Europejski Śląsk Wrocław! Wrocławianie wyeliminowali Club Brugge

To był magiczny wieczór Śląska Wrocław. Wrocławianie strzelili w Brugii trzy gole, zremisowali z Club Brugge i po wygranej u siebie przeszli do IV rundy eliminacji Ligi Europy. Rywala w walce o fazę grupową poznają w piątek. Relacja Z Czuba i na żywo z losowania od 11:30 na Sport.pl
Jeśli wszyscy we Wrocławiu zastanawiali się, czy w rewanżu Śląsk jest w stanie powtórzyć świetną grę sprzed tygodnia, to odpowiedź dostali już w pierwszych dziesięciu minutach spotkania w Brugii. Tak, Śląsk jest w stanie grać tak samo dobrze w dwóch meczach z silnym przeciwnikiem.

Wrocławianie znów rozpoczęli aktywnie, znów byli agresywni w środku, znów znakomicie grali w odbiorze. I to przyniosło Śląskowi bramkę, strzeloną nawet szybciej niż u siebie - po bardzo podobnej akcji jak tydzień temu.

W 9. minucie o piłkę na połowie rywali powalczył lewy obrońca Dudu Paraiba, cudownym podaniem ze środka boiska znów popisał się Przemysław Kaźmierczak, a wszystko wykończył wchodzący ze skrzydła boczny pomocnik. Tym razem był to jednak nie Sebino Plaku, a Waldemar Sobota. To właśnie jego Belgowie przed meczem obawiali się najbardziej, nazywając nocną zmorą. I Sobota zmorą Brugge się okazał. Pokonał Mathew Ryana strzałem w długi róg i dał wrocławianom wymarzone prowadzenie.

Świetna obrona

Potem podopieczni trenera Stanislava Levego bronili szczęśliwie: strzał głową De Suttera obronił Rafał Gikiewicz, a uderzenie Maxima Lestienna wylądowało na spojeniu słupka z poprzeczką (drugi raz w tym meczu). Jeśli jednak gościom sprzyjał fart, to dlatego, że jest on po stronie drużyny lepszej. Wrocławianie naprawdę niczym nie ustępowali Brugge - przy odbiorze potrafili wystrzelić jak z procy, niektórzy prezentowali się chyba jeszcze efektowniej niż tydzień temu. Mila czy Sobota angażowali się w defensywę, najlepszy mecz w barwach Śląska grał Dalibor Stevanović. Słoweniec, wcześniej wielokrotnie słusznie krytykowany i wyśmiewany, teraz był niemal najlepszy na boisku. Skuteczny w odbiorze, dokładny w ataku, dynamiczny. Przyjemnie się go oglądało, jak cały Śląsk.

Wielki charakter

W drugiej połowie wrocławianie pokazali kolejną zwykle nieznaną u naszych drużyn cechę - wielki charakter. Najpierw wprawdzie w 57. minucie, po błędzie Rafała Gikiewicza i strzale wprowadzonego Liora Rafaelova, Club Brugge wyrównało, ale po kilkunastu sekundach Śląsk się odrodził. Wrocławianie cudownie skontrowali Belgów, a po podaniu Sebastiana Mili z najbliższej odległości piłkę do bramki gości skierował Marco Paixao. Dla Portugalczyka była to czwarta bramka w tej edycji europejskich pucharów. Również czwartą strzelił na kwadrans przed końcem Waldemar Sobota. W 76. minucie kolejnym znakomitym podaniem ze środka pola popisał się Sebastian Mila, a Sobota minął wychodzącego z bramki Mathew Ryana i skierował piłkę do bramki.

Mogli wygrać, ale sukces i tak ogromny

Takiej gry, takiej magii ze strony Śląska nikt we Wrocławiu ani w Polsce się nie spodziewał. Dwie bramki: Duarte i De Suttera, a nawet fakt, że Śląsk stracił wygraną, nie miały aż takiego znaczenia. Śląsk, eliminując Brugge, osiągnął jeden z największych sukcesów w historii występów w europejskich pucharach. Może osiągnąć jeszcze większy, jeśli awansuje do fazy grupowej Ligi Europy. Rywala wrocławianie poznają w piątek w Nyonie.