Niemożliwy Śląsk Wrocław. Wrocławianie pokonali Club Brugge!

To był najpiękniejszy piłkarski wieczór we Wrocławiu od lat. Śląsk był lepszy, pokonał Club Brugge 1:0 i ma nadzieje na awans do IV rundy eliminacji Ligi Europy.
Śląsk z polskich drużyn grających w tej fazie europejskich pucharów wylosował przeciwnika bezsprzecznie najsilniejszego. I bezsprzecznie w całym meczu zaprezentował się lepiej od Legii i od Lecha. Wrocławianie nie tylko nie przestraszyli się belgijskiego Club Brugge. Oni byli po prostu od przeciwnika lepsi piłkarsko.

Podopieczni trenera Stanislava Levego grali aktywnie, ale przede wszystkim mieli na ten mecz jakiś plan. Po pierwsze, wrocławianie wykorzystali fakt, że bramkarz rywali Mathew Ryan w zasadzie nie wykopywał piłki daleko od własnego pola karnego, a grał do najbliższego obrońcy. Wówczas do zawodnika Brugge doskakiwał zawodnik Śląska, a reszta "zakładała" Belgom pressing, dusząc ich atak już w zarodku. W ofensywie Śląsk grał do szeroko ustawionych skrzydłowych: Waldemara Soboty i najczęściej Dudu Paraiby. Lewy obrońca wrocławian był ultraofensywnie ustawiony, a często asekurował go boczny pomocnik Sebino Plaku.

Efektem tego były dwie żółte kartki bocznych obrońców Brugge: Toma Hogliego i Laurensa De Bocka. Ten ostatni na pewno po pierwszej połowie będzie pamiętał nazwisko Waldemara Soboty, który parokrotnie minął go jak slalomową tyczkę. W przerwie De Bock został zmieniony.

W 39 minucie taki rajd Soboty skończył się groźnym strzałem, obronionym przez Ryana. Wcześniej, najlepszą sytuację dla gospodarzy miał Marco Paixao, który przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem Belgów. Słowem jeśli czegoś Śląskowi brakowało to głównie bramek.

Na początku drugiej połowy Brugge pokazało, że żartów nie ma. Belgowie podeszli znacznie wyżej, byli aktywniejsi w odbiorze, a dużo ożywienia w ich szeregi wniósł skrzydłowy Boli Bloingoli - Mbombo. Efektem były szanse Toma De Suttera i strzał Chińczyka Wanga w słupek.

W 65 minucie Śląsk przeprowadził jednak cudowną akcję. Ze środka pola świetny prostopadłym podaniem popisał się Marco Paixao, a Sebino Plaku wykorzystał sytuacje sam na sam. I to jak wykorzystał. Albańczyk pięknie przelobował Rayana i wprawił wrocławski stadion w ekstazę. Jeśli nowy nabytek Śląska przed sezonem twierdził, że nie ma instynktu snajpera, to tym razem ten instynkt objawił. Nie on jeden zresztą pokazywał tego wieczoru zagrania nieoczekiwane. Sobota grał w defensywie jak nigdy, Stevanović rozgrywał dokładnie, Gikeiwicz w 79 minucie obronił strzał z metra De Suttera. Belgowie wyglądali momentami na zaskoczonych przebiegiem gry.

Wprowadzony w drugiej połowie, doświadczony były gracz Barcelony i Chelsea Eidur Gudjonhsen głównie pokrzykiwał na swoich partnerów.

Krzyknął triumfalnie też cały stadion po końcowym gwizdku. To był najpiękniejszy piłkarski wieczór we Wrocławiu od dwóch dekad. Szkoda, że jeszcze nie gwarantuje awansu. Mecz rewanżowy w Brugii za tydzień. Czy tam wrocławianie dokończą swój cud?

Czy Śląsk awansuje do kolejnej rundy Ligi Europy?