Wygrana z Brugge najważniejszym zwycięstwem Śląska u siebie w pucharach?

Po takim pojedynku jak czwartkowy Śląska z Club Brugge łatwo popaść w przesadę. To chyba jednak naprawdę była najważniejsza wygrana Śląska u siebie w historii występów drużyny w europejskich pucharach
Wcześniej wrocławianie oczywiście mierzyli się z zespołami znacznie silniejszymi od obecnego Club Brugge, takimi jak angielski Liverpool, włoskie Napoli czy niemiecka Borussia Mönchengladbach. Żadnego z nich we Wrocławiu jednak nie pokonali. Tym razem Śląsk był od faworyzowanych Belgów lepszy, zwyciężył i wprawił w euforię swoich kibiców. Na meczu z Brugge było ich 17 tys. Jeśli wrocławianie awansują, na kolejne spotkanie na pewno przyjdzie więcej.

Wszyscy ponadprzeciętnie

Dlaczego wrocławianom udało się wygrać z faworyzowanym Brugge? Bo niemal wszyscy zawodnicy drużyny zagrali ponadprzeciętnie. Przy kolegach momentami bledli nawet dotychczasowi liderzy zespołu, czyli Sebastian Mila czy Marco Paixao, choć i oni mogą być z występu zadowoleni. Z Brugge Waldemar Sobota dynamicznymi rajdami nie tylko wybił futbol z głowy Laurensowi De Bockowi uważanemu przecież za jednego z najzdolniejszych belgijskich obrońców, ale co równie ważne, walczył w odbiorze i pomagał partnerom w defensywie. Pewni byli stoperzy Mariusz Pawelec i Adam Kokoszka, intuicyjnie, a co za tym idzie, momentami fenomenalnie bronił Rafał Gikiewicz. W środku pomocy aktywny i dokładny był Dalibor Stevanović, Przemysław Kaźmierczak zaliczył asystę marzenie, a Sebino Plaku cudownie akcję wykończył. Po lobie Albańczyka trudno było uwierzyć, że on sam mówi o sobie, iż rasowym snajperem nie jest. Działo się naprawdę niemożliwie.

Brawa dla trenera

Osobne brawa należą się trenerowi Stanislavowi Levemu. Jeśli przed spotkaniem mówił, że ma na Belgów plan, to nie było to czcze gadanie. Czech rywala rozpracował, wymyślił na niego taktykę, a jego zawodnikom udało się ją skutecznie zrealizować. Wrocławianie atakowali rywali na ich połowie, nie pozwalali szybko rozgrywać piłki, a w ataku grali do szeroko ustawionych skrzydłowych - czasem zbiegających do środka. Wyszło znakomicie.

Nic więc dziwnego, że po tym meczu Śląsk jest na ustach całej piłkarskiej Polski. Występu gratulowali mu rywale z boiska, jak Jakub Rzeźniczak z Legii, pochwał nie szczędzili oszczędni zwykle w zachwytach eksperci. Wrocławianie na komplementy zasłużyli, zaprezentowali się znacznie lepiej od Legii remisującej z Molde czy Lecha obitego przez Żalgiris. Jak napisał jeden z dziennikarzy: "Śląsk zagrał tak, jak gra się o marzenia. A nie tak, jakby odrabiał pańszczyznę".

Chwilo, trwaj

Oczywiście do realizacji marzeń, czyli awansu do fazy grupowej Ligi Europy, droga wciąż jeszcze koszmarnie daleka. Śląsk w najbliższy czwartek będzie musiał przynajmniej w Belgii zremisować, choć trzeba przyznać, że wynik 1:0 jest dla niego dość korzystny. Jeśli wrocławianie na wyjeździe zdobędą chociaż jedną bramkę, to wówczas rywal, by ich wyeliminować, musi strzelić trzy gole. Potem w najlepszym wypadku na wrocławian czeka jeszcze jeden rywal, raczej jeszcze silniejszy od Club Brugge. Ale to wszystko problemy na później. Teraz piłkarze Śląska powinni się cieszyć chwilą. Przynajmniej do niedzielnego meczu ligowego z Wisłą Kraków, który rozpocznie się na Stadionie Miejskim o godz. 18.