Nowy stadion to za mało: Jaka przyszłość Śląska Wrocław?

Przeciętna frekwencja, problemy z kibolami, finansowa niepewność, do tego bardzo nierówna gra - tak wyglądała jesienna runda Śląska Wrocław w ekstraklasie. Co zrobić, by z tymi samymi problemami nie zderzyć się na wiosnę?
Śląsk zakończył piłkarski rok 2012 dobrym akcentem, wygrywając z Legią Warszawa. Ten mecz był jeszcze jednym dowodem na to, że wrocławianie w rozgrywkach ekstraklasy prezentowali się wyjątkowo nierówno i nieprzewidywalnie.

Potrafili ograć najlepsze ekipy ekstraklasy, by przegrać u siebie z przeciętnym Piastem Gliwice czy w siedem minut stracić trzy bramki z Jagiellonią Białystok. Ostatecznie skończyli jesień z siedmioma punktami straty do lidera.

O wcześniejszych występach w europejskich pucharach piłkarze pewnie woleliby zapomnieć. Europejskie aspiracje nijak miały się do możliwości. Na ziemię wrocławian sprowadził niemiecki Hannover 96, który w dwumeczu strzelił im aż 10 goli, tracąc ledwie cztery.

Obniżki cen biletów nie wystarczą

W poprzednim sezonie pozytywne emocje wokół Śląska nakręcały przenosiny na nowy stadion i tryumfalny marsz drużyny Oresta Lenczyka po mistrzowski tytuł. Ale to już historia. Przez ostatnie kilka miesięcy klub mocował się z szarą ligową rzeczywistością i trudno uznać, by z tych zmagań wyszedł zwycięsko.

Główny grzech szefostwa klubu i jego właścicieli polega na braku konsekwencji i determinacji. Nie potrafili oni wykorzystać dwóch kapitalnych atutów: zdobycia tytułu mistrzowskiego i przenosin na nowoczesny stadion.

To jest istota sprawy, bo przecież na maślicką arenę mieli pielgrzymować nie tylko ci najbardziej zagorzali kibice Śląska. W zamyśle władz Wrocławia (gmina jest współwłaścicielem klubu) stadion miał się stać miejscem weekendowych wypadów całych rodzin, dla których uczestnictwo w meczach przy ul. Oporowskiej jawiło się jako zajęcie zbyt ekstremalne.

Tymczasem frekwencja na 42-tysięcznym stadionie średnio wynosiła około 15 tys. widzów. Spośród krajowych drużyn grających na nowych obiektach gorszy wynik osiągnęła tylko Wisła Kraków, która gra zdecydowanie poniżej oczekiwań.

Śląsk próbował ratować się promocyjnymi cenami biletów. Na mecz z Polonią Warszawa studenci mogli wejść nawet za 10 zł - tyle kosztuje obejrzenie niektórych spotkań w III lidze. Obniżki cen były jednak działaniem doraźnym, a kulał cały system.

Zabrakło odpowiedniej promocji meczów, o pomstę do nieba woła system dystrybucji biletów. Kto nie miał karty kibica, mógł kupić ją tylko na ul. Oporowskiej i nowym stadionie.

Kibole odstraszają rodziny

Władze klub i jego właściciele robili dobrą minę do złej gry i przekonywali, że przecież na nowy stadion i tak przychodzi dwa razy więcej ludzi niż na stary. Trudno ten argument traktować poważnie. Przecież jeszcze niedawno przekonywano, że Oporowska jest dla Śląska zdecydowanie za mała, a komfortowe warunki oglądania meczów powinny przyciągnąć na stadion rzesze nowych fanów.

Na szczęście w sprawie dystrybucji coś w końcu drgnęło. W lutym ma zakończyć się budowa stadionowego systemu sprzedaży biletów. Spółka Wrocław 2012 wyda na to prawie 400 tys. zł. Jej przedstawiciele obiecują, że dzięki temu Śląsk będzie mógł otworzyć punkty sprzedaży biletów w Aquaparku czy galeriach handlowych. To szansa na to, że klub wreszcie odwróci się do kibiców twarzą, a nie plecami.

A jeśli naprawdę chce grać dla kompletu publiczności, musi też bardziej zdecydowanie walczyć ze stadionowym kibolstwem. Poczucie bezpieczeństwa to warunek do tego niezbędny. Nikt rozsądny nie zabierze dzieci na mecz, gdy - tak jak to było podczas pucharowego spotkania z Budućnostią Podgorica - po trybunach na całym stadionie szaleli kibole, próbując dostać się do sektora gości. Nie przeszkodzili im w tym ani ochroniarze, ani stewardzi.

Konsekwencje tych wydarzeń były łatwe do przewidzenia. Na mecz z Czarnogórcami przyszło 18 tys. osób. Na kolejny, ze szwedzkim Helsingborgiem, o 5 tys. mniej.

Nie przespać zimowej przerwy

Bezpieczeństwa na stadionie nie wzmacnia też przymykanie oczu na odpalanie przez kibiców zakazanych rac; pozytywnej atmosfery sportowej rywalizacji nie buduje celowanie serpentynami w zawodników gości i sędziego. Nad tym musi szefostwo Śląska poważnie się zastanowić.

Ostatnią i pewnie najważniejszą dla przyszłości Śląska sprawą jest oczywiście niepewna sytuacja finansowa mistrzów Polski. Właściciele, czyli gmina Wrocław i grupa Polsat, zupełnie nie potrafią się ze sobą porozumieć. Miasto pompuje w klub pieniądze z własnego budżetu, ale nie może zmusić Zygmunta Solorza, by przeznaczył na niego choćby złotówkę. Ten stan rzecz nie może trwać w nieskończoność. Sytuacja wymaga od władz miasta determinacji w poszukiwaniu nowego, stabilnego partnera dla klubu.

Kibice czekają teraz na wiosnę. Jeśli Śląsk ma grać przy pełnych trybunach, a Stadion Miejski stać się prawdziwą promocyjną wizytówką miasta, władze klubu i jego właściciele zimowej przerwy przespać nie mogą.