło wiele polskich klubów do stanu kryzysowego. W zasadzie dziś w polskiej ekstraklasie nie ma klubu, którego właściciel nie chce sprzedać. Wrocław i Solorz z pocałowaniem w rękę odsprzedaliby Śląsk, Bogusław Cupiał Wisłę Kraków, Mariusz Walter Legię Warszawa, a władze Zabrza - Górnika. Tylko chętnych na ten towar nie ma. Bo marnej jest jakości i ciągle do niego trzeba dopłacać. We Wrocławiu w znacznej mierze z miejskich pieniędzy.

Ale w sporze Śląska z Tarasiewiczem najbardziej zaskakuje inna rzecz. Pycha i megalomania trenera Tarasiewicza. To legenda Śląska. Z pewnością na zawsze pozostanie jednym z najwybitniejszych zawodników w historii klubu. Idolem wielu fanów wrocławskiego zespołu. Grając w Polsce, występował tylko w tej drużynie. Jako trener też wprowadził klub z III do I ligi, co jest wydarzeniem bezprecedensowym. Sam szkoleniowiec wiele razy podkreślał, że na punkcie Śląska "ma kota".

Jednak żądając premii za wygrane nie przez siebie mecze oraz wypłacenia nagrody za wicemistrzostwo Polski, do którego się praktycznie nie przyczynił, Tarasiewicz sam strąca się z pomnika. Sam niszczy siebie jako legendę, symbol Śląska. Mógł postąpić jak człowiek z zasadami i przyznać: biorę pieniądze za pensje, ale premie za wygrane mecze i nagroda za wicemistrzostwo Polski należą się tylko Orestowi Lenczykowi.

Kasa kasą, a klasa klasą. Tej nie kupi się za żadne pieniądze.

Czy Tarasiewiczowi należy się premia za wicemistrzostwo?