Sport.pl

Niebywały charakter ekipy trenera Stanislava Levego: Śląsk potrafi odwrócić losy meczu i wygrać!

- Po takim spotkaniu muszę komplementować grę swojego zespołu - cieszył się trener Śląska Stanislav Levy po dramatycznym meczu z Flotą Świnoujście. Wrocławianie przeszli w nim drogę z piekła do nieba, wyszarpując zwycięstwo w ostatniej akcji meczu.
W dwóch tegorocznych meczach piłkarze Śląska pokazał wielki charakter. Zarówno z Widzewem Łódź w lidze, jak i środowym meczu Pucharu Polski wrocławianie - używając bokserskiej terminologii - już na samym początku dostali mocny ogłuszający cios. Ale potrafili się podnieść i w końcówce pojedynku posłać rywala na deski.

W spotkaniu z Widzewem wrocławianie stracili bramkę w 11. minucie, ale nie załamali się. Rzucili się do odrabiania strat i po pięciu minutach wyrównali. A w 81. minucie wygraną zapewnił Waldemar Sobota.

Środowy mecz w Pucharze Polski miał jeszcze bardziej dramatyczny przebieg. Śląsk zgotował swoim fanom prawdziwy dreszczowiec. Już w 20. sekundzie stracił bramkarza Rafała Gikiewicza, który został ukarany czerwoną kartką, a dodatkowo rywale mieli jeszcze rzut karny, po którym Flota wyszła na prowadzenie.

Wrocławianie, mimo że grali w osłabieniu, nie zamierzali murować bramki i za wszelką cenę próbowali odrobić straty. W 23. minucie sztuka ta udała się Krzysztofowi Ostrowskiemu. Radość nie trwała jednak długo, bo 180 sekund później lider I ligi ponownie wyszedł na prowadzenie.

Kiedy w drugiej połowie, po czerwonej kartce dla Sebastiana Olszara, siły na boisku się wyrównały, mecz toczył się już pod dyktando Śląska. Wrocławianie grali bardzo ambitnie i za wszelką cenę próbowali odwrócić losy spotkania. Chwilę po zmianie stron wyrównał Waldemar Sobota, a decydujący cios w końcówce zadał Piotr Ćwielong, który zdobył zwycięskiego gola w ostatniej sekundzie, a właściwie już w półtorej minuty po doliczonym czasie gry.

Po końcowym gwizdku trener Floty Dominik Nowak wpadł na murawę i wdał się w dyskusję z sędzią Robertem Małkiem. Zarówno szkoleniowiec gości, jak i kapitan zespołu Grzegorz Kasprzik kipieli ze złości i mieli wielkie pretensje do arbitra, że nie skończył wcześniej spotkania.

- Głównym bohaterem tego spotkania był sędzia. Jeżeli po meczu mówi mi, że w momencie strzelenia bramki na jego zegarku była 94. minuta, a wszyscy doskonale wiemy, że bramka padła w 95. minucie, to co, ktoś cofa sobie zegarek w trakcie meczu? - irytował się na pomeczowej konferencji trener Nowak.

Ale jak powiedział nam jeden z arbitrów międzynarodowych, proszący o anonimowość, sędzia może doliczyć np. trzy i pół minuty, ale na tablicy świetlnej wyświetla się, że dolicza 3 minuty, bo sekund się nie wyświetla. W doliczonym czasie gry były faule, a poza tym zmiana. I wreszcie o wszystkim decyduje zegarek sędziego, a nie te telewizyjne czy trenerów. Dlatego teoretycznie Robert Małek mógł pozwolić rozegrać Śląskowi w końcówce rzut rożny, po którym padła bramka.

Oczywiście rozgoryczony trener Nowak mógł narzekać na sędziego, za sytuacje z ostatniej minuty. Problem w tym, że wcześniej decyzjami arbitra Małka czuli się wrocławianie. Nie wszyscy zgadzali się z tym, że faul Gikiewicza na Olszarze zasługiwał na czerwoną kartkę. Poza tym przy drugiej bramce strzelonej przez Krzysztofa Bodzionego zawodnik Floty zagrał piłkę ręką. Do czego w przerwie meczu przyznał się przed kamerami telewizji Orange.

Mecz był niezwykle dramatyczny i nawet tak doświadczony szkoleniowiec jak Stanislav Levy był wyjątkowo podekscytowany.

Levy: - Jako trener i zawodnik przeżyłem dużo meczów i sytuacji, ale czegoś takiego jeszcze nie. Spotkanie rozpoczęło się dla nas w najgorszy z możliwych sposobów. Odrabiając straty, mój zespół pokazał charakter, bo to nie jest łatwa sytuacja, kiedy przegrywa się 0:1 i musi się grać w tak trudnych warunkach. Po takim boju nie mam wyjścia i muszę komplementować grę swojego zespołu.

Więcej o:
Skomentuj:
Niebywały charakter ekipy trenera Stanislava Levego: Śląsk potrafi odwrócić losy meczu i wygrać!
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX