Sport.pl

Mistrzowski Śląsk piąty na półmetku ligi. A mógł być w totalnym kryzysie

Piąta pozycja mistrzów Polski po rundzie jesiennej piłkarskiej może nie jest szczytem marzeń, ale trzeba ją szanować. Śląsk sportowo obronił miejsce w czołówce ligi, choć zarówno wokół klubu, jak i samej drużyny było wiele zawirowań mogących zepchnąć ją w niebyt.
Jeśli ktoś zamierza narzekać, oceniając wyniki wrocławian, niech popatrzy na to, co dzieje się z Wisłą Kraków, która dwa sezony temu została mistrzem Polski, czy z Ruchem Chorzów, aktualnym wicemistrzem Polski.

Obie wymienione ekipy w pewnym momencie były na podobnym, jeśli nie wyższym poziomie niż wrocławianie, a mimo to w obecnych rozgrywkach zostały kompletnie zdewastowane. Wisła, jeszcze z piłkarzami, którzy omal nie dali jej awansu do Ligi Mistrzów, przerwę przezimuje na rozczarowującym miejscu 12. Ruch parę miesięcy temu obwoływany rewelacją rozgrywek i wschodzącą potęgą jest tuż nad strefą spadkową. Drużyny z Krakowa i Chorzowa zanotowały tej jesieni prawdziwy piłkarski krach, a było wystarczająco dużo przesłanek, by sądzić, iż może się on przydarzyć również Śląskowi.

Pewność zespołu rozbiła przecież kompletna klapa w europejskich pucharach; już w trakcie rozgrywek doświadczonego trenera Oresta Lenczyka zmienił raczej anonimowy Stanislav Levy, a ogólnego rozgardiaszu dopełniły kłopoty finansowe czy ostatnia afera alkoholowa z udziałem Patrika Mraza.

Gdy dodamy do tego podłamujące psychicznie rezultaty z Wisłą (przegrana w ostatniej minucie) oraz Jagiellonią (prowadzenie 3:0 i remis 3:3), to wiemy, że z wrocławianami mogło być znacznie gorzej. Ale nie było. Śląsk na finiszu mimo potknięć zdołał się jeszcze podnieść, wygrać dwa arcyważne spotkania z Lechem Poznań i Legią Warszawa i ostatecznie obraz całej rundy uratować. Jesień skończył na piątym miejscu w tabeli z ledwie dwoma punktami straty do miejsca drugiego.

Oczywiście zgadzam się z tymi, którzy narzekają, że drużyna grała wyjątkowo nierówno, a klasowemu zespołowi nie powinny się przydarzać takie rezultaty jak porażka u siebie z Piastem Gliwice czy wspomniany wcześniej kuriozalny remis z Jagiellonią. Zgadzam się z tymi, którzy przypominają, że Śląsk do prowadzącej Legii ma siedem punktów straty, a jego naturalny cel, czyli obrona tytułu, mocno się oddala. Zgadzam się wreszcie z tymi, którzy stwierdzają, że wrocławianie mieli pokazać się w Europie, a nie skazywać nas na radość z powodu pokonania GKS-u Bełchatów. Ale jak powiadam, mogło być gorzej. Poza tym ewentualny awans do europejskich pucharów trzeci rok z rzędu naprawdę byłby osiągnięciem historycznym i godnym najwyższego szacunku. I dziś wrocławianie na tym, a nie na obronie korony powinni się skupić.

Jesienią drużyna Śląska mimo zmian i problemów pokazała jednak charakter i momentami kawałek całkiem niezłego ligowego futbolu. Jej zawodnicy udowodnili, że stanowią grupę zapewniającą pewien w miarę stały poziom, co w naszych realiach jest cechą wyjątkowo pożądaną. A - i najważniejsza sprawa. Uważam, że Śląsk zagrał na tyle, na ile było go stać, na więcej punktów nie zasłużył, bo przecież pech z Krakowa czy ze spotkania z Jagiellonią wcześniej rekompensowały mu szczęśliwe wygrane z Polonią Warszawa czy Lechią Gdańsk.

Dziś najważniejszą kwestią jest to, czy grupa piłkarzy, która dała Wrocławiowi wiele zaszczytów i radości, nie zostanie w zimie rozmontowana. Byłoby szkoda, bo obecny zespół wciąż pozwala na w miarę bezbolesne przeprowadzenie przebudowy, która i tak jest konieczna. Teraz można ją zrobić drogą ewolucji, opierając się na zawodnikach gwarantujących pewien poziom. A można skazać się na scenariusz chorzowski czy krakowski. I dopiero wtedy zacząć narzekać.

Więcej o: