Sport.pl

Mały, wielki piłkarz. Niezwykła sylwetka najlepszego zawodnika Śląska Janusza Sybisa (cz. 1)

Gdy na Olimpijski przyszło 50 tysięcy ludzi, to było pewne, że 30 tysięcy tylko dla Janusza - przekonuje Aleksander Papiewski, wieloletni trener Śląska. W jednym jędrnym zdaniu popularność Sybisa charakteryzuje jego partner z boiska i przyjaciel - Tadeusz Pawłowski: - Kochali go wszyscy - złodzieje, cinkciarze, księża, generałowie, partyjni i klasa robotnicza.
Gdy zaczynałem pisać o Januszu Sybisie, chciałem, by tekst nie był sentymentalny, a obraz Janusza przesłodzony. Nie ma nic gorszego niż prasowa laurka. Rozmawiając z ludźmi, którzy Sybisa znali, liczyłem, że powiedzą mi o nim coś, co będzie rysą na jego kryształowej - w oczach kibiców - postaci. Nie udało mi się nic takiego usłyszeć. Nawet gdy nalegałem, to rozmówcy mówili: nic z tego. Nigdy nikomu nie zrobił nic złego, nigdy na nikogo się nie poskarżył, nie pogniewał, a jedyną czerwoną kartkę w karierze dostał dlatego, że sędzia dał się nabrać pewnemu piłkarzowi, co zresztą widziałem na własne oczy.

Ostatecznie zrezygnowałem z "szukania rys na Sybisie" po dwugodzinnej rozmowie z nim samym. Przyznał co prawda, że jako piłkarz ma poczucie niedosytu, ale zaraz dodał, że do nikogo nie ma o to pretensji. Nikogo nie wini za to, że nie udało mu się zagrać na mistrzostwach świata, choć wie, że pojechali gorsi, których jednak nie wymieni z nazwiska. Za to pochwalił każdego trenera, z którym współpracował, a o kolegach z boiska i przeciwnikach mówił wyłącznie dobrze. Z podziwem odniósł się nawet do cwaniactwa tego piłkarza, przez którego dostał wspomnianą czerwoną kartkę. Bo Janusz Sybis to nie tylko legenda Śląska, jeden z najgenialniejszych piłkarzy, jacy grali w tym klubie, ale też - co podkreślają wszyscy - po prostu fajny gość. Pogodziłem się w końcu z tym, że obraz Janusza Sybisa będzie przesłodzony i sentymentalny, nie mam innego wyjścia. Tym bardziej że im więcej materiału udało mi się zebrać, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jak Janusz wpłynął i na moje życie. Wychowałem się przy stadionie Śląska (niedaleko mieszkam do dziś), a dla mojego pokolenia (dzisiejszych 40-latków) Sybis to ktoś więcej niż piłkarz, to prawie bóstwo.

Mieliśmy po 8-10 lat, gdy był na ustach Wrocławia. W najgłębszych pokładach mojej pamięci jego nazwisko było tym, które w ogóle jako pierwsze kojarzyło mi się z futbolem. Był moim idolem jak Ryszard Szurkowski, tylko o wiele ważniejszym, bo wolałem piłkę od roweru.

Pierwszy raz poszedłem na stadion, by zobaczyć Sybisa. Zapisałem się do trampkarzy Śląska, bo chciałem grać jak Sybis. Pobiłem się nawet z kolegą o to, kto w naszym szkolnym zespole będzie Sybisem - on czy ja. I wygrałem. Moja przygoda z futbolem zaczęła się więc od Janusza Sybisa i na pewno w dużej mierze dzięki niemu trwa do dziś. Pamiętam "Małego" z wielu sytuacji. Obrazy z nim nakładają się na siebie, ale są wyraźne. Będę je przywoływał i niech Czytelnicy wybaczą mi osobisty charakter tego tekstu, ale czy chcę, czy nie, czuję się z jego bohaterem bardzo związany.

OBRAZ PIERWSZY - Z ZAMIERZCHŁEJ PRZESZŁOŚCI

Na przełomie lat 60. i 70. niedzielna marszruta chłopaków mieszkających w okolicy stadionu przy ul. Oporowskiej zwykle wyglądała tak: za kwadrans jedenasta ja i moi kumple wychodziliśmy z domów, zapewniając rodziców, że idziemy do kościoła. Świątynię przy alei Pracy omijaliśmy jednak cichaczem i zamiast na mszę szliśmy dalej - ul. Makową, potem Bzową, aż do Kruczej i tzw. górki Pafawag. Tam był stadion. Biletów nie trzeba było kupować. Wystarczyło namówić kogoś dorosłego z kolejki do kas, by wziął cię za rękę i przeprowadził przez bramkę. I już byłeś na meczu.

Był 1970 rok. Miałem 7 lat i starsi kumple zabrali mnie na mecz. Śląsk grał w drugiej lidze z ROW-em Rybnik. Przyszliśmy obejrzeć piłkarza, o którym słyszeliśmy, że choć jest tak mały jak my, to już gra w Śląsku. I przekonaliśmy się, że to jest prawda. W przerwie na boisku rozgrzewał się malutki piłkarz, to był Janusz Sybis. Dopiero za kilka lat będzie bożyszczem wrocławskich tłumów. Wtedy nie zobaczyliśmy go w akcji. Po rozgrzewce na boisko nie wszedł.

Zaczął od koszykówki

Janusz urodził się w 1952 roku w Częstochowie, ale w wieku 8 lat wraz z matką przeprowadził się do Wrocławia. Mama z babcią prowadziły sklep przy ul. Kochanowskiego, a Janusz uczył się w podstawówce numer 36 przy ul. Chopina. Ta szkoła słynęła z WF-u na wysokim poziomie i Janusz na tym skorzystał. Zawsze był niski. Jako dorosły piłkarz mierzył zaledwie 162 cm, a w podstawówce był - jak sam mówi ze śmiechem - "prawdziwym kurduplem". I choć najmniejszy - brał udział w niemal wszystkich szkolnych rozgrywkach sportowych. - Dla mnie sport był wtedy najważniejszy, a normalne lekcje tylko przerywnikiem między zawodami - opowiada.

Grał w koszykówkę, siatkówkę, piłkę ręczną. Przed meczami zgłaszał się nawet na ochotnika, żeby na boisku rysować linie albo zawieszać siatki w bramkach. Wyróżniał się wśród rówieśników zaangażowaniem i choć taki mikrus, powołano go do reprezentacji szkoły w... koszykówce.

- Jacek Kalinowski, który też się tam uczył, to się do niej nie załapał. A przecież później był czołowym koszykarzem Gwardii i Śląska Wrocław - podkreśla z dumą.

Jako uczeń mógł mieć trochę więcej niż 140 cm wzrostu, a mimo to był jednym z najlepszych w szkole bramkarzy piłki ręcznej. A w prawdziwe osłupienie wprawił nauczycieli, gdy pobił rekord szkoły w skoku wzwyż!

- Byłem naprawdę wszechstronny. W bramce "fruwałem" jak małpa. Ludzie się trochę śmiali, ale już po kilku paradach słyszałem z trybun głosy podziwu - wspomina. - Uprawiając tyle dyscyplin, rozwijałem się. Byłem coraz sprawniejszy. Z żadnym ćwiczeniem gimnastycznym - przewrotem czy skokiem przez skrzynię - nie miałem problemów.

Wzrost? Żaden problem

W połowie lat 60. Janusz z mamą przeprowadzili się na plac Pereca, dwa przystanki tramwajowe od stadionu Śląska przy Oporowskiej. Z okna mały Janusz widział osiedlowe boisko, na którym wciąż były jakieś mecze. I kiedyś ze starszym bratem Robertem dołączyli się do grających. Robert był bramkarzem, a Janusz grał w ataku. Wkrótce Janusz wyróżniał się na tle kolegów i sam dobierał sobie zawodników do gry.

- Kiedyś jeden z chłopaków zapytał mnie, czy nie chciałbym grać w Śląsku - wspomina. - No i pojechaliśmy na Stadion Olimpijski, bo tam wówczas trenowali trampkarze Śląska. Mnie to bardzo pasowało, bo wciąż chodziłem do podstawówki na Chopina, a mama prowadziła sklep na Kochanowskiego. Po szkole jadłem u mamy w sklepie obiad i biegłem na Pola Marsowe. Zajęcia prowadził trener Jan Has.

Hasowi nie przeszkadzało, że Janusz jest taki mały. W drużynie było dużo takich chłopców, choć nie brakowało też wyrośniętych.

Kibice jak narkotyk

Janusz, zanim stał się ulubieńcem Wrocławia jako dorosły piłkarz, został pupilem jako mały brzdąc. Starsi kibice do dziś wspominają zacięte pojedynki chłopców do podawania piłek, rozgrywane w przerwach normalnych spotkań Śląska. Wśród 12-13-letnich piłkarzy najlepszy był ten najmniejszy. Piłka sięgała mu do kolan, ale radził sobie z nią doskonale. Dryblował, przeprowadzał rajdy zakończone bramkami, popisywał się efektownymi szczupakami i nożycami. Jego akcje nagradzano oklaskami. Dostawał owacje nie mniejsze niż ówczesne gwiazdy Śląska - Tomaszewski, Ćmikiewicz, Czarnecki, Siegert, Masseli czy Poręba.

- Podniecało mnie to. Mnóstwo ludzi przychodziło wtedy na mecze. Uwielbiałem atmosferę stadionu - przyznaje. - Niektórzy na treningach robili różne cuda, a na meczu pełne trybuny ich paraliżowały. Ja odwrotnie, im więcej ludzi, tym bardziej byłem podniecony i więcej mi wychodziło.

Trampkarze Śląska z Sybisem w składzie wygrywali dużo meczów i szybko malutkiego napastnika zaproszono na treningi juniorów. Zajęcia na bocznym boisku przy Oporowskiej, tam gdzie dziś jest tzw. flomark, prowadzili trenerzy Antoni Borkowski i Aleksander Papiewski.

Owacja od NRD-owców

- Janusz był niezwykle sprawny fizycznie. Całkowicie panował nad swoim ciałem. I niezwykle pracowity. Sam wymyślał sobie ćwiczenia i zaczynał trening na długo przed moim przyjściem na boisko - wspomina Papiewski. - No i miał dar od Boga. Można pracować, ale talentu się nie wypracuje - podkreśla.

Mógł być 1968 rok, gdy trener Papiewski pojechał z juniorami Śląska do Lipska na mecz z reprezentacją tego miasta. Spotkanie juniorów miało poprzedzić mecz miejscowej drużyny grającej w NRD-owskiej ekstraklasie.

- Na trybunach kilkadziesiąt tysięcy kibiców i jeden wielki rechot. Bo Janusz ośmieszał tych Niemców - śmieje się Papiewski. - Wygraliśmy tam 5:1. Pod koniec spotkania Jasiu przeprowadził akcję, którą zapamiętałem na całe życie. Dostał piłkę od bramkarza i na pełnej szybkości okiwał chyba z siedmiu przeciwników oraz bramkarza. Gdy był już sam na sam z pustą bramką, strzelił bardzo mocno, ale... w poprzeczkę. Aż się zatrzęsła. Kibice pomyśleli, że Janusz zlitował się nad rywalem i nie chciał go jeszcze bardziej pogrążać. Po meczu dostał owację. Kibice rzucili się na niego. Każdy chciał go dotknąć.

Żonglerka monetą

Do roku 1969 Sybis zaliczył niemal wszystkie reprezentacje regionalne - Wrocławia, okręgu i Dolnego Śląska. W końcu Andrzej Strejlau powołał go na centralny obóz przygotowawczy reprezentacji Polski juniorów.

- Tam była setka najlepszych juniorów w Polsce. Mieliśmy dokonać selekcji na kategorie wiekowe. Pamiętam Janusza, trafił do najmłodszej grupy, a w starszej znaleźli się słynni później krakusi: Kazio Kmiecik, Marek Kusto i Zdzisiu Kapka - opowiada Strejlau.

Sybis: - Wykonywaliśmy różne ćwiczenia, były gierki, wyróżniałem się, ale na wiele nie liczyłem. Po obozie rozjechaliśmy się do domów. Parę tygodni później na zgrupowaniu w Świeradowie rozrabialiśmy z chłopakami na kempingu. Nagle wszedł kierownik i nas zrugał, bo kemping aż trząsł się od rozróby. Mówi: "Sybis pakuj się i do domu". Myślałem, że mnie wyrzucą z obozu, a on uśmiechnął się tylko i dodał: zostałeś powołany do reprezentacji juniorów na turniej w Cannes.

Andrzej Strejlau pamięta wyjazd do Cannes. - To był doroczny turniej juniorski, bardzo renomowany. Zaczynał się zawsze od meczu francuskich sław piłki i ekranu. Wtedy na bramce jednej z drużyn stał Jean Paul Belmondo - wspomina. - Janusz zrobił tam furorę.

Czarował techniką, zachwycił francuską publiczność.

- Miał taki swój sposób, by trenerzy wystawiali go w podstawowym składzie. Pstrykał do góry monetę i jak spadała, łapał ją, ale na czubek buta. Potem nogą znów podrzucał do góry i z powrotem łapał ręką. Zakładał się z trenerami, czy mu wyjdzie ta sztuczka i jak wyszła, grał w podstawowej jedenastce - wspomina Strejlau.

Prasa odnotowała pierwszy międzynarodowy sukces Sybisa. W "Słowie Polskim" można było przeczytać, że został najlepszym piłkarzem turnieju. Janusz ten wyjazd jednak o mało nie przypłacił zdrowiem. Po powrocie nie pojawiał się na treningach. Trenerzy szukali go, a on zaszył się u babci na Brochowie i nie wychodził z domu.

- Cannes mnie zauroczyło. Nie wiedziałem, że taki świat w ogóle gdzieś istnieje, tam było tak pięknie - tłumaczy - wciąż o tym myślałem. Jak wróciłem do Wrocławia, to popadłem w jakieś takie otępienie. Byłem w innym świecie, bliski obłędu, marzyłem o powrocie do Cannes.

Z obłędu wyrwał Janusza pewien działacz Śląska, który przypadkowo spotkał go i poinformował, że czeka go kolejny wyjazd z reprezentacją, tym razem do Korei Północnej. Imperium Kim Ir Sena już go tak nie zauroczyło. - Mieszkaliśmy co prawda w luksusowej rezydencji po ambasadzie amerykańskiej, gospodarze byli uprzejmi, ale pilnowali nas ściśle i niewiele zobaczyliśmy.

Piłkarski brylant

Wiosną 1969 roku drużyna seniorów Śląska spadła z pierwszej ligi. Trenerem został krakowianin Artur Woźniak i to on wprowadził Sybisa do pierwszej drużyny. Z pomocą przyszły jednak przepisy - Polski Związek Piłki Nożnej nałożył na kluby obowiązek, by w drużynie ligowej grał junior. W październiku Woźniak zapowiedział przebudowę składu. "Śląsk nie będzie takim zamkniętym klanem jak kiedyś" - mówił w wywiadzie dla "Słowa Polskiego", odpowiadając w ten sposób na zarzuty, że nie odmładza drużyny. "Do drużyny doszedł junior Sybis, a mamy jeszcze w odwodzie 7-8 utalentowanych chłopców" - przekonywał.

- Włączyli mnie do kadry, gdzie byli prawie sami starzy zawodnicy. Pojechałem na obóz przygotowawczy. Jak zobaczyłem tych starych repów, to nogi się pode mną ugięły - wspomina Janusz. - Bałem się, że nie wytrzymam, bo choć mały i młody byłem, to nie było dla mnie taryfy ulgowej. Trenowałem ciężko jak starzy.

Klaus Masseli, wówczas bramkarz Śląska, pamięta tamten obóz. - Trener Woźniak, jak zobaczył Janusza w akcji, od razu przyjął go do drużyny. My, starzy piłkarze, już po kilku treningach traktowaliśmy go z wielkim szacunkiem, jak najlepszego piłkarza. Widzieliśmy, jak wielkie ma możliwości. To był brylant piłkarski. Poza tym Janusz to był zawsze fajny chłopak, uśmiechnięty, koleżeński.

Z Tomaszewskim na plecach

- Zaaklimatyzowałem się, przyjęli mnie sympatycznie - pamięta Sybis. - Od razu czułem się jak jeden z nich. Z Jankiem Tomaszewskim miałem treningi strzeleckie, od Waldka Czarneckiego uczyłem się techniki. Mówi się, że Deyna strzelał słynne "rogale", ale Czarnecki robił to lepiej - ocenia dawnego kolegę.

Tomaszewski, który reprezentował wówczas Śląsk, też pamięta Sybisa. - Jasiu od razu został naszym pupilkiem, maskotką. Choć miał wówczas dopiero 18 lat, już był świetnym piłkarzem, jak to się mówi w żargonie - "skończonym technicznie". Operowanie piłką doprowadził do perfekcji - ocenia Tomaszewski. - Zresztą ja też wiele mu zawdzięczam.

- Lubiłem z "Tomkiem" trenować, zostawaliśmy sami i ja mu strzelałem, a on bronił - potwierdza Sybis.

Często pracownicy Śląska mieli ubaw, gdy widzieli z okien budynku przy Oporowskiej niecodzienną scenkę, jak mierzący 162 cm Sybis wnosił na barkach do budynku prawie dwumetrowego Tomaszewskiego.

- Zakładaliśmy się o rzuty karne. Jasiu strzelał mi pięć "jedenastek", a jak obroniłem choć jedną, to niósł mnie do klubu. Jak wszystkie strzelił, ja niosłem jego - śmieje się Tomaszewski.

Pierwszy mecz, pierwsza bramka

Sybis nie pamięta swojego ligowego debiutu. Z relacji prasowych wynika, że nastąpił on 28 września 1969 roku we Wrocławiu. Śląsk wygrał 4:0 z Hutnikiem Kraków. Janusz, choć dopiero za dwa tygodnie miał skończyć siedemnaście lat, grał cały mecz.

W jesiennej rundzie w 1969 roku zagrał jednak tylko w trzech spotkaniach, wchodząc na boisko zwykle z ławki rezerwowych za najlepszego wówczas napastnika Śląska - Malinowskiego. Wiosną 1970 roku grał już jednak niemal w każdym spotkaniu, ale na swą pierwszą bramkę czekał aż do 29 maja. W zwycięskim 3:1 meczu Śląska z Bałtykiem Gdynia strzelił w 43. minucie swego pierwszego gola dla Śląska.

OBRAZ DRUGI: ŁOWCY AUTOGRAFÓW

Nigdy nie zbierałem autografów. Jakoś nie miałem do tego zacięcia. Ale pamiętam, jak wyłem w ukryciu, gdy po jednym z meczów na Oporowskiej czekaliśmy na Sybisa. Moi koledzy mieli zeszyty, niektórzy zdjęcia, a ja nawet długopisu nie miałem ani choćby małej kartki. Prosiłem kolegów, by mi pożyczyli, ale jak już znalazłem chętnego, Janusz rozdał autografy i odjechał. I tylko mój kolega z klasy Sylwek pokazał mi swój autograf i z dumą zaznaczył: - Podpisał i nawet "piątkę" przybił.

Postrach obrońców

Najprawdopodobniej w sezonie 1972/73 powstała słynna kibicowska przyśpiewka o Sybisie: "Już za chwilę, za chwileczkę, Jasiu strzeli pod poprzeczkę". Sybis zdobył w rozgrywkach czternaście goli, został królem strzelców II ligi, a Śląsk awansował do ekstraklasy.

To był przełomowy rok w karierze Janusza. Został dostrzeżony nie tylko we Wrocławiu, ale i w Polsce. Kazimierz Górski, choć Janusz grał tylko w II lidze, wymieniał jego nazwisko wśród kandydatów do reprezentacji na igrzyska w Monachium.

- Janusz był już wówczas bożyszczem wrocławskich tłumów. Takiego dryblingu nie miał nikt w Polsce. Wręcz ośmieszał obrońców - przypomina sobie Tomaszewski. - Kibice go kochali, bo kocha się małych, którzy dokładają dużym.

Klaus Masseli najlepiej pamięta wyczyny Janusza w meczu z Górnikiem Zabrze. - Grał przeciwko Jurkowi Gorgoniowi, który był uważany za jednego z najlepszych obrońców na świecie. Janusz zrobił z niego wiatrak. Zakręcił Gorgoniem ze dwadzieścia razy w czasie meczu. A na trybunach salwy śmiechu trzydziestu tysięcy ludzi - opowiada Masseli. - Jak mecz się skończył, to nawet piłkarze Górnika nabijali się z Gorgonia, pytając, czy nie powinien z boiska schodzić tyłem.

Tadeusz Pawłowski, inny wielki piłkarz tamtego Śląska, do dziś pamięta anegdotę opowiadaną przez piłkarzy Pogoni Szczecin. Obrońca tej drużyny Boguszewicz, zawsze jak miał grać przeciwko Sybisowi, w przeddzień informował klub, że ma gorączkę i raczej nie zagra. Sytuacja powtarzała się nagminnie.

Superduet

Właśnie z Pawłowskim Janusz stworzył jeden z najlepszych duetów piłkarskich w Polsce. - Jak przyszedłem do Śląska w sezonie 1973/74, "Mały" był już wielką gwiazdą - wspomina "Paweł". - Znaliśmy się z reprezentacji Dolnego Śląska. Graliśmy po tej samej stronie boiska, ale świetnie się uzupełnialiśmy i rozumieliśmy. Podawaliśmy sobie piłkę właściwie w ciemno.

Już pierwszy występ Pawłowskiego z Sybisem zapowiadał wielkie możliwości tego duetu. Jesienią 1974 roku w meczu z Arką w Gdyni Pawłowski wszedł na 20 minut przed końcem i z Sybisem przeprowadzili akcję, która przesądziła o zwycięstwie Śląska. W ostatniej fazie akcji Pawłowski podał piłkę piętą do Sybisa, a ten strzelił do pustej bramki.

- Po tym meczu przekonałem do siebie trenera - wspomina Pawłowski.

A trener Władysław Żmuda I kompletował właśnie najsilniejszy skład w historii klubu. Drużynę, która osiągnęła największe sukcesy. Oprócz Sybisa i Pawłowskiego byli już w niej: Jan Erlich, Józef Kwiatkowski, Zygmunt Kalinowski, bracia Zygmunt i Ireneusz Garłowscy, a wkrótce miał dołączyć Władysław Żmuda, w odróżnieniu od noszącego takie same imię i nazwisko trenera oznaczany przez dziennikarzy jako Żmuda II.

Zawsze z opiekunem

Na debiut Żmudy na Stadion Olimpijski przyszło 55 tysięcy ludzi. Ale mecz skończył się owacjami dla Sybisa. - Przyszli na Władka, ale to ja niechcący strzeliłem obie bramki dla Śląska - w pierwszej i 90. minucie - podkreśla z dumą Sybis.

Takich bramek strzelonych niechcący Sybis zaliczył mnóstwo. Z czasem stał się jednym z najgroźniejszych zawodników ekstraklasy. Pilnowali go najlepsi obrońcy.

- Przed każdym meczem byłem bardzo spięty. Już jak słyszałem sławne nazwiska piłkarzy, przeciwko którym miałem grać, to się denerwowałem - opowiada Sybis. - Adam Musiał, Antoni Szymanowski czy Bernard Blaut to wielcy gracze, robili na mnie wrażenie. Denerwowałem się, ale wszystko mijało, gdy rozpoczynał się mecz. Publiczność krzyczała, a mi przechodził stres.

Pawłowski twierdzi, że Janusz radził sobie w każdych warunkach.

- Słynne były jego pojedynki z Adamem Musiałem, obrońcą Wisły Kraków i reprezentacji Polski. Musiał był tak jak Janusz - bardzo szybki i grał niezwykle ostro, na pograniczu faulu. Ale Janusz i jego potrafił oszukać - wspomina. - Zresztą właśnie z Wisłą strzelił swoją najpiękniejszą bramkę. To było na Stadionie Olimpijskim. Najpierw uderzył z 16 metrów z przewrotki. Bramkarz Wisły Stanisław Gonet rzucił się w kierunku piłki, ale ona trafiła w słupek i wróciła na boisko. Janusz zdążył wstać i dobić ją do bramki. Dla mnie to najpiękniejsza bramka w historii Śląska - zachwyca się "Paweł".

Tę bramkę Sybis strzelił w sezonie 1976/77, gdy Śląsk zdobył jedyne w swej historii mistrzostwo Polski. Był już wówczas renomowanym zespołem. Rok wcześniej zdobył Puchar Polski, miał już sukcesy w europejskich pucharach.

OBRAZ TRZECI: ZOSTAĆ PIŁKARZEM

Wrocławscy kibice chyba trochę zwątpili w piłkarzy Śląska, gdy jesienią 1975 roku wrocławianie w swym debiucie w Pucharze UEFA przegrali na wyjeździe 1:2 z GAIS Goeteborg. Na rewanż na Stadion Olimpijski przyszło tylko 15 tysięcy ludzi. Ci, co przyszli, nie zawiedli się, na boisku rządzili Sybis z Pawłowskim. Pierwszy strzelił trzy gole, drugi jednego. Śląsk wygrał 4:2 i awansował do następnej rundy. Choć podróż na Olimpijski to była dla mnie wielka wyprawa, po kryjomu przed rodzicami pojechałem na ten mecz ze szkolnymi kolegami. Po jego zakończeniu byliśmy w euforii. To właśnie wtedy postanowiliśmy, że też zostaniemy piłkarzami. Przez następne dni dopytywaliśmy się na Oporowskiej o nabory do trampkarzy. Wreszcie je zorganizowano. Zgłosiła się ze trzydziestka chłopców. Trener Wiesław Mucha podzielił gromadę na dwie drużyny i rozpoczął się mecz. Trener notował coś, a myśmy głównie kopali się po nogach. Po meczu wskazał na mnie i jeszcze kilku chłopców i kazał nam zostać. Gdy wracałem do domu z kolegą Sylwkiem, miał mi za złe, że grałem samolubnie. Nie mógł przeżyć, że się nie załapał. Zawsze był przekonany, że jest ode mnie lepszy.

"Widły" w Antwerpii

Sybis był wtedy w szczytowej formie. W następnej rundzie Pucharu UEFA wrocławianie zmierzyli się z belgijskim Royalem Antwerpia. To był prawdziwy egzamin, bo Royal był klasowym zespołem. I we Wrocławiu to potwierdził, remisując 1:1. Bramkarz Custers, pomocnik Lund to były nazwiska znane w całej Europie. Drużynę prowadził Guy Thys, także dziś jeden z najsławniejszych belgijskich trenerów.

- Przed rewanżem Belgowie byli bardzo pewni siebie. W tunelu prowadzącym na boisku dowcipkowali, patrzyli na nas z góry, wyczuliśmy ich butę - pamięta Pawłowski.

Trener Papiewski, który pomagał wtedy prowadzić zespół Władysławowi Żmudzie, uważa mecz w Antwerpii za najlepszy występ Śląska w europejskich pucharach. - Sybis strzelił przepięknego gola. Dostał piłkę od Kalinowskiego, przedryblował pół boiska i z dystansu pokonał Custersa - relacjonuje.

Sybis potwierdza: - Walnąłem takie "widły" [strzał w okienko - przyp. red.], że wszyscy się za głowy złapali.

Pawłowski pamięta mecz trochę inaczej: - Jasiu strzelił gola po moim podaniu głową, a ja trafiłem do siatki po zagraniu od niego.

Sukces był wielki, Śląsk wygrał 2:1 w Antwerpii i awansował do następnej rundy.

But - niecała piątka

Mecz z Liverpoolem, z którym Śląsk spotkał się w następnej rundzie, to jedno z wydarzeń najżywiej wspominanych przez wrocławskich kibiców. Przeszedł do klubowej legendy, choć Śląsk dwukrotnie przegrał i odpadł z rozgrywek. We Wrocławiu, choć mróz siarczysty, mecz obejrzało 50 tysięcy ludzi. Wrocławianie przegrali na Olimpijskim 1:2, a w rewanżu w Liverpoolu aż 0:3.

Sybis: - Z Liverpoolem przegraliśmy organizacyjnie. Ziemia pod murawą Olimpijskiego tak zamarzła, że była jak beton. Nasz magazynier, który piłkarzy Liverpoolu wprowadzał do szatni, przybiegł do nas i podniecony opowiadał, że oni na półkach mają wyłożone po trzy pary butów. Inne na każdą nawierzchnię. A ja ze sprzętem zawsze miałem problemy. Jak przychodziły koszulki, to wszystkie na wielkiego chłopa. Zawsze musieli mi obcinać rękawy. But - niecała piątka, a to przecież rozmiar dziecięcy, takich butów piłkarskich w ogóle nie produkowano, więc jak już udało mi się jakąś parę dopasować, to grałem w nich aż do zdarcia. Poza tym z Liverpoolem mogliśmy wygrać, ale trzeba było odciąć od piłek dwóch zawodników - Johna Toshaka i Kevina Keegana. Toshak świetnie grał głową, a Keegan kapitalnie mu dośrodkowywał.

Pawłowski nie zgadza się z oceną kolegi: - Sprzęt był ważny, ale nie decydujący. Poza tym we Wrocławiu nie zagrał Keegan. Liverpool to była wówczas jedna z najlepszych drużyn na świecie. Chyba w tym meczu po raz pierwszy w życiu zobaczyłem, co to jest pressing. Nikt jeszcze tak agresywnie w Europie nie grał. Nic nie mogliśmy zrobić, bo gdy tylko któryś z nas miał piłkę, to zaraz atakowało go dwóch Anglików. Nie mieliśmy szans.

Czerwona kartka

Rok później Śląsk grał w pucharach jeszcze lepiej. Doszedł aż do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. O półfinał grał z włoskim SC Napoli. W zgodnej opinii Sybisa, Pawłowskiego i trenera Papiewskiego Włosi nie byli lepszym zespołem i to Śląsk powinien grać dalej.

We Wrocławiu padł jednak bezbramkowy remis. W rewanżu wrocławianie przegrali 0:2. Sybis niezbyt chętnie wspomina ten mecz.

- Trzy dni wcześniej graliśmy z Widzewem Łódź. To był wtedy zespół naszpikowany reprezentantami Polski, ze Zbyszkiem Bońkiem na czele. Znaliśmy się z reprezentacji, więc przed meczem ustaliliśmy, żeby się przed tym spotkaniem w Neapolu za bardzo nie pokopać. Boniek zgodził się. Ale jak mecz się zaczął, usłyszałem, jak Boniek podbiegł do Andrzeja Możejki (obrońcy Widzewa) pokazał mnie palcem i mówi: "Jak tego kurdupla nie upilnujesz, to nie wygramy". Bońka wszyscy tam słuchali. Podczas meczu Możejko przyłożył mi z kopa w kość ogonową. Na noszach zniesiono mnie do szatni.

I tak przed najważniejszym meczem sezonu Sybis, który nigdy nie miał kontuzji, ledwo chodził. Ostatecznie zagrał w Neapolu, ale niewiele zdziałał.

Z Możejką ponownie spotkał się w następnym sezonie we Wrocławiu. Podczas jednego z pojedynków Janusz odwrócił się gwałtownie, ale miał zbyt daleko wyciągnięty łokieć. Musnął nim w twarz przeciwnika. Możejko upadł na murawę i zwijał się z bólu.

- Nadgryzł sobie wargę, a jak sędzia zobaczył krew, wywalił mnie z boiska - wspomina.

PZPN uznał, że to był rewanż za tamten kopniak, i zawiesił Sybisa na cztery mecze. Janusz spakował walizki i wyjechał nad morze. Śląsk bez niego nie mógł wygrać. Działacze, po dwóch meczach, zwrócili się do związku o darowanie reszty kary. PZPN się zgodził. Znad morza Sybis pojechał od razu do Szczecina na mecz z Pogonią. Obrońca Boguszewicz znów więc miał gorączkę, a Janusz strzelił zwycięską bramkę.

Mentalnie nieprzygotowani

Szanse na sukces w europejskich pucharach wrocławianie tracili jeszcze kilka razy. Tak jak w 1978 roku z Borussią Moenchengladbach, z którą zremisowali w Niemczech 1:1, by przegrać u siebie 2:4.

Tadeusz Pawłowski uważa, że tamto pokolenie piłkarskie nie było mentalnie przygotowane na wygrywanie z zachodnimi drużynami. - To był PRL, a my graliśmy w wojskowym klubie. Jak wyjeżdżaliśmy, to najpierw był długi wykład o tym, co nam tam wolno robić, a czego nie - próbuje oddać atmosferę tamtych wyjazdów. - A dla nas taki wyjazd to była szansa na dodatkowy zarobek. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak mogliśmy w Antwerpii tak świetnie skoncentrować się na meczu. Przecież całe przedpołudnie ekipa biegała po całym mieście, by sprzedać przemycony towar. W Liverpoolu było to samo. Sprzedaliśmy, co mieliśmy sprzedać, a mecz po prostu trzeba było rozegrać. Nam wystarczyło, że gramy na tak wspaniałym stadionie. Kevin Keegan podczas naszego spotkania w Liverpoolu nagle wbiegł na trybuny między kibiców i przez dobrą minutę siedział z nimi i śpiewał. Miał mentalność zwycięzcy, czuł się wielką gwiazdą. A my byliśmy szczęśliwi, że w ogóle tam byliśmy.



Tekst pochodzi z archiwum "Gazety Wyborczej we Wrocławiu". Pierwszy raz ukazał się 20 grudnia 2002 roku. Części drugiej szukaj na wroclaw.sport.pl

Więcej o: