Cały Wrocław składa się na piłkarski Śląsk: I co dalej?

W sporze między władzami Wrocławia oraz Zygmuntem Solorzem pewne jest, że biznesmen nie przekaże już na Śląsk ani złotówki oraz uczyni wszystko, aby odzyskać miliony, jakie w klub zainwestował
Inwestycja Wrocławia oraz Zygmunta Solorza w piłkarski Śląsk przyniosła zaskakująco szybkie sukcesy sportowe, ale równocześnie spore straty finansowe. W efekcie mamy sytuację, w której obydwaj współwłaściciele atakują się, oskarżają i zaczynają wyciągać na siebie finansowe "kwity". I co gorsze - spór z każdym dniem się zaostrza.

Wzajemne rozliczenia, roszczenia finansowe współwłaścicieli zaczynają być tak skomplikowane, że przeciętny wrocławianin już dawno pogubił się we wszystkim. Ludzie widzą tylko, że przez ostatni rok miasto wpompowało w Śląsk 30 mln zł publicznych pieniędzy, i zadają sobie pytanie - dlaczego ratusz płaci, a Solorz nie?

Najprostsza odpowiedź brzmi: Solorz nie musi płacić, gdyż żadna z umów do tego go nie zobowiązuje.

Kiedy w 2009 roku miasto i biznesmen podpisywali dokument o inwestowaniu w Śląsk, obydwie strony zapisały w kontrakcie, że po równo będą finansować drużynę do końca 2011 roku. Od początku 2012 roku ciężar utrzymywania piłkarzy miała przejąć galeria handlowa. Galeria jednak nie powstała, a zgodnie z zapisem w umowie miliarder z początkiem 2012 roku przestał finansować klub.

Wszelkie prośby i groźby przedstawicieli miasta, apelujących do Solorza, aby dokładał się do budżetu Śląska, trafiają w próżnię. Widać, że w 2009 roku z jednej strony umowę podpisywał doświadczony biznesmen, a z drugiej prezydent samorządowiec. Solorz zadbał o swoje interesy, wychodząc z założenia, że nie interesuje go biznes, do którego tylko trzeba dokładać. Poza tym on płacił na Śląsk z własnej kieszeni, miasto z podatków wszystkich wrocławian.

A miasto w żaden sposób nie może wyegzekwować pieniędzy od miliardera. W umowie nie zabezpieczyło się na wypadek fiaska budowy galerii handlowej. Przez wiele miesięcy powtarzano tylko efektownie brzmiące hasło, że "galeria będzie dla Śląska finansowym wehikułem, który wprowadzi Śląsk na orbitę niedostępną dla innych polskich klubów piłkarskich". Później niektórzy złośliwie podsumowali te buńczuczne zapowiedzi, że "finansowy wehikuł Śląska wpadł w kosmiczną dziurę".

Miasto mogłoby postąpić tak jak Solorz i nie płacić na klub. Jednak dla prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza silny piłkarski Śląsk to nie tyle część promocji miasta, co przede wszystkim kluczowy element planu ożywienia ponad 40-tysięcznego stadionu. Ogromny obiekt za ponad 900 mln zł wybudowano nie tylko na Euro 2012, ale głównie z myślą o Śląsku.

Na wrocławskiej arenie nie dzieje się praktycznie nic poza meczami Śląska. I mniej ważne jest to, że pojedynki mistrza Polski nie przyciągają ostatnio tłumów widzów. Jest trochę tak, jak w dialogu z "Misia" Stanisław Barei: "Musi być jakieś życie na osiedlu" - więc dopóki gra tam Śląsk, istnienie obiektu ma jakiś sens. Stadion piłkarski bez drużyny stanie się martwym pomnikiem, za który i tak trzeba spłacić kilkaset milionów kredytu.

Co stałoby się ze Śląskiem, gdyby miasto nie przelewało milionów do jego kasy? Czy klub ogłosiłby upadłość i nie otrzymał licencji na grę w ekstraklasie? Śląsk wróciłby na stary stadion i grał w niższej klasie rozgrywkowej. Jednak taki scenariusz to klęska sportowa i wizerunkowa Wrocławia, do której na razie miasto nie dopuści.

Zygmunt Solorz absolutnie nie jest zainteresowany finansowaniem Śląska. Nie ma też innego prywatnego inwestora chętnego do przejęcia utrzymywania piłkarzy - to wiemy na pewno. Wszystko pozostałe jest wielką niewiadomą.