Sport.pl

Legendarny bramkarz Śląsk krytykuje współczesnych piłkarzy: Są słabi, nie chce im się trenować

- W tym klubie zmieniają się czasy i właściciele. Nie mogę tylko zrozumieć, że piłkarze zaczynają trening o 10, a o 13 nie ma ich już w klubie - mówi legendarny bramkarz Śląska Klaus Masseli. W sobotę drużyna rozegra jubileuszowy, tysięczny mecz w ekstraklasie
Piszą o nim, że był pierwszą gwiazdą wrocławskiego futbolu. Smukły, wysportowany, szybki i z dobrym refleksem. Dziś Klaus Masseli patrzy na mnie tymi samym błękitnymi oczami co na fotografii z lat 60. Tylko nie ma już na sobie czarnych getrów i czarnej bluzy bramkarskiej z białym kołnierzykiem, a włosy z koloru blond zrobiły się siwe.

- Ja gwiazdą futbolu? Gwiazdy w filmach występują, ja tylko w Śląsku stałem między słupkami - bagatelizuje.

Z wrocławskim bramkarzem z lat 60., pierwszym reprezentantem Polski w barwach Śląska, rozmawiamy przed jubileuszowym, tysięcznym meczem drużyny w ekstraklasie. W sobotę Śląsk zagra z łódzkim Widzewem na Stadionie Miejskim. Ale Masseli się na nie nie wybiera.

- Na spotkania Śląska raczej nie chodzę. Jak mam oglądać te męczarnie piłkarzy w naszej ekstraklasie, to wolę pójść na dwa mecze młodzieży. A na nowym stadionie na spotkaniu Śląska jeszcze nie byłem, bo nikt mnie nie zaprosił - mówi Klaus, który choć jest na emeryturze, pracuje w Dolnośląskim Związku Piłki Nożnej jako trener koordynator ds. młodzieży. Pracuje na piętrze dokładnie nad obecną siedzibą Śląska.

Żołnierz z materiałem na garnitur

Kiedy Masseli zaczynał grać w Śląsku w roku 1962, wrocławianie byli najmocniejszym klubem w regionie, choć na tle kraju słabiutkim. Występowali tylko w II lidze, a ich stadion przy ul. Oporowskiej wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż dziś. Było mnóstwo drzew, bieżnia lekkoatletyczna wokół boiska, trybuny układające się w podkowę. Za to czasem po 20 tysięcy ludzi na meczach: ponad dwa i pół razy więcej, niż wynosi obecna pojemność obiektu. Był też drewniany barak, w którym przebierali się piłkarze żołnierze. We wrocławskiej drużynie 21-letni wówczas Klaus, jak wielu innych zawodników, oprócz tego, że grał w piłkę, odrabiał zasadniczą służbę wojskową. Przed treningiem obowiązkowo sprzątał na stadionie, a dopiero później zaczynał zajęcia czysto piłkarskie. U trenera Władysław Giergiela trwały one po trzy godziny: półtorej szkoleniowiec mówił, półtorej zawodnicy ćwiczyli.

Bramkarze w zasadzie trenowali sami, a Masseli dla podreperowania formy zostawał jeszcze po zajęciach i bronił strzały kolegów z ataku. W sezonie 1963/64, kiedy Śląsk wywalczył historyczny awans do I ligi, bramkarz występował w nim tylko w pierwszej rundzie. W drugiej, już po skończeniu wojska, trenował w Górniku Wałbrzych, ale na decydujący mecz wrocławian ze Startem Łódź przyjechał. Po wygranej gospodarzy 1:0 na Oporowskiej urządzono prawdziwą fetę.

- Ludzie siedzieli na drzewach, nie dało się nawet szpilki wcisnąć. Na popularnej górce Pafawagu, z której widać stadion, kibiców siedziało chyba drugie tyle co na trybunach. Radość była nieopisana. Szkoda, że potem się to wszystko jakoś rozmyło. Władze klubu wiele naobiecywały, ale niewiele z tego wyszło - stwierdza Klaus.

W niektórych klubach za awans do I ligi dawało się wtedy motocykle czy telewizory. Piłkarze Śląska za historyczny wyczyn dostali po kuponie na kawałek materiału i 300 zł. Masseli dostał niebieski materiał z grempliny na garnitur. Oddał go komuś z rodziny.

Praca na trzy etaty

Masseli na stałe wrócił do Śląska już po awansie. Towarzysze z PZPR pozwolili mu wówczas wybrać sobie mieszkanie (trzypokojowe na Nabycińskiej, mieszka w nim do dziś) i zakłady pracy, gdzie miał etat. W sumie pracował na trzech: w Fadromie, spółdzielni kuśnierskiej i PKS. Zarabiał 3,5 tys. zł. Jak mówi, niewiele lepiej od dobrego fachowca. Na pytanie, czy miał samochód, odpowiada: - Przecież w tamtych czasach to trudno było za to nawet rower kupić.

Na mecze jeździł więc tramwajem, zwykle w otoczeniu tłumu kibiców. Klaus przyznaje jednak, że z tym zatrudnieniem na trzech etatach nie czuł się zbyt dobrze. Bo jako piłkarz jeździł do zakładów tylko po pieniądze, a tam nie pracował. Czasem ludzie patrzyli tak, jakby im z gardła te pieniądze wyjął. Albo ukradł.

W samym zespole Klaus musiał o swoją pozycję walczyć, bo trener Giergiel rotował bramkarzami: raz wystawił jego, a raz Jerzego Apostela czy Piotra Brola. Dlatego zawodnik na pierwszy, historyczny mecz Śląska w ekstraklasie z Szombierkami Bytom (0:3) - 16 sierpnia 1964 roku - w ogóle nie pojechał.

Sauna, jacuzzi, pomarańcze

Masseli z historycznego, pierwszego sezonu w ekstraklasie najbardziej pamięta mecz z mistrzem Polski Górnikiem Zabrze w piątej kolejce. Śląsk przegrał wtedy 3:6. Mimo porażki jego bramkarz usłyszał pochwały od dziennikarzy i kibiców przeciwnika. - Dla nas to spotkanie to było wielkie przeżycie, bo rywale występowali w reprezentacji Polski i europejskich pucharach, a myśmy byli zbieraniną, która ledwie przed chwilą grała najwyżej w II lidze - wspomina Klaus.

On sam w reprezentacji Polski zadebiutował 3 grudnia 1966 roku jako pierwszy zawodnik w historii Śląska. Zagrał całą drugą połowę w towarzyskim meczu biało-czerwonych z Izraelem w Tel Awiwie. Bramki nie puścił, skończyło się 0:0. - Z wyjazdu pamiętam, że mieszkaliśmy w hotelu, w którym były rzeczy, o jakich nie mogliśmy nawet marzyć: klimatyzacja, telewizor, sauna, jacuzzi. Żeby zjeść pomarańcze, po prostu otwieraliśmy okna i rwaliśmy je prosto z drzewa - mówi Masseli, który w kadrze narodowej nigdy więcej już nie wystąpił.

Po debiucie dobrze wiodło mu się za to w samym wrocławskim klubie: miał stałe miejsce w bramce, w 1967 roku nie puścił gola przez 400 minut z rzędu.

Patrzył, jak idzie nowe

Wszystko skończyło się jednak w sezonie 1968/69. Klausa wygryzł wtedy ze składu młody Jan Tomaszewski (późniejszy bohater reprezentacji Polski z Wembley), a Śląsk spadł z ekstraklasy. Masseli chciał odejść, ale nie godzili się na to partyjni i wojskowi działacze. Piłkarz musiał więc przez kilka miesięcy pauzować, z klubem z Wrocławia rozstał się w nieprzyjemnych okolicznościach. Jednocześnie mógł obserwować, jak swoje pierwsze kroki w Śląsku stawiał nastoletni Janusz Sybis, lider generacji, która dała wrocławskiej drużynie późniejsze fantastyczne sukcesy: pierwszy Puchar Polski w roku 1976, pierwsze mistrzostwo w 1977 oraz wicemistrzostwa kraju w 1978 i 1982. W przypadku pierwszych trzech triumfów trenerem Śląska był Władysław Żmuda I, najlepszy kolega Masselego z boiska, ledwie dwa lata od niego starszy. - O Władku mogę powiedzieć, że to mój przyjaciel, nasze żony też się świetnie dogadywały, więc w czasie wspólnej gry w Śląsku spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. A ja należałem raczej do domatorów, knajp nie lubiłem - podkreśla Klaus. - Władka uważam za najlepszego trenera w historii Śląska - dodaje.

O trenerze Żmudzie Jan Tomaszewski wiele lat później powie, że na tamte czasy to był taki Jose Mourinho - obecny szkoleniowiec Realu Madryt. Świetny analityk, taktyk, perfekcyjnie zorganizowany. Jego Śląsk - w przeciwieństwie do czasów gry Masselego - nie należał już do ligowych przeciętniaków. To był Śląsk mocny, którego piłkarze potrafili rywalizować z europejskimi potęgami, za znakomite wyniki dostawali już samochody, a partyjni dygnitarze chcieli się nimi chwalić. Nic dziwnego, skoro na mecze drużyny na Stadionie Olimpijskim przychodziło regularnie po 30, 40, a czasem i 50 tysięcy widzów.

Chcesz, żeby mnie zabili?

Dziś Śląsk też ma ogromny stadion i też mógłby gościć na meczach po 40 tysięcy kibiców. Ale po pierwsze, na razie tylu ich nie ma, a po drugie, ta wielkość to chyba jedyna analogia do dawnych czasów. Zawodnicy nie jeżdżą już na mecze tramwajami: mają nowoczesne auta i zarobki wielokrotnie większe od przeciętnego kibica. Pracować na trzech etatach już nie muszą, wystarczająco dużo płacą im miasto Wrocław i grupa Polsat - właściciele Śląska.

- Niestety, to kompletnie nie przekłada się na poziom całej ligi, który jest bardzo słaby. Nie mogę zrozumieć, jak to jest, że piłkarze zaczynają trening o 10, a o 13 nie ma ich już w klubie. Przecież oni poza trenowaniem nie mają nic do roboty, a dobra gra z nieba im nie spadnie - piekli się Masseli. Przypomina sobie, że gdy kilka lat temu po stażu w niemieckim Kaiserslautern zaproponował, by zawodnicy pracowali tak jak w Niemczech, usłyszał od ówczesnego trenera Śląska odpowiedź: - Klaus, chcesz, żeby mnie zabili?

Masseli jako trener młodzieży jest również załamany tym, że w obecnej drużynie mistrza Polski jest tylko jeden jej wychowanek, Tadeusz Socha. - W szkoleniu młodych piłkarzy są w Śląsku wieloletnie zaniedbania. Niby teraz klub próbuje coś zmienić, ale pytanie, czy wystarczy mu cierpliwości i finansów - stwierdza.

Pytany o swój stosunek do drużyny, Klaus Masseli na długo się zamyśla. - Dziwny jest ten Śląsk. Bo zmieniają się czasy i właściciele klubu, ale jedno pozostaje stałe. Tu się nie pamięta o historii.

Masseli podaje, że w klubach takich jak Górnik Zabrze czy Ruch Chorzów byli piłkarze dostają zaproszenia na mecze, mają swoje miejsca na lożach VIP. A w Śląsku tego brakuje. Zdarzają się sytuacje, gdy byli zawodnicy przychodzą pokątnie prosić o bilet, bo nie stać ich na kupienie sobie wejściówki. - To smutne i bolesne, że ludzie zasłużeni dla klubu muszą się o nie prosić - mówi Masseli.

Więcej o:
Komentarze (2)
Legendarny bramkarz Śląsk krytykuje współczesnych piłkarzy: Są słabi, nie chce im się trenować
Zaloguj się
  • aa.6

    Oceniono 17 razy 17

    Uwielbiam artykuły o historii Śląska. Mogę czytać i czytać. Dzięki! ;)

  • olek_gazeta

    Oceniono 9 razy 9

    Z tym opłacaniem piłkarzy przez grupę Polsat to nieźle pojechaliście :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX