Trener Śląska Stanislav Levy: Nie biorę młodych? Jakbyśmy mieli Koseckiego czy Furmana, to też by grali

Chciałbym, żeby Śląsk w rundzie rewanżowej był szybszy oraz agresywniejszy niż jesienią. I żeby po ostatnim meczu sezonu u piłkarzy i kibiców była taka radość, jak po pokonaniu Lecha czy Legii - mówi trener mistrza Polski Stanislav Levy.
Michał Karbowiak: Cieszy się pan z urlopu?

Sanislav Levy: Trenerzy nie mają urlopów. Cały czas muszą analizować to, co było, i to, co będzie. Ja na pewno nie jestem wyjątkiem.

Pytam, bo można odnieść wrażenie, że jest pan pracoholikiem. Przed meczem z Lechem w ogóle pan nie pił i nie jadł, aż w trakcie spotkania potrzebna była pomoc lekarska. Podobno również pańska żona po krótkiej wizycie we Wrocławiu wróciła w końcu już do domu, bo nie miał pan dla niej czasu.

- Z tym Lechem to największym problemem było to, że całą sytuację podsycali komentatorzy. Ja ani przez moment niczego się nie bałem, po pięciu minutach chciałem wrócić na ławkę, ale mnie nie puścili. Naprawdę to nie było nic wielkiego. A co do tego, jak pracuję, to myślę, że to jest normalne. Jeśli jestem gdzieś zatrudniony, to muszę dawać z siebie maksimum. Oczywiście nie jest tak, że nie chciałbym czasem odreagować od futbolu, ale przyznaje - mam z tym problem. Nawet jak taka chwila się zdarzy, to oglądam mecze piłkarskie innych drużyn albo przynajmniej jakiś inny sport. No cóż, inaczej nie umiem. Muszę działać na sto procent albo nie będę działał w ogóle.

Śląsk pod pana wodzą w 12 meczach nie osiągnął jednak maksymalnego wyniku. Drużyna zdobyła 20 na 36 możliwych punktów i jest piąta w tabeli.

- To, co było naszym problemem, to na pewno nieregularność. Nie tylko w serii spotkań, jeśli chodzi o wyniki, ale też w poszczególnych fazach meczów. Myślę jednak, że generalnie zrobiliśmy mały krok do przodu. Ostatnie cztery mecze pokazały, że z formą idziemy do góry, choć wyniki pierwszych dwóch z nich były dla nas okrutne. Z Wisłą przegraliśmy pechowo, z Jagiellonią w sposób niezrozumiały straciliśmy dwa punkty. Później wyniki były już jednak adekwatne do naszej dyspozycji.

Jaki wpływ na rezultaty drużyny miały problemy z przygotowaniem fizycznym, które pan sugerował?

- W tej sprawie chcę być dobrze zrozumiany. Nie chodzi o to, by szukać alibi ani krytykować to, co było. Każdy z trenerów ma jednak pewne wyobrażenie tego, jak drużyna powinna być przygotowana - zarówno pod względem fizycznym, jak i taktycznym. I Śląsk nie był tak przygotowany, jak ja bym sobie wyobrażał. Przez trzy miesiące pracowaliśmy nad tym, by było inaczej i by gra drużyny bardziej odpowiadała mojej wizji. W pewnym sensie wpłynęło to oczywiście choćby na naszą postawę w obronie. Przecież zmieniliśmy proces treningowy czy styl gry, więc piłkarze potrzebowali czasu, by do tego przywyknąć. Niby Śląsk wychodził w tym samym ustawieniu, co wcześniej, ale jednak w ofensywę zaangażowanych było więcej zawodników. I to miało swoje konsekwencje. Niestety, w futbolu nie da się zmienić niczego za pomocą wciśnięcia odpowiedniego guzika czy pociągnięcia za jakąś czarodziejską wajchę. To wszystko trwa.

Teraz pana zespół jest gotowy na tyle, by podjąć walkę z prowadzącą Legią Warszawa?

- Poszliśmy do przodu, ale wciąż czeka nas wiele pracy. Jeśli chodzi o stratę do Legii to na pewno dla nich siedmiopunktowa przewaga jest bardzo komfortowa. To drużyna o bardzo wysokiej jakości, co pokazała choćby w meczu z nami. To, co musimy zrobić wiosną, to po prostu grać jak najlepiej i wykorzystać chwile słabości, jakie przydarzą konkurentom. W ten sposób jesteśmy w stanie wskoczyć na pozycje pucharowe, choć chcę podkreślić, że przychodząc do Śląska, nie dostałem zadania obrony tytułu czy awansu do Europy. Ja jednak chcę to zrobić, drużyna też.

W kontekście walki o puchary wiele będzie zależało od sytuacji finansowej klubu. Wyobraża pan sobie, by drużyna po zimie mogła być słabsza niż obecnie?

- Jeśli chodzi o finanse, to nie mogę się wypowiadać, bo to nie zależy ode mnie. Wychodzę natomiast z założenia, że wszyscy piłkarze, którzy są, zostaną, chyba że my podejmiemy inne decyzje. Tak jest np. w szeroko dyskutowanej kwestii Sebastiana Mili. On ma kontrakt do końca sezonu i tego się trzymam. Wszystko pozostałe to tylko medialne spekulacje. Na pewno zanim zarekomenduję cokolwiek zarządowi, zrobię dokładną analizę postawy każdego piłkarza, bo chcę mieć czyste sumienie. O tym, czy ktoś zostanie, czy nie, będzie decydowało nie tylko to, w ilu meczach wystąpił, ale też to, co wnosi do drużyny, jaką presję wywiera na zawodników z podstawowego składu.

Co z braćmi Rafałem i Łukaszem Gikiewiczami? Wiadomo, że szczególnie tego drugiego drużyna nie akceptuje.

- Dla mnie ta sprawa jest zakończona i rozwiązana.

Czyli jaka będzie decyzja? Odchodzą czy zostają?

- Nic więcej nie powiem.

Ilu zawodników chciałby pan pozyskać do Śląska?

- To nie jest kwestia liczby. Chodzi o to, żeby ci, którzy przyjdą, byli wzmocnieniem zespołu, a nie poszerzeniem jego kadry. O konkretnych pozycjach nie będę mówił. Na pewno chciałbym, żeby Śląsk w rundzie rewanżowej był agresywniejszy i szybszy. Dziś szybkość to podstawa współczesnego futbolu i nie chodzi tylko o to, jak piłkarze biegają, ale również o to, jak podejmują decyzje, rozwiązują trudne sytuacje. Optymalnie byłoby gdyby wszyscy zawodnicy byli do mojej dyspozycji 7 stycznia, kiedy zaczniemy przygotowania. Choć mogą zdarzyć się wyjątki. Jedno jest pewne - nie jestem trenerem, który w zimie piłkarzy testuje tabunami.

Na jakich rynkach będzie się Pan rozglądał zimą. Na czeskim, bałkańskim, a może niemieckim?

- Proszę mi wierzyć, że przy ocenie zawodnika nie ma dla mnie znaczenia, czy on jest z Polski, Czech czy Niemiec. Czy jest młody, czy stary. Liczą się tylko jego umiejętności i przydatność do zespołu. Oczywiście długofalowo musimy zmierzać np. do tego, by drużyna Śląska była bardziej zrównoważona wiekowo, bo dziś większość zawodników w składzie zbliża się do trzydziestki. Ale to będzie się działo krok po kroku, bez uszczerbku dla jakości drużyny. Poza tym pan pyta tylko o transfery. Tymczasem podstawą będzie to, żebyśmy przygotowali dobrze zawodników, których tu mamy, żeby udało się wycisnąć z nich maksimum. Ważne będą więc nie tylko finanse, ale i to, by nie przytrafiły się nam kontuzje.

Gdyby się one zdarzyły, to raczej nie będzie pan mógł dopełnić zespołu młodymi talentami. Z młodych zawodników Śląska pan nie korzysta, dokładnie tak samo jak nie korzystał trener Orest Lenczyk.

- Tego, co było wcześniej, z zasady nie oceniam. Ale powiem tak: młodość to w piłce nożnej żadna zasługa. Zawodnik, który ma 21-22 lata, to już nie talent. To ma być piłkarz do gry. Proszę spojrzeć na Legię: tam Łukasik, Furman czy Kosecki występują w pierwszym składzie, dlatego że są dobrzy, a nie dlatego, że są młodzi. Jeśli u nas pojawią się podobnie gracze, to będę z nich korzystał, brał do meczowej kadry lub nawet do podstawowej jedenastki. Przez ostatnie trzy miesiące przyglądałem się juniorom czy graczom Młodej Ekstraklasy i muszę powiedzieć, że tam były jeszcze różnice w umiejętnościach. Z drugiej strony rezultatem tych obserwacji jest to, że kilku z tych zawodników będzie się z nami przygotowywać do wiosny. Od nich zależy, jak wykorzystają swoją szansę.

Przed przyjściem do Śląska pracował pan także w Niemczech i w Czechach. Jak na tym tle ocenia pan to, co dzieje się we Wrocławiu?

- W Niemczech pracowałem wtedy, gdy tamtejszy futbol szedł do góry, kiedy kładziono fundament pod poziom, który jest teraz. W Polsce widzę coś podobnego, uważam, że wasza liga jest niedoceniana, bo jest tu wielu ciekawych piłkarzy. Jeśli chodzi o sam Śląsk, to jestem zadowolony z warunków, jakie tu mamy - chodzi o miejsca do treningów czy piękny stadion. Naszą podporą są też fantastyczni kibice. Praca tu naprawdę mnie spełnia i chętnie pobyłbym tu znacznie dłużej. Ale to już ode mnie nie zależy.

Czego więc życzyć panu na święta. Przedłużenia kontraktu, miliona euro na transfery?

- Za milion euro to nie poszalejemy (śmiech ). To oczywiście żart. Najważniejsze jest zdrowie. A co do piłki, to chciałbym, żeby udało się nam dostać do pucharów i chciałbym na koniec sezonu zobaczyć u piłkarzy oraz kibiców taką radość, jak po meczu z Lechem czy Legią. To byłaby największa nagroda.