Mistrz upokorzony w Lubinie: Zagłębie zrewanżowało się Śląskowi za klęskę sprzed dwóch lat

Zagłębie bardzo chciało pokonać Śląsk i zrewanżować się za upokarzającą porażkę z poprzedniego pojedynku obu drużyn w Lubinie. Zrobiło to z nawiązką, deklasując mistrza Polski aż 4:0.
Zagłębie na wygraną nad Śląskiem u siebie czekało wprawdzie 17 lat, ale z tego okresu najboleśniejsze było chyba ostatnie 538 dni. Dokładnie tyle minęło bowiem od wygranej wrocławian 5:1 w Lubinie i przy okazji debiutu w zespole gospodarzy trenera Pavla Hapala.

Jesienią 2011 roku czeski szkoleniowiec, zawodnicy i kibice Zagłębia musieli oglądać na swoim boisku triumfującego regionalnego rywala - rywala, który potem sięgnął zresztą po tytuł mistrza Polski. Wczoraj lubinianie wzięli na Śląsku srogi rewanż za tamten pogrom, swojego przeciwnika piłkarsko upokorzyli i zafundowali mu najwyższą porażkę w sezonie oraz jednocześnie pod wodzą trenera Stanislava Levego.

Ten wynik to osobisty sukces Pavla Hapala, który w ciągu półtora roku potrafił Zagłębie odmienić fundamentalnie - z zespołu wystraszonego i słabego przemienił go w ekipę wprost deklasującą wrocławian.

- Kiedy przejmowałem drużynę, to ona była zdemolowana, przegrywała wiele meczów z rzędu. Teraz to zupełnie inny zespół. Już przed spotkaniem wiedziałem, że na pewno nie powtórzy się nam to samo, co podczas mojego debiutu. Teraz ze Śląskiem zaprezentowaliśmy się bardzo dobrze, choć mieliśmy tylko 40 procent posiadania piłki. Zagraliśmy szybko, konsekwentnie, uważnie i cierpliwie, a przy tym strzeliliśmy cztery bramki. Wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni, bo to ważny mecz dla całego klubu i jego kibiców - mówił Hapal.

Jego Zagłębie było podczas pojedynku jak Śląsk z roku 2011, czyli bardzo skuteczne, a jednocześnie solidne w defensywie. Dobry mecz rozgrywał krytykowany dotąd bramkarz Michał Gliwa, wartość zespołu podniósł wracający do jedenastki kapitan Adam Banaś, a defensywny pomocnik Jiri Bilek skutecznie uprzykrzał życie liderowi Śląska Sebastianowi Mili.

Nade wszystko Zagłębie miało w swoich szeregach bohatera spotkania Macieja Małkowskiego. Skrzydłowy Zagłębia strzelił mistrzowi Polski dwie bramki: jedną po błędzie wrocławskiej defensywy, drugą po akcji indywidualnej. Poza tym miał też udział przy bramce trzeciej. Po jego uderzeniu błąd popełnił Marian Kelemen, który odbił piłkę przed siebie, a do siatki skierował ją Michal Papadopulos. Dzieła zniszczenia w końcówce meczu dokonał Robert Jeż.

Zagłębie, szczególnie napędzone prowadzeniem, stworzyło jeszcze wiele innych sytuacji, a wygrać mogło jeszcze wyżej. Nie tylko w trakcie, ale i po spotkaniu można było odnieść wrażenie, że jego piłkarze spotkanie ze Śląskiem potraktowali ze śmiertelną powagą, im naprawdę zależało na zwycięstwie - wysokim, przekonującym, godnym zapamiętania.

Dla odmiany wrocławianie, choćby solennie zaprzeczali, w pewnym sensie byli już myślami przy czwartkowym meczu u siebie z Legią Warszawa w finale Pucharu Polski. Dla nich to ten pojedynek, a nie derbowy mecz z Zagłębiem, jest wręcz spotkaniem sezonu, bojem, na którego wygraniu zależy im maksymalnie. Wysoka porażka w Lubinie jest wprawdzie dla mistrzów Polski bolesna, lecz równocześnie zdają sobie oni sprawę, że przy zdobyciu krajowego pucharu pozostanie jedynie epizodem mającym znaczenie tylko regionalne.

Tymczasem wrocławianie chcą osiągnąć coś na arenie krajowej czy zakwalifikować się na sceny europejskie. Kłopot w tym, że wysoką przegraną podopieczni trenera Levego skomplikowali sobie sytuację w lidze, a w takiej formie, jak w niedzielę, w Polsce czy Europie absolutnie nie mają czego szukać.

Zagłębie Lubin - Śląsk Wrocław 4:0

Bramki: 1:0 - Maciej Małkowski (34.), 2:0 - Maciej Małkowski (58.), 3:0 - Michal Papadopulos (77.), 4:0 - Robert Jeż (84.)

Zagłębie: Gliwa - Nhamoinescu Ż, Banaś, Tunczew, Widanow - Małkowski, Bilek (74. Godal), Jeż, Woźniak (71. Hanzel), Pawłowski Ż (83. Błąd) - Papadopulos

Śląsk: Kelemen - Pawelec, Kokoszka Ż, Kowalczyk Ż, Ostrowski - Sobota, Stevanović (65. Cetnarski), Mila, Kaźmierczak (61. Elsner), Ćwielong - Ł. Gikiewicz (83. Mouloungui).