Sport.pl

Mały wielki piłkarz. Niezwykła sylwetka najlepszego zawodnika Śląska Janusza Sybisa (cz.2)

Dlaczego Janusz Sybis nie zrobił wielkiej reprezentacyjnej kariery? "Bo był za niski" - to najczęstsza odpowiedź udzielana przez piłkarzy i trenerów, z którymi się zetknął. Nie do końca jest prawdziwa.
OBRAZ CZWARTY: POPATRZEĆ NA MISTRZA

Boczne boisko przy Oporowskiej. 1977 rok. Dwa boiska wytyczone w poprzek głównej płyty, pięciometrowe bramki. Moja grupa właśnie skończyła zajęcia. Zaraz rozpoczną starsi - wśród nich późniejsze gwiazdy Śląska - Ryszard Tarasiewicz i Waldemar Prusik. Kibice przyjdą dopiero na seniorów. Będzie można zobaczyć trójkę zawodników powołanych przez Jacka Gmocha na tournée po Ameryce Południowej. Jadą Żmuda, Pawłowski i Sybis, mają szanse na grę na Mistrzostwach Świata w Argentynie. Przyszliśmy popatrzeć na trening seniorów.

Kilka tygodni później widziałem w telewizji, jak podczas tournée Polska przegrała w Buenos Aires z Argentyną 1:3. Sybis pojawił się na chwilę przy linii bocznej, miał wejść, ale nie wszedł na boisko. Na mistrzostwa świata nie pojechał.

Za mały

- Pojechali gorsi - Aleksander Papiewski jest o tym przekonany. - Jasio nie miał szczęścia, trafił na złe czasy i trenerów, którzy nie potrafili go docenić - twierdzi.

Sybis: - Już trener Górski brał mnie pod uwagę przed mistrzostwami świata w 1974 roku. Pojechałem nawet na tournée do Hiszpanii. Gadocha grał z lewej strony, ja z prawej i wrzucałem Lacie i Szarmachowi takie piłki, że mucha nie siada - wspomina Sybis. - Ale Górski nie pojechał wtedy na to tournée do Hiszpanii, bo chyba był chory, i nie widział mnie w grze. Myślę, że to zdecydowało. Na mistrzostwa pojechali inni, choć nie byli nawet na sprawdzianach kadry.

- Na pewno wzrost miał w przypadku Janusza znaczenie - twierdzi Andrzej Strejlau. - Ale niedecydujące. Takie pytania będzie się zawsze stawiać: Dlaczego nie pojechał Sybis? Dlaczego nie pojechał inny wspaniały piłkarz - Rześny? Wszyscy nie mogą pojechać.

- To był czas, gdy do pierwszej reprezentacji aspirowało 50-60 równorzędnych piłkarzy. Tak mocna była nasza piłka - podkreśla Pawłowski. - Bardzo liczył się klub, w którym się grało. 60-70 procent szans na reprezentację mieli piłkarze Legii i Górnika. My w Śląsku nie mieliśmy wielkich szans.

Dla Jasia zabrakło

Janusz zadebiutował w reprezentacji 31 października 1976 roku. W Warszawie kilkadziesiąt tysięcy widzów obejrzało zwycięstwo 5:0 polskiej drużyny z Cyprem. Reprezentację prowadził już Jacek Gmoch, który przejął zespół po Kazimierzu Górskim. Gmoch miał odmłodzić zespół, wprowadzić do niego nowych piłkarzy. Sybis miał być jednym z nich.

- Mecz z Cyprem zapamiętam do końca życia. To, że grałem z Lubańskim, Szarmachem, Deyną, uważam za wielki zaszczyt - podkreśla Sybis.

Po Cyprze było jeszcze wspomniane tournée po Ameryce Południowej.

Ale Gmoch i tak nie zabrał Sybisa na mistrzostwa świata.

Jan Tomaszewski twierdzi, że zagrały partykularne interesy. - Do Argentyny musiało pojechać 17-18 piłkarzy, którzy grali w Monachium i za zasługi musieli być powołani. Miejsc dla ludzi spoza tego towarzystwa prawie nie było. Te, które zostały, zajęli m.in. Boniek, Nawałka i Iwan. Dla Jasia zabrakło.

Kulesza chciał Sybisa

- Jedynym trenerem reprezentacji, który Janusza docenił, był Ryszard Kulesza. To za jego czasów, pomiędzy 1978 a 1980 rokiem, grał w kadrze najwięcej - zauważa Papiewski.

Kulesza jest do dziś pełen podziwu dla umiejętności Sybisa. - Znakomity piłkarz. Krótki, skuteczny drybling i świetna szybkość - przypomina.

Powoływał regularnie Sybisa. Twierdzi, że gdyby prowadził drużynę do Mistrzostw Świata w Hiszpanii, na pewno zabrałby Janusza na mundial.

- Trochę się ze mnie naśmiewali, że powołuję go, bo musi być ktoś w ekipie mniejszy ode mnie. Ale to były żarty. Wszyscy wiedzieli, że Janusz jest unikatowym zawodnikiem. Gdy u mnie grał, nie strzelał już tylu bramek, ale za to znakomicie dogrywał piłkę - przekonuje Kulesza. - W meczu z Tunezją w Tunisie, wygranym przez nas 2:0 [luty 1979 rok - przyp. M.M.] oba znakomite dośrodkowania Sybisa zakończyły się bramkami. Roman Ogaza, który strzelił obie, tylko przykładał głowę do piłki.

Rok później Polska grała w Turynie z Włochami. - Ten mecz pamiętam szczególnie, bo przecież strzeliłem w nim swoją pierwszą bramkę dla Polski, i to samemu Dino Zoffowi - podkreśla Sybis.

- Włosi trochę się śmiali, gdy nasza drużyna wybiegała na boisko. Dziennikarze pytali: Co to za piłkarz? A on im zaraz strzelił gola, i to bardzo ładnego. I już się nie śmiali - wspomina Kulesza.

Zdecydowała afera na Okęciu

Ostatecznie szansę na wyjazd na mistrzostwa świata Janusz stracił przez wybryk Józefa Młynarczyka. Bramkarz reprezentacji Polski w grudniu 1980 roku, tuż przed wyjazdem na mecz z Maltą, ostro zabalował. Na lotnisku Okęcie stawił się w stanie nietrzeźwym. Trener chciał go wyrzucić z kadry, ujęli się za nim koledzy - m.in. Zbigniew Boniek, Stanisław Terlecki i Władysław Żmuda. Doszło do przesilenia i Kulesza stracił posadę. U następnego trenera reprezentacji, Antoniego Piechniczka, Sybis nie miał już szans.

- Stawiałem na piłkę techniczną, na atak pozycyjny i dlatego na piłkarzach świetnych technicznie chciałem oprzeć reprezentację - tłumaczy Kulesza. - Antek preferował zupełnie inny futbol. Siłowy, oparty na mocnych fizycznie piłkarzach. Dla Janusza tam miejsca nie było.

- Piłka się zmieniła. Nie grano już systemem 4-3-3 [czterech obrońców, trzech pomocników i trzech napastników - przyp. M.M.], gdzie w ataku byli tak zwani skrzydłowi, jak Sybis. Wówczas obowiązywał już system 4-4-2. A napastnicy mieli znakomite warunki fizyczne. Jasio nie miał już szans - tłumaczy Jan Tomaszewski.

Mieszkałem z Deyną

Sybis zagrał 18 razy w reprezentacji Polski. Zdobył dwa gole. Oprócz tego z Włochami pokonał jeszcze słynnego Envera Maricia, bramkarza reprezentacji Jugosławii.

Przyznaje, że czuje niedosyt. We Wrocławiu był więcej niż idolem, w reprezentacji Polski zaledwie zaistniał. Ale niczego nie rozpamiętuje. Jest zadowolony z tego, co osiągnął. Grał z największymi piłkarzami - Gorgoniem, Tomaszewskim, Deyną, Szarmachem, Latą...

- Cieszę się, że w ogóle zaistniałem wśród takich sław. Przez dwa tygodnie spałem w jednym pokoju z Kaziem Deyną. Strasznie się czułem skrępowany. Nie wiedziałem, jak się zachować. Pytałem Kazia o wszystko: czy mogę iść się umyć, czy mogę sobie coś wyprać. A on: Janusz, ty jesteś świetny piłkarz, przestań się o wszystko pytać, nie musisz. Czuj się swobodnie - wspomina. - Kazio był świetnym facetem, ale i wielką gwiazdą. U Górskiego miał całkowicie wolną rękę. Trenował, jak chciał i kiedy chciał, a spać chodził, o której mu się podobało. I jednak szanował wszystkich, zresztą jak inni. Nigdy nie podkreślali swojej wyższości. Dla nich byłem jednym z nich, choć w reprezentacji tylko rezerwowym - mówi z podziwem.

OBRAZ PIĄTY: OSTATNI MECZ, OSTATNIA BRAMKA

19 czerwca 1983 roku Śląsk na Oporowskiej grał z Bałtykiem Gdynia. Siedziałem na wirażu. Wówczas już nie byłem związany z klubem. Kilka lat wcześniej miałem na półrocze trójkę z matematyki i ojciec pasem wybił mi z siedzenia futbol.

W tamtym meczu potwierdziło się obowiązujące wówczas od co najmniej dziesięciu lat powiedzenie, "że jak Sybis gra dobrze, to Śląsk wygrywa, jak ma słabszy mecz, Śląsk nie może pokonać rywala". Sybis grał wspaniale i w 45. minucie strzelił gola dla Śląska. Ostatniego w ostatnim występie. Miał do gdyńskiej drużyny szczęście - strzelił jej pierwszą bramkę w barwach Śląska i ostatnią. Statystycy wyliczyli, że rozegrał we wrocławskiej drużynie 591 meczów. Po meczu pożegnano go kwiatami, dostał puchar i uścisk dłoni mundurowych prezesów Śląska.

Cena jak za Bońka

Wyjechał do Niemiec, do Jacka Jareckiego, bramkarza Śląska, który półtora roku wcześniej uciekł z obozu reprezentacji Polski i został na Zachodzie. - Jacek bardzo mi pomógł. Załatwił mi testy w Duisburgu - opowiada Janusz. - Wypadły dobrze, ale nie mogłem tam zostać.

Niemieccy piłkarze byli wściekli na Sybisa. Ośmieszał ich, kiwał, zakładał siatki. Bramkarz Duisburga w pewnym momencie, gdy został po raz któryś ośmieszony przed kolegami, rzucił się na Sybisa z pięściami.

- Szanowali mnie jako piłkarza, ale nie lubili. Myśleli, że ich ośmieszam dla hecy. A ja po prostu grałem po swojemu w piłkę. Oni byli "fizyczni", zwody, dryblingi to nie była ich gra - tłumaczy.

O tym, że nie został w Duisburgu, zdecydowała jednak cena. Główny Komitet Kultury Fizycznej i Sportu handlował wówczas piłkarzami i zażądał takiej kwoty, że Niemcy zrezygnowali. Sybis pojechał do III-ligowego Oldenburga. Prezes klubu, człowiek bogaty, był oczarowany, gdy zobaczył Janusza. Pojechał do Polski załatwić transfer. Niewiele wskórał.

- Zażądali za mnie jak za Bońka i nic z transferu nie wyszło - opowiada Sybis.

Ian, a nie Janusz

Gdy jeszcze był w Niemczech, ze Stanów Zjednoczonych zadzwonił Adam Topolski, kiedyś piłkarz Legii Warszawa. Topolski grał w amerykańskiej lidze futbolu halowego, w zespole Spirit Pittsburgh. Amerykański menedżer John Kowalski zbił cenę w GKKFiS za Sybisa i w 1983 roku ulubieniec Wrocławia poleciał za ocean. W "Duchach" z Pittsburgha spotkał się z innymi Polakami. Oprócz Topolskiego grali tam byli reprezentanci Polski - bramkarz Piotr Mowlik, Stanisław Terlecki i Zdzisław Kapka.

- To była inna piłka, grało się pięciu na pięciu, a zmiany zawodników w dowolnej liczbie, jak w hokeju. Na mecze przychodziło po 15 tysięcy ludzi - wspomina Sybis.

Grał tam jako Ian Sybis i strzelał dużo bramek. - Jasia nie można nie pokochać. Od początku był pupilem publiczności - wspomina Adam Topolski. - Grał znakomicie, strzelał mnóstwo goli. Po pierwszym roku gry w "Duchach" został MVP drużyny [najbardziej wartościowy gracz - przyp. red.].

Spirit Pittsburgh z Sybisem w składzie doszli do play-off rozgrywek. Rok później to się jednak nie udało. A w trzecim sezonie gry w USA trenerem drużyny został szkoleniowiec z Jugosławii i faworyzował swoich rodaków.

Po pięciu latach Sybis przeprowadził się do Dallas, a gdy - jak mówi - "halówka" mu się znudziła, w 1988 roku wrócił do Polski.

OBRAZ SZÓSTY: LAUREAT

W lutym 1996 roku pracowałem już w "Gazecie Wyborczej", gdy Okręgowy Związek Piłki Nożnej i "Gazeta Robotnicza" zorganizowały plebiscyt na najlepszego piłkarza Dolnego Śląska ostatniego 50-lecia. Sybis zajął trzecie miejsce, za wielokrotnymi reprezentantami Polski Władysławem Żmudą i Ryszardem Tarasiewiczem. Podczas gali, na której wręczano nagrody laureatom, towarzystwo było już po kilku głębszych, gdy ktoś zaproponował rozegranie meczu laureaci - dziennikarze. Ustawiono bramki z krzeseł, a w zespole gwiazd zagrali Waldemar Prusik, Tadeusz Pawłowski, Włodzimierz Ciołek i Sybis. Wraz z kilkoma kolegami znalazłem się w teamie dziennikarzy. Przegraliśmy bardzo wysoko. Jak Sybis z Ciołkiem "wzięli nas do młyna", to odkręcamy się do dzisiaj.

Tam była sitwa

Dwa lata wcześniej Sybis wrócił do Śląska jako trener. Wcześniej pokonał kłopoty rodzinne, trenował Ślężę Sobótka, od czasu do czasu powoływano go na mecze "Orłów Górskiego". W 1993 roku razem z Tadeuszem Pawłowskim mieli ratować Śląsk przed spadkiem z ekstraklasy. Nie udało im się.

- W tej drużynie była już za duża sitwa. Starsi piłkarze mieli swoją wizję, jak grać, a Tadzio Pawłowski jeszcze nie miał zbyt dużego doświadczenia i dlatego nie wyszło - ocenia Janusz z perspektywy czasu.

Pawłowski: - Byłem już wiele lat za granicą, w zupełnie innym świecie. A to, co zastałem w Śląsku, to był jeszcze PRL. Proponowano mi "podpieranie" meczów, a ja nie chciałem o tym słyszeć. W zespole młodzi piłkarze musieli oddawać pieniądze starym. Dla mnie to było nie do pomyślenia. Wojskowi działacze posądzali piłkarzy o sprzedawanie meczów. Chcieli na mnie wymóc, bym niektórych nie wystawiał, a jak odmówiłem, zwolnili mnie.

Taka ze mnie przylepa

- Jestem związany ze Śląskiem na dobre i na złe. Tu się wychowałem i tu zemrę. Nie muszę być pierwszy w klubie, mogę być drugi, a nawet dalej, gdzieś w cieniu. Mnie nie zależy na tym, żeby być w Śląsku kimś ważnym, chcę tu po prostu być. Taka ze mnie przylepa - mówi Sybis.

Niedawno skończył 50 lat. Miał mieć w tym roku operację biodra. Wstawienie endoprotezy. Ale po przerwie znów pomaga przy pierwszym zespole. Czuje się potrzebny. Prowadzi treningi indywidualne z młodymi piłkarzami. Chce pomóc w trudnych czasach. Operację więc odłożył na później.



Tekst pochodzi z archiwum "Gazety Wyborczej we Wrocławiu". Ukazał się 27 grudnia w 2002 roku

Więcej o: