Śląsk nie może zależeć tylko od Sebastiana Mili i Waldemara Soboty

Śląsk zagrał ledwie trzy spotkania w tym sezonie, a już zdążył pokazać przynajmniej trzy różne oblicza. Ciekawe, które z nich wrocławianie zaprezentują w pierwszym meczu ligowym u siebie z Jagiellonią Białystok. Początek w niedzielę o godz. 18.
Śląsk mocny, przeciętny i słaby - taki obraz gry podopiecznych trenera Stanislava Levego widzieliśmy w dotychczasowych pojedynkach odpowiednio z Rudarem Pljevlja u siebie, Koroną i Kielce na wyjeździe i znów z Rudarem w Czarnogórze.

W tym ostatnim wypadku chodzi oczywiście szczególnie o drugą połowę spotkania, kiedy wrocławianie stracili dwie bramki. Klasowa drużyna nie powinna była dać sobie wyrwać pewnego zwycięstwa i wbić dwóch goli przez zespół przypominający raczej te występujące u nas w niższych ligach. To po prostu straszne, że Śląsk bez Sebastiana Mili i Waldemara Soboty na boisku momentami był słabszy od piątej drużyny ligi czarnogórskiej.

Oczywiście wrocławianie mogą się bronić, że meczu w Podgoricy, bez względu na jego wynik, i tak nikt za chwilę nie będzie pamiętał, że najważniejsze boje z Club Brugge dopiero przed nimi. To prawda. Prawdą jest jednak również to, że jeśli cokolwiek wiemy o drużynie po trzech pierwszych meczach sezonu, to to, iż mi mimo transferów, roszad kadrowych i zmiany sposobu gry nadal uzależniona jest właśnie od wspominanej dwójki. Było to widać tak przez cały poprzedni sezon, jak i przez fragmencik już trwającego. Kiedy Mila i Sobota napędzali akcje Śląska przeciwko Rudarowi we Wrocławiu, skończyło się pewnym i efektownym 4:0. Kiedy wypadli nieco słabiej w spotkaniu z Koroną, był tylko bezbramkowy remis. Kiedy wreszcie zabrakło ich na boisku w drugiej części gry w Czarnogórze, koledzy po prostu przestali grać w piłkę. Problem zespołu jest więc tak naprawdę większy niż tylko brak pola manewru, na który po raz kolejny skarżył się trener Stanislav Levy. Oczywistym jest, że Czech niezależnie od dokonanych transferów zastępcy Mili nie znajdzie, a i brak Soboty będzie mu ciężko zrekompensować. Szkoleniowiec musi jednak albo nauczyć swój zespół grać bez obu piłkarzy, albo przynajmniej sprawić, by do ich poziomu doskoczyło jeszcze kilku piłkarzy. Tak było w zeszłym sezonie, kiedy "wypalili" Piotr Ćwielong, Marcin Kowalczyk czy krótkimi momentami Łukasz Gikewicz. Pierwszy stał się najlepszym strzelcem drużyny, drugi piłkarzem najlepszym w defensywie, a trzeci od czasu do czasu dołożył jakąś ważną bramkę. Teraz Levy ludzi o podobnym potencjale musi znaleźć szybko. Pierwszym kandydatem do tego jest Marco Paixao, który strzelił już trzy, choć niezwykle łatwe bramki. Na razie jednak trudno równie dobrze ocenić grę Sebino Plaku, Tomasza Hołoty czy choćby Sylwestra Patejuka. Niestety dla Śląska, wymienieni zawodnicy, ale także wszyscy ich koledzy, w okolicę poziomu Mili czy Soboty muszą doskoczyć bardzo szybko. Oczywiście o ile chcą na serio powalczyć z Club Brugge.

Nim jednak wrocławianie zmierza się z Belgami, to czeka ich niedzielny pojedynek z Jagiellonią. Zapewne ciekawy, zapewne trudny, zapewne potrzebny. Lepiej, by po nim wrocławianie pozostawili po sobie wrażenie takiej siły jak po rozbiciu Rudaru niż wrażenie takiej słabości jaka pozostała po drugiej połowie rewanżu.

Mecz Śląsk - Jagiellonia Białystok w niedzielę o godz. 18 na Stadionie Miejskim. Relacja na wroclaw.sport.pl i na naszym Facebooku.