Paradoks za miliony: Wrocław pompuje pieniądze w Śląsk, a klub i tak ma kłopoty

Inwestycja w piłkarski Śląsk udała się władzom Wrocławia świetnie. Sportowo. Bo finansowo przedsięwzięcie jest kolosalną porażką - miasto topi w zawodowym klubie dziesiątki milionów złotych, a i tak grozi mu upadłość.
Słuchając dziś prezydenta Rafała Dutkiewicza, można odnieść wrażenie, że piłkarski Śląsk odbył prawdziwą podróż w czasie i cofnął się do 2006 r. Wtedy miasto szykowało się do przejęcia klubu, a ogłaszając rewolucyjny plan, władze Wrocławia mówiły o konieczności uzdrowienia sytuacji w klubie, wyprowadzenia go na prostą i sprzedania bogatemu prywatnemu inwestorowi.

Minęło siedem lat. I znów prezydent Rafał Dutkiewicz powtarza te same zaklęcia, choć teoretycznie Śląsk takiego właściciela już ma. Jest nim jeden z najbogatszych Polaków, miliarder Zygmunt Solorz.

Choć przez te lata klub zmienił się nie do poznania, z zadłużonego drugoligowca stał się mistrzem Polski, który gra na nowym 40-tysięcznym stadionie, problem w tym, że ani wielkie sukcesy, ani Solorz sytuacji miasta i Śląska wcale nie poprawili. Finansowo jest gorzej niż w 2006 r. Wrocław musi płacić na klub coraz więcej, nie sprawuje nad nim żadnej kontroli, a z Solorzem wymienia się oskarżeniami. Szczytem marzeń władz Wrocławia jest to, aby Śląsk wreszcie ktoś odkupił.

Na Śląsk patrzą z podziwem

W Polsce na Śląsk i Wrocław patrzą z nieukrywanym zdziwieniem. Nigdzie indziej drużyna piłkarska nie osiągnęła tak spektakularnych sukcesów w tak krótkim czasie, notując kolejno awans do ekstraklasy, Puchar Ekstraklasy, wicemistrzostwo Polski, mistrzostwo Polski i wreszcie Superpuchar kraju. W żadnym innym mieście sportowa hossa i występy w europejskich pucharach nie nałożyły się jednocześnie z otwarciem nowego stadionu. Do tego z udziałem ponad 40 tys. ludzi na pierwszych meczach zespołu.

Żaden inny klub nie ma aż takiej przychylności władz miejskich. W zeszłym roku na zbliżonym poziomie co Wrocław swój klub wsparły jedynie Gliwice. Inne ekipy o zaangażowaniu miejskich pieniędzy na taką skalę mogą jedynie pomarzyć. Kraków, wciąż mający udziały w Cracovii, wspierał ją pieniędzmi absolutnie śladowymi. Poznań, podawany za przykład miejskiego uwielbienia dla Lecha, ze swoimi 300 tys. zł dotacji dla drużyny w porównaniu z Wrocławiem wypada wręcz śmiesznie.

- Kiedy namawialiśmy przedstawiciela magistratu na promocję miasta przez klub i symboliczne wsparcie finansowe, zostaliśmy wyśmiani. Urzędnik szczerze wypalił: "Ale po co mamy wam płacić, skoro i tak miasto macie w nazwie klubu i promujecie nas za darmo" - opowiada przedstawiciel klubu z ekstraklasy proszący o anonimowość.

We Wrocławiu taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Śląsk nie ma pieniędzy na transfery przed Ligą Mistrzów? Magistrat szybko przelewa mu 2,5 mln zł w ramach promocji miasta. Klub musi uregulować zobowiązania wobec byłego trenera Ryszarda Tarasiewicza? Natychmiast 1,5 mln zł z miejskiej kasy trafia na konto Śląska. Spółce piłkarskiej grozi upadek? Wrocław pożycza 12 mln zł na przetrwanie - 6 mln zł za siebie, drugie 6 mln zł za miliardera Zygmunta Solorza.

Ważniejsze od życia i śmierci

Władze miasta chyba nie do końca zadawały sobie sprawę, na co się porywają, angażując w piłkarski biznes. Rafał Dutkiewicz wprawdzie sprawnie posługiwał się bon motem, że "futbol nie jest sprawą życia i śmierci, tylko czymś znacznie ważniejszym", ale piłkarski biznes, w który inwestował miejskie pieniądze, był dla niego nowością.

Na początku poruszanie się w środowisku piłkarsko-biznesowym szło miastu znakomicie. Ratusz przejął Śląsk dzięki sprytnemu sojuszowi z jednym z udziałowców, Andrzejem Mazurem. Ten po zawarciu tajnego porozumienia skupował w imieniu Wrocławia akcje klubu od innych udziałowców. I - jak zakładał plan - odsprzedał je miastu. Potem jednak było już znacznie gorzej, a pierwszym ostrzeżeniem była dla miasta nieudana fuzja Śląska z Groclinem Zbigniewa Drzymały z 2008 r.

Wtedy niespodziewanie dla prezydenta okazało się, że potencjalny partner może być zapalonym fanem futbolu, ale równocześnie zimnym biznesmenem. O klęsce fuzji negocjowanej przez wiele miesięcy Dutkiewicz mówił: - Wyszło, że Wrocław za 20 mln kupuje Zbigniewa Drzymałę. Mówiąc delikatnie, to trochę za drogo. Od początku pewien problem tej fuzji polegał na tym, że kiedy pierwszy raz jechałem na rozmowę ze Zbigniewem Drzymałą, to myślałem, że to on kupi Śląsk. Na miejscu okazało się, że on chce, aby kupić jego.

W porównaniu z problemami we współpracy z Zygmuntem Solorzem to było jednak nic. Dopiero tutaj władze Wrocławia przekonały się, co to znaczy mieć do czynienia z potężnym biznesmenem, bezwzględnym graczem. Gdy prezydent i jego współpracownicy bardzo optymistycznie podchodzili do projektu galerii handlowej mającej utrzymywać klub, twórca Polsatu potraktował wszystko bez żadnych emocji, zabezpieczając w umowach głównie swój interes. Jak w każdym ze swoich rozlicznych biznesów. Galerii nie ma, miasto, będąc mniejszościowym udziałowcem, utrzymuje Śląsk, a bez zgody miliardera w klubie niczego nie może zmienić.

Po latach widać, że biznesową umowę w Śląsku podpisywali samorządowiec polityk i bezwzględny rekin biznesu.

Więźniowie sukcesu

Problemów Śląska nie pomagają rozwiązać sportowe sukcesy i nowy stadion. Niestety, wbrew temu, co zakładał, triumfy nie przyciągnęły do klubu wielu nowych sponsorów i kibiców na trybuny. Śląsk nie skupia się - jak niegdyś obiecywano - na szkoleniu młodzieży. Piłkarzy ściągano z zewnątrz, bo działała presja sukcesu. Płaci się im astronomiczne pensje, wydając na nie prawie 80 proc. budżetu. To prosta droga do katastrofy.

Mistrzostwo Polski i występy w europejskich pucharach nie przyciągnęły nowych kibiców. Frekwencja sięga 14,5, tys. widzów, ale do zakładanych niegdyś 25 tys. nadal klubowi daleko. Stadion jako motor napędowy i faktyczny powód zaangażowania miasta w Śląsk też na razie głównie kłopoty generuje, zamiast je rozwiązywać. Miasto musi spłacać 500 mln zł kredytu zaciągniętego na jego budowę, utrzymywać operatora obiektu i drużynę.

Bez zaangażowania miasta nie byłoby wspaniałych triumfów, jakie ostatnio stały się udziałem Śląska. Jednych z największych w historii tego klubu. Ale gdyby dziś cofnąć czas do 2006 r., nie byłoby pewności, czy mając dzisiejszą wiedzę, prezydent Rafał Dutkiewicz zdecydowałby się zainwestować w piłkarski klub.