Dwa mecze w finale Pucharu Polski: Patologia, ale i wielka szansa [OPINIA]

Piłkarze i trenerzy zarówno Śląska, jak i Legii Warszawa wściekają się, że w tym sezonie o zdobyciu Pucharu Polski zadecydują dwa, a nie jedno spotkanie. Mają rację, choć z tej patologii dla klubów zrodziła się pewna szansa
Powiedzmy od razu otwarcie: gdyby Polska była sportowo normalnym krajem, to finał krajowego pucharu powinien odbywać się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Tak dzieje się choćby w Anglii czy Niemczech, gdzie spotkania rozgrywane są odpowiednio na legendarnym Wembley czy Stadionie Olimpijskim w Berlinie, a pojedynkom towarzyszy oprawa godna prawdziwego święta.

Zresztą przejawów normalności wcale nie trzeba szukać tam, gdzie piłkarsko wyprzedzają nas o lata świetlne. Przecież choćby w Albanii, gdzie w zeszłym sezonie pracował obecny trener Śląska Stanislav Levy, mecz finałowy krajowego pucharu odbywał się na Stadiumi Qemal Stafa - czyli obiekcie mającym status narodowego. W tym wypadku nie ma znaczenia, że pojedynek Skenderbeu Korcze z K.F Tirana oglądało tam 5 tys. ludzi. Chodzi o zasadę, której jak widać, nawet po Euro 2012 u siebie wprowadzić nie potrafimy.

I na to właśnie wściekają się zarówno piłkarze, jak i trenerzy i Śląska Wrocław, i Legii Warszawa. Im marzy się jedno spotkanie w pięknej oprawie, na pięknym stadionie, z kompletem publiczności. Wówczas nie trzeba byłoby kombinować, jak zagrać pierwszy mecz, a jak rewanż, wówczas pojedynek finałowy niemal na pewno odbywałby się w możliwie najsilniejszych składach. A tak wcale być nie musi, skoro zagrożonych pauzą w drugim pojedynku w Warszawie jest aż 14 piłkarzy - ośmiu ze Śląska i sześciu z Legii Warszawa. Bardzo ciekawe, jak sobie z tym problemem poradzą.

Jednocześnie jednak, jeśli finału Pucharu Polski z jakichś wciąż niezrozumiałych dla przeciętnego obserwatora przyczyn nie jesteśmy w stanie zorganizować na Stadionie Narodowym, to lepiej, że o trofeum zadecydują dwa spotkania. Szczególnie cenny to prezent dla Śląska, który od dłuższego czasu ma problem z frekwencją, a przeciętnie wynosi ona około 14 tys. osób. Dzięki takiej formie rozgrywania finału wrocławianie dostali niemal gratis hitowe wydarzenie, które na powrót pozwoli im powalczyć o kibica, który do tej pory na stadion się nie wybrał.

Teraz, w obliczu pojedynku z renomowanym rywalem i o krajowe trofeum, będzie do tego skłonny. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można bowiem powiedzieć, że takiego spotkania już na Stadionie Miejskim nigdy nie będzie.

Już przed meczem jeden z kolegów był świadkiem sytuacji, kiedy jeden z kibiców kupował trzy bilety: jeden dla siebie, a dwa pozostałe dla swoich rodziców. Z PESEL-u wprost wynikało, że to ludzie ponad 60-letni, którzy - jak przyznał kibic - na meczu Śląska nigdy nie byli. Takich przypadków prawdopodobnie jest zdecydowanie więcej, sądząc po tym, że bilety na spotkanie rozchodzą się bardzo szybko, a dopuszczalna pojemność 37 tys. kibiców (na tyle Śląsk zgłosił swój ponad 43-tysięczny stadion), niemal na pewno zostanie osiągnięta. W ten sposób klub zarobi na biletach, a piłkarze będą grać w dobrej atmosferze - na pewno lepszej, niż gdyby jeden mecz finałowy miał się odbyć w Kielcach czy Bydgoszczy, jak miało to miejsce sezon i dwa sezony temu.

Początek meczu we Wrocławiu w czwartek o godz. 18.30. Rewanż 8 maja w Warszawie

Śląsk Wrocław, Legia Warszawa, finał Pucharu Polski