Piłkarzy Śląska dni prawdy: Mistrzów Polski czeka seria kluczowych meczów

Przed Śląskiem 17 dni, które pokażą, na co tak naprawdę w tym sezonie stać drużynę mistrza Polski. Po tych spotkaniach wrocławianie mogą mieć niemal zagwarantowane miejsce w europejskich pucharach lub tylko iluzoryczne szanse na ich osiągnięcie
Dla trenera Stanislava Levego to będą najcięższe tygodnie, odkąd objął drużynę z Wrocławia. W tym okresie Śląsk zmierzy się z bezpośrednimi rywalami do miejsca w Lidze Europejskiej.

Czyli z Górnikiem Zabrze, Polonią Warszawa i Lechią Gdańsk oraz dodatkowo dwukrotnie z Wisłą Kraków w półfinale Pucharu Polski.

Dwa warianty

Gdyby więc wszystkie te pojedynki rozstrzygnęły się dla mistrzów kraju korzystnie, to nie dość, że umocnieni psychicznie, dostaliby się na ligowe podium, to nadal mogliby liczyć na zdobycie kolejnego trofeum. Podopieczni czeskiego szkoleniowca w sposób istotny zmaksymalizowaliby więc swoje szanse na występ w Europie, a przy korzystnym zbiegu wypadków miejsce w niej mieliby niemal gwarantowane.

Byłoby tak, gdyby w finale pucharu zmierzyli się z warszawską Legią, która jednocześnie sięgnęłaby po mistrzostwo Polski. W takim wypadku, by zagrać w Lidze Europejskiej, Śląskowi wystarczyłby sam udział w finale. To wariant optymistyczny.

Z drugiej strony, przy realizacji negatywnego scenariusza, wrocławianie już teraz od pucharów mogą się oddalić na dystans nie do nadrobienia. Oczywiście szczególnie poprzedni sezon nauczył nas, by sportowych wyroków nie ferować zbyt pochopnie, lecz porażki z Górnikiem, Polonią czy Lechią oraz odpadnięcie z Wisłą mogłoby przerodzić się dla Śląska w istną sportową katastrofę. Podopieczni trenera Levego zamknęliby sobie drogę do Europy przez Puchar Polski, a w lidze musieliby liczyć na zbiorową niedyspozycję wielu rywali. Niedyspozycję mimo słabości ekstraklasy, w swej skali wręcz niemożliwą do osiągnięcia.

Zasłona spadła

Gdy szukam za kadencji czeskiego szkoleniowca okresu porównywalnie trudnego, to do głowy przychodzi mi jedynie końcówka rundy jesiennej, kiedy Śląsk był już po przegranej z Wisłą i pechowym remisie z Jagiellonią, a jeszcze przed meczami z Lechem i Legią Warszawa. Do tych ostatnich pojedynków zespół przystępował niemal z nożem na gardle, rozbity psychicznie po słabych wynikach i podzielony wewnętrznie po tzw. aferze alkoholowej z udziałem Patrika Mraza. Mistrzowie Polski w obliczu tamtych wyzwań pokazali sportowy hart ducha, oba ważne spotkania wygrali i przed zimą utrzymali rozsądny dystans do czołówki.

Mimo wszystko wydaje się, że dziś wrocławianie i ich czeski trener stoją przed wyzwaniem jeszcze trudniejszym. Po pierwsze, z każdym meczem ich szanse na ewentualne nadrobienie strat w lidze spadają, po drugie, pojedynki pucharowe błędów nie wybaczają wcale, po trzecie i chyba najważniejsze, inne są problemy, z którymi muszą się zmierzyć.

Tym razem nie chodzi bowiem o psychikę czy podziały w zespole. Chodzi o to, że Śląsk jest po prostu w słabej formie sportowej - znacznie gorszej niż wówczas, gdy miał mierzyć się z Lechem i Legią. Tamte spotkania poprzedziły wprawdzie występy frustrujące: niewykorzystane sytuacje i porażka w ostatniej minucie z Wisłą czy monstrualnie depresyjne od 3:0 do 3:3 z Jagiellonią. Ale piłkarsko nie wyglądały one tak źle.

Teraz jest inaczej - mistrzowie Polski w ekstraklasie prezentują się momentami rozpaczliwie słabo, a w miniony weekend zrzucili z siebie ostatnią zasłonę, za którą próbowali niemoc ukrywać. Po porażce z ostatnim w tabeli GKS Bełchatów ani piłkarze, ani ich trener nie mogą już zaklinać rzeczywistości i pouczać wszystkich dookoła, że choć grają źle, to przecież nie przegrali dziewięciu meczów z rzędu. W Bełchatowie zła forma pozostała, a dobra seria się skończyła. Nową trzeba budować od początku.

O swoją przyszłość

Inna niż pod koniec 2012 r. jest też sytuacja samego trenera Stanislava Levego. Po serii trzech remisów i porażce z GKS Czech po raz pierwszy mógł się dowiedzieć, że jego pozycja w klubie wcale pewna nie jest. A ludzie związani ze Śląskiem z coraz większym zdziwieniem przyglądają się jego poczynaniom.

Akurat nie ma znaczenia, że "Przeglądowi Sportowemu" powiedział to anonimowy członek rady nadzorczej. Takie przekonanie w klubie panuje dość powszechnie. Na Oporowskiej trener Levy ma wprawdzie opinię bardzo pracowitego, wykwalifikowanego i w przeciwieństwie do poprzednika łatwiejszego w kontaktach międzyludzkich, ale niektórymi decyzjami zadziwia. Szkoleniowiec uporczywie trzyma na boisku choćby Dalibora Stevanovicia, choć korzyści z jego gry zdaje się widzieć tylko on sam.

W istocie jednak sprowadzanie kłopotów Śląska do obecności na murawie Słoweńca jest niesprawiedliwością i uproszczeniem. Problemem nie jest bowiem sam Stevanović, ale to, że większość z jego kolegów prezentuje się poniżej swojego pewnego poziomu. Na razie czeskiemu trenerowi wiosną ani nie udało się reaktywować piłkarsko Sebastiana Mili, ani doprowadzić do lepszej dyspozycji któregoś z napastników, ani też znaleźć alternatywy, gdyby preferowane szybkie wymiany piłki jednak drużynie w konkretnym meczu nie wychodziły. Wrocławianie grają wprawdzie w defensywie nieco lepiej niż wcześniej, ale gole tracą nadal, i to z przeciętniakami.

W najbliższym czasie czeski szkoleniowiec powinien więc udowodnić, że z opresji potrafi wychodzić powtarzalnie, że warto zaufać jego wizji prowadzenia i rozwoju Śląska Wrocław. Trener Levy, którego kontrakt kończy się po sezonie, też gra bowiem o swoją przyszłość. Przy okazji dobrze byłoby, gdyby trener zaniechał powtarzania nawet półgębkiem, że jemu i drużynie działacze na ten sezon nie wyznaczyli celu awansu do europejskich pucharów. Nie musieli tego robić. Przecież oczywiste jest, że czeski szkoleniowiec nie został zatrudniony po to, by uczynić ze Śląska ligowego średniaka czy bronić go przed spadkiem z ekstraklasy.