Marco Paixao, portugalski napastnik Śląska: Zaczynałem grać w tym samym klubie co Mourinho

Zaczynałem grać w tym samym klubie, w którym występował kiedyś Jose Mourinho. Do dzisiaj wszyscy w naszym miasteczku Sesimbra mówią: ?To u nas w piłkę grał The Special One? - opowiada Portugalczyk Marco Paixao, nowy napastnik Śląska Wrocław
Dawid Antecki: Gdyby miał pan opisać siebie wrocławskim kibicom.

Marco Paixao: Pochodzę z Sesimbry położonej niedaleko Lizbony. To niewielkie miasteczko nad Oceanem Atlantyckim. Od dziecka byłem związany z piłką nożną. Dzięki niej poznałem wielu fantastycznych ludzi. Sam też staram się być uprzejmy dla wszystkich. Mam w sobie mnóstwo pokory. Nie lubię konfliktów. Wiem, kiedy jest czas na zabawę i śmiech, a kiedy trzeba intensywnie pracować. Wyznaję zasadę, że jeśli ja dam coś od siebie drugiemu człowiekowi, to on odpłaci się tym samym. Nigdy nie sprawiałem nikomu żadnych problemów, zawsze skupiam się tylko na jak najlepszej grze w piłkę. Co ciekawe, zaczynałem grać w GD Sesimbra, tym samym klubie, w którym występował kiedyś Jose Mourinho. Występował wówczas jako środkowy obrońca. Do dzisiaj wszyscy w naszym miasteczku mówią: "To u nas w piłkę grał The Special One".

Przed transferem do Polski z kimś się pan konsultował?

- Dużo dobrego zarówno o waszym kraju, jak i o Śląsku opowiadał mi bramkarz Ethnikosu Arek Malarz. Miałem wiele ofert z Grecji, Cypru czy Izraela, ale mimo to zdecydowałem się na transfer do Polski. Wiedziałem, że Śląsk będzie rywalizował w Lidze Europy, a rok temu był mistrzem kraju. Zresztą od kilku sezonów znajduje się w krajowej czołówce. Dodatkowo przekonał mnie wrocławski stadion - jest niesamowity. Grałem na wielu obiektach, ale ten tutaj robi ogromne wrażenie. Pamiętam swoje mecze na Celtic Park [stadion Celticu Glasgow - przyp. red.] albo Ibrox Stadium [stadion Glasgow Rangers - przyp. red.]. Tamte budowle mają więcej przestrzeni, natomiast stadion Śląska ma taką konstrukcję, dzięki której wydaje się czuć atmosferę nie tylko na trybunach, ale i na murawie.

Znam też kilku piłkarzy z waszego kraju: Lewandowskiego, Dudka. Dobrze pamiętam też Artura Boruca. Grałem przeciwko niemu w lidze szkockiej. Przypominam sobie mecz na stadionie Celticu, kiedy wybronił mi stuprocentową okazję.

Zdobył pan bramkę w swoim debiucie, a wrocławscy kibice uwierzyli, że wreszcie mają napastnika z prawdziwego zdarzenia.

- Słyszałem, że ktoś po meczu chwalił mnie za strzeloną bramkę w debiucie. Ale czy to naprawdę jest takie fajne? Dla każdego napastnika najważniejsze jest, aby strzelać gole. I nie jest ważne, czy podczas treningu, sparingu czy w spotkaniu o punkty. Gol to motywacja do tego, aby zdobyć ich jeszcze więcej. Zawsze powtarzam, że sztuką dla napastnika jest, aby dobrze rozpocząć swoją przygodę w klubie, jak i ją zakończyć. Mam nadzieję, że z każdym kolejnym meczem zarówno koledzy z zespołu, jak i kibice będą mogli powiedzieć: "Ten Portugalczyk jest naprawdę dobry".

Jak wrażenia po pierwszych treningach w Śląsku?

- Zdumiewające było dla mnie podejście piłkarzy Śląska do treningów. Wszyscy są niesamowicie skoncentrowani, każdy gra na sto procent, nie odstawia nogi. Mentalność zwycięzcy zaczyna kształtować się już na treningach. Dodatkowo ta atmosfera w drużynie. Wszyscy są niezwykle życzliwi. Dla nowych piłkarzy to połowa sukcesu, aby dobrze wkomponować się w drużynę i być dobrze odebranym. Myślę, że nowi piłkarze w Śląsku, a szczególnie obcokrajowcy, nigdy nie mieli z tym problemów. W szatni jest dużo śmiechu, wszyscy ze sobą wesoło rozmawiają. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Sebastian Mila, który na pierwszych zajęciach podszedł i powiedział: "Jeśli będziesz czegoś potrzebował, po prostu powiedz. Pomogę ci". A wiem, że Mila to wielki zawodnik w historii tego klubu.

Rozmawialiście już z Milą o wykonywaniu rzutów wolnych? Pan też podobno nieźle radzi sobie w tym elemencie gry.

- Jestem tu dopiero tydzień. Nie zamierzam wchodzić Sebastianowi w drogę (śmiech ). A tak na poważnie, szanuję to, że to on jest egzekutorem rzutów wolnych i nie zamierzam mu w tym przeszkadzać. Widziałem, że robi to bardzo dobrze. Być może też dostanę szansę, aby zademonstrować swoje umiejętności. A może jak koledzy z drużyny poznają mnie lepiej, to sami zaproponują mi wykonywanie rzutów wolnych?

Jak układa się współpraca z trenerem Levym?

- To człowiek, który poświęca swoim zawodnikom dużo czasu. Często rozmawia ze mną, z Sebino Plaku i Dudu Paraibą. Dzięki niemu po tych kilku treningach poczułem się jak w domu. Cieszę się, że trener podobnie jak ja ma mentalność zwycięzcy. Ale żeby odnieść sukces, nie wystarczą tylko przyjemne kontakty, trzeba też wykonać wiele ciężkiej pracy.

To pana pierwszy raz w Polsce? Podobno kilka miesięcy temu otrzymał pan ofertę z drugoligowej Bytovii Bytów.

- Skąd? Jestem w waszym kraju po raz pierwszy. Kilka dni temu dowiedziałem się, że w tutejszych mediach krąży informacja o testach w którymś z zespołów z niższej ligi. Nigdy nie słyszałem o tej drużynie. W piłce nożnej już tak jest, że krąży mnóstwo nieprawdziwych informacji. Niedawno ktoś w Izraelu podał, że podpisałem kontrakt z jednym z tamtejszych klubów. Tymczasem fakty były zupełnie inne. Parę dni później znalazłem się tutaj, we Wrocławiu.

Śląsk był jedynym polskim klubem, który złożył ofertę?

- Słyszałem, że Legia Warszawa również mi się przygląda, ale to Śląsk był najbardziej konkretny. Oczywiście jak to bywa w przypadku negocjacji, były długie, ale ostatecznie doszliśmy do porozumienia. Z Legią było tak, że ktoś tam powiedział: "Jesteś na liście życzeń trenera", ale nic z tego wynikało. Chcę pracować z ludźmi, którzy siadają do rozmów, a nie przeciągają tematu.

Poza Portugalią Polska to już piąty kraj, w którym będzie pan grał. Trochę zwiedził pan piłkarskiego świata?

- Faktycznie, zwiedziłem wiele krajów, z których wywiozłem niezły bagaż doświadczeń. Najwięcej jednak dał mi chyba okres w FC Porto. Trenowałem tam z piłkarzami, których wcześniej oglądałem tylko w telewizji. Będąc tam, uświadomiłem sobie, że nieważne kim jesteś, trzeba pozostać sobą i być normalnym człowiekiem. Lisandro Lopez, McCarthy, Quaresma, Raul Meireles - wszyscy byli gwiazdami, ale nikt nigdy nie dał odczuć, że jest ponad kimś. W Portugalii jest tak, że jeśli masz talent, to FC Porto jest najlepszą opcją do wyboru dla młodego zawodnika. Doskonałe zaplecze, rewelacyjny sztab trenerski i przebywanie z wielkimi gwiazdami futbolu, od których można naprawdę wiele się nauczyć. Wtedy pierwszy zobaczyłem, że tak wielki piłkarz jak Raul Meireles potrafi przyjść na trening godzinę wcześniej i kończyć go godzinę później. Meireles to mój dobry przyjaciel. Zawsze wołałem na niego "Beckham junior". Dokładność jego podań zawsze była niewyobrażalna! Pamiętam też sytuacje, jak do szatni drużyny rezerw przychodzili Benny McCarthy oraz Ricardo Costa i robili żarty młodym zawodnikom. To sprawiało, że między nami - zawodnikami rezerw, a nimi - wielkimi gwiazdami nie było żadnych barier.

A gra w Szkocji?

- Podobnie jak w Portugalii każdy z nas wiedział, że dzięki ciężkiej pracy można trafić do lepszego klubu. Przekonałem się o tym w szkockim Hamilton. Grał wtedy z nami James McArthur. Ten sam, który teraz jest zawodnikiem Wigan i biją się o niego największe kluby Premier League na czele z Manchesterem United i Tottenhamem. W tamtym czasie był przeciętnym piłkarzem. Jak usłyszałem, że przechodzi do Anglii, to nie mogłem uwierzyć. To tylko dowodzi tego, że jeśli tylko chcesz, to możesz osiągnąć wysoki poziom. Ważne jest twoje podejście i odpowiednie otoczenie, w którym możesz podnosić swoje umiejętności.

Najwięcej kontrowersji budzi pana transfer do Iranu. Wybrał pan jeden z najbardziej niebezpiecznych regionów na świecie.

- Trafiliśmy tam z bratem Flavio przez grupę naprawdę dziwnych menedżerów. Chcieliśmy zaliczyć sportowy awans, dostać się do lepszej drużyny niż Hamilton i skupić się na grze. Tymczasem nasi agenci skupili się na zupełnie czymś innym - na pieniądzach. Na domiar złego byliśmy związani kontraktami z tymi ludźmi i w pewnym momencie pozostało nam wyjechać na Bliski Wschód albo czekać i szukać innego kierunku. I tak wylądowaliśmy w Iranie. Ja trafiłem do Naft Teheran, a brat do Tractor Sazi. Teraz dziękujemy Bogu, że nasze kontrakty z tymi ludźmi już się skończyły, bo prawdopodobnie zniklibyśmy z piłkarskiego świata.

Przeskok ze Szkocji do Iranu musiał być niewyobrażalny.

- Wszystko tam było dla mnie szokiem. Różnice kulturowe i religijne, pogoda. Pamiętam, jak pojechaliśmy na mecz na południe kraju. Graliśmy w 50-stopniowym upale. Miałem takie uczucie, jakbym biegał po otwartej przestrzeni i brakowało mi powietrza. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Jeszcze więcej traumatycznych przeżyć miał Flavio, który przeżył trzęsienie ziemi, a potem mieszkał dwa dni na ulicy. Jego dom był na tyle uszkodzony, że mógł runąć w każdej chwili. Brat nadal gra w irańskim klubie, bo obowiązuje go jeszcze kontrakt, ale wiem, że z niecierpliwością czeka już na jego koniec. Ja też kiedyś odliczałem dni do końca swojej umowy w Iranie.