Zygmunt Solorz za udziały w Śląsku Wrocław chce przynajmniej 30 mln zł

Miliarder Zygmunt Solorz jest gotów sprzedać swoje udziały w Śląsku za przynajmniej 30 mln zł, bo na tyle szacuje swoje zaangażowanie w klub. Od władz Wrocławia biznesmen będzie domagał się także 20 mln zł za prace pod galerie handlową, która nigdy nie powstała.
W piątek nie było wprawdzie zapowiadanego przez Majów końca świata, ale mimo to jedna era na pewno się skończyła. To era Zygmunta Solorza w Śląsku Wrocław. Miliarder nadal formalnie jest wprawdzie współwłaścicielem klubu, nadal ma nawet więcej udziałów niż drugi akcjonariusz, czyli gmina Wrocław, ale mistrza Polski nadal finansować nie zamierza.

We wczorajszym wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" Solorz powiedział, że nie chce sponsorować drużyny, że jego pomysłem na zapewnienie Śląskowi finansowej niezależności była galeria handlowa na działce koło stadionu. I że to ona miała klub utrzymywać. Skoro galerii nie ma, a ziemia pod nią wróciła do miasta, to przedsiębiorca i Wrocław muszą się rozstać.

Zygmunt Solorz powiedział więc to, o czym w "Gazecie" pisaliśmy od miesięcy. Ale powiedział to oficjalnie. Dziś wiadomo więc, że żadnej współpracy między nim a miastem nie będzie, że Śląsk na pieniądze ze strony swojego większościowego właściciela liczyć nie może.

Solorz chce 30 mln zł za akcje. A od miasta 50 mln

Taka deklaracja biznesmena to fatalna wiadomość dla władz Wrocławia. Teraz prezydent Rafał Dutkiewicz może bowiem zrealizować któryś z trzech wariantów, tyle że każdy z nich jest zły z punktu widzenia interesów miasta.

Po pierwsze, Wrocław może odkupić od Solorza jego udziały w Śląsku i tym samym zyskać w klubie pełnię władzy. Taka możliwość teoretycznie wydaje się najrozsądniejsza, a przedstawiciele gminy jakiś czas temu delikatnie ją sondowali. Przeraziła ich jednak kwota, jaką biznesmen chciałby za akcje. Nieoficjalnie mówi się bowiem nawet o 30 mln zł plus 20 mln zł za prace, jakie firmy Solorza włożyły w prace przygotowawcze pod wspomnianą galerię. Wrocław za samo tylko przejęcie Śląska zapłaciłby wówczas około 50 mln zł (!), a przecież później musiałby jeszcze dawać pieniądze na funkcjonowanie klubu.

Wspomniana kwota może odstraszyć też nawet potencjalnego, innego inwestora gdyby ten jakimś cudem się znalazł.

Drugi wariant jest taki, że sytuacja pozostaje bez zmian. Czyli Solorz nadal jest większościowym akcjonariuszem, ale pieniędzy na klub nie wydaje. W takim wypadku Śląsk miałby znacznie mniejszy budżet niż obecnie, a utrzymywałby się jedynie z pieniędzy miasta. Jednak przedstawiciele Wrocławia nie mieliby w klubie pełni władzy, co byłoby kompletnym absurdem, na krótką metę wcale jednak nie niemożliwym. Władze miasta mogłyby przyjąć je jako rozwiązanie tymczasowe, zanim uda im się znaleźć wyjście z tej patowej sytuacji.

Śląsk nie może upaść

Trzeci wariant jest najbardziej radykalny. Wrocław wobec postawy Solorza może przestać dawać pieniądze na klub i tym samym w zasadzie doprowadzić go do upadku, za który obciąży miliardera jako większościowego właściciela. To jednak rozwiązanie najmniej prawdopodobne. W ciągu ostatnich sześciu lat gmina włożyła w Śląsk dziesiątki milionów złotych, a poza tym klub gra na nowym stadionie wybudowanym za prawie miliard. Upadek Śląska byłby więc dla stadionu ogromnym ciosem i w zasadzie przekreśliłby możliwość zarabiania na obiekcie. Na to władze miasta nie mogą sobie pozwolić.

Tak czy inaczej już dziś wiadomo, że jeden z planów prezydenta Dutkiewicza na pewno nie wypalił. Sześć lat temu, angażując się w Śląsk, obiecywał, że miasto postawi klub na nogi, a potem przekaże go mocnemu, prywatnemu inwestorowi. Teraz klub jest mistrzem Polski, gra na nowym pięknym stadionie, ale finansowo wrócił do punktu wyjścia. I jest dla władz miasta kulą u nogi.