Najgorszy mecz Śląska w sezonie, najsłabsza frekwencja w historii stadionu: Tylko Ćwielong znów niezawodny

Przy najgorszej frekwencji i po jednym z najsłabszych meczów w historii nowego Stadionu Miejskiego Śląsk wygrał z Pogonią Szczecin 1:0. Wrocławian znów w samej końcówce uratował niezawodny wiosną Piotr Ćwielong, dzięki czemu Śląsk awansował na trzecie miejsce w tabeli
Mistrzowie Polski wykorzystali swoją szansę, znów strzelili bramkę w końcówce i dlatego mogą być z siebie zadowoleni - tylko dlatego, że zagrali absolutnie koszmarnie i tej oceny wynik zmienić nie może.

Jeśli patrzeć tylko na boisko, a nie na tabele, przeciętnemu kibicowi zapewne trudno byłoby zresztą uwierzyć, że mecz Śląska z Pogonią miał taką wagę. W końcu gospodarze walczyli w nim o wejście na trzecie miejsce, a goście o utrzymanie w ekstraklasie.

Tymczasem poziom większej części meczu, jeśli można użyć takiego określenia, był po prostu przerażający. I chyba mimo wszystko należy mieć o to pretensje głównie do piłkarzy mistrza Polski. Przecież Pogoń słaba jest nie od wczoraj, przecież w tej rundzie wygrała tylko jedno spotkanie, przecież straciła najwięcej bramek, napastników w tym zespole praktycznie nie ma.

Śląsk kadrowo na tle rywali prezentuje się znacznie lepiej, nawet jeśli trener Stanislav Levy musiał z uwagi na finałowy rewanż z Legią nieco w składzie pomieszać.

Nawet jednak z nową parą stoperów, Jakubem Więzikiem w ataku czy z Marcinem Kowalczykiem w roli defensywnego pomocnika, wrocławianie powinni zagrać lepiej. To, co zaprezentowali przez długie momenty, to po prostu wstyd. A cały mecz dowiódł jednoznacznie, że dopominanie się o szanse dla takich - na nasze standardy młodych - zawodników jak właśnie 22-letni Więzik to nieporozumienie. I nie chodzi nawet o to, że w 9. minucie zmarnował on idealną sytuację, gdzie pozostawało tylko trafić w bramkę. Chodzi o całokształt.

Więzika usprawiedliwia jeszcze jakaś debiutancka trema, nieogranie w lidze. Jego doświadczonych kolegów i trenera Levego nie usprawiedliwia nic. Decyzje czeskiego szkoleniowca były zaskakujące. Dlaczego na pozycji pomocnika wystawił Marcina Kowalczyka (i tak spisał się on relatywnie dobrze), skoro w odwodzie miał bardziej kreatywnego Mateusza Cetnarskiego? Dlaczego statycznego Więzika zamienił podobny w stylu gry Łukasz Gikiewicz? Dlaczego na boisku tak późno pojawił się nieco dynamiczniejszy Eric Mouloungui, skoro najgorszy na boisku był Sylwester Patejuk?

Pytania i wątpliwości można mnożyć. Faktem jest, że mimo tragicznej gry i dyspozycji Śląsk ostatecznie Pogoń pokonał. Wrocławianie zrobili to dzięki kolejnej akcji dwóch rezerwowych w samej końcówce spotkania. Najpierw Mouloungui popędził prawym skrzydłem, a potem po jego podaniu akcję zamknął zbiegający z lewej flanki Piotr Ćwielong. Dla niego był to już siódmy gol w lidze i potwierdzenie, że w tej rundzie jest bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem wrocławian.

Śląsk, wykorzystując słabość rywali, czyli w pojedynku bezpośrednim Pogoni, a w korespondencyjnym Górnika Zabrze, awansował na podium w piłkarskiej ekstraklasie i poprawił sobie nieco samopoczucie po laniu w Lubinie i bolesnej porażce z Legią w finale Pucharu Polski.

Sportowo mistrz Polski nie poprawił się jednak wcale. Jeśli wczoraj na Stadionie Miejskim jego mecz oglądało rekordowo mało, bo nieco ponad 9 tys. kibiców, to na kolejnym meczu może być ich mniej. Naprawdę trudno oczekiwać, że przy takiej grze na ogromny stadion przyjdzie więcej ludzi, niż przychodziło na kameralny obiekt przy Oporowskiej. Chyba że w Warszawie w środę stanie się cud i Śląsk zdobędzie Puchar Polski. Pod każdym względem wydaje się to praktycznie niemożliwe.