Piotr Ćwielong: Odszedłem ze Śląska, bo wiedziałem, że długo w pucharach nie pogramy [ROZMOWA]

- Drużynie Bochum dodaję jakości: strzelam bramki, asystuję. Ale to normalne, bo jeśli klub sprowadza nowego zawodnika, to on musi wyjść na boisko i udowodnić swoją wartość - mówi Piotr Ćwielong, był gracz Śląska, dziś piłkarz niemieckiego VfL Bochum.
Polub nas na Facebooku i żyj sportem razem z nami >>

Skrzydłowy Piotr Ćwielong po zakończeniu sezonu nie przedłużył kontraktu ze Śląskiem Wrocław i zdecydował się na transfer do 2. Bundesligi do VfL Bochum.

Na początku sezonu Ćwielong zanotował już pierwsze trafienia w nowym zespole. Strzelił dla Bochum dwa gole w meczu Pucharu Niemiec wygranym z Bahlinger SC 3:1. Natomiast w 2. Bundeslidze zanotował asystę w zremisowanym 1:1 spotkaniu z Dynamem Drezno i został ukarany czerwoną kartką w przegranym pojedynku z FSV Frankfurt 0:1. Po czterech kolejkach Bochum ma pięć punktów i zajmuje 10. miejsce w tabeli.

Z Piotrem Ćwielongiem rozmawialiśmy przed meczem Śląska z Sevillą.

Dawid Antecki: Swoją przygodę z VfL Bochum zaczął pan od asysty, bramki i czerwonej kartki. Czyli za panem niemal wszystkie boiskowe doświadczenia.

Piotr Ćwielong: Można tak powiedzieć (śmiech). Czerwona kartka była efektem dwóch żółtych, ale uważam, że otrzymałem ją niezasłużenie. Podniosłem nogę, trafiłem w piłkę, a mimo to sędzia zdecydował, że był faul i mnie ukarał. Trudno. Generalnie jednak cieszę się, że dodaję drużynie Bochum pewnej jakości - strzelam bramki, asystuję. Chyba tego wszyscy ode mnie tutaj oczekują. Jeśli klub sprowadza nowego zawodnika, to on musi wyjść na boisko i udowodnić swoją wartość, przydatność dla drużyny, bo na jego miejsce czeka już ktoś inny. Teraz moja aklimatyzacja w Niemczech powinna przebiegać jeszcze lepiej, bo będę miał koło siebie rodzinę, którą niedawno przywiozłem z Polski.

Decyzja o wyjeździe była dla nas trudna, ale postanowiliśmy zmienić otoczenie. W Bochum zawsze mogę liczyć na Paula Freiera, który bardzo dobrze mówi po polsku, a co ciekawe, rozegrał prawie 20 spotkań w reprezentacji Niemiec. W sprawach pozaboiskowych pomaga mi natomiast były piłkarz Górnika Zabrze Michael Bemben, który mieszka w Bochum. To wielki komfort, móc liczyć za granicą na kogoś, kto jest w stanie w każdym momencie ci pomóc.

Jak wygląda porównanie poziomu 2. Bundesligi z polską ekstraklasą?

- Przede wszystkim rywalizacja w drugiej lidze niemieckiej jest bardziej wyrównana. W Polsce od kilku sezonów o miano najlepszej drużyny rywalizują Legia, Lech i Śląsk. Natomiast tu zespołów o równym poziomie jest więcej. Nie ma okazji walczyć ze słabeuszami, bo w jednym tygodniu grasz przeciwko FC Kaiserslautern, w drugim mierzysz się z FC Köln, a w następnym z TSV 1860 Monachium.

Również otoczka tych meczów jest inna. W Polsce jak na mecz przyjdzie 15 lub 20 tys. kibiców, to jest wielki sukces. A w Bochum podczas każdego meczu dopinguje nas 20 tys. ludzi, a w Kolonii co kolejkę mają niemal komplet - prawie 50 tys. fanów. W Kolonii na mecze chodzi więcej fanów niż na niektóre spotkania w Bundeslidze, bo kilka drużyn ma stadiony o mniejszej pojemności. Poza tym niemiecka piłka od pewnego czasu jest na niesamowicie wysokim poziomie. Myślę, że ostatni finał Ligi Mistrzów z zazdrością śledzili nawet Anglicy, którzy uważają swoją ligę za najmocniejszą. Tymczasem to Niemcy mieli dwóch finalistów w poprzednich rozgrywkach.

W poprzednim sezonie Bochum miał problemy z utrzymaniem się w lidze. Dlaczego?

- Trener Peter Neurerer objął drużynę pod koniec zeszłego sezonu. Szkoleniowiec miał za zadanie poukładać zespół i utrzymać go w drugiej lidze, co ostatecznie mu się udało. Teraz szefowie nakreślili dwuletni plan, w którym zakładają, że teraz drużyna ma się zgrywać, a w kolejnym awansować. Jednak wszyscy w klubie są zmotywowani, by już teraz powalczyć o wejście do Bundesligi. Poza tym rywalizujemy jeszcze w Pucharze Niemiec. Może wkrótce będzie nam dane zasmakować już rywalizacji z takimi wielkimi klubami jak Borussia Dortmund czy Bayern Monachium. Świetnie byłoby zmierzyć się z tak topowymi klubami, bo na takie spotkania czeka się czasami całe życie.

Pierwsze treningi w niemieckich realiach były dla pana zaskoczeniem?

- Przyznam, że miałem nieco ułatwione zadanie w przystosowaniu się do tych realiów. Po treningach ze Stanislavem Levym nic mnie w Bochum nie zaskoczyło. To prawda, że czeski trener z powodzeniem naśladuje niemieckie standardy szkoleniowe, których doświadczył jeszcze, kiedy sam grał w Niemczech. W Śląsku dużo biegaliśmy, było też mnóstwo zajęć z piłką. Wszystko to w pewnym stopniu zaprocentowało podczas mojej adaptacji w Bochum. Większym szokiem był dla mnie fakt, jak klub funkcjonuje i jest zorganizowany. W Niemczech faktycznie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Nie odczuwa się jakichkolwiek braków czy niedociągnięć. Nie pozostaje nic innego, jak tylko najlepiej grać w piłkę. Nikt nie zastanawia się, czy otrzyma pensję na czas.

W Śląsku komfortu nie było.

- Fakt. Nadal czekam na zaległe pieniądze ze Śląska. Jestem w takiej samej sytuacji jak wielu innych wrocławskich piłkarzy. Nie zdecydowałem na sądowne rozwiązanie problemu, tylko cierpliwie czekam, bo szanuję klub i ludzi w nim pracujących. Zdaję sobie sprawę, że Śląsk przechodzi trudny okres, związany z rozbieżnościami właścicieli. Wiem, że wrocławianie zapłacą te pieniądze, dlatego cierpliwie czekam. Wiele zawdzięczam ludziom w klubie, więc nie mam zamiaru wchodzić z nimi na wojenną ścieżkę.

Pan gra w drugiej lidze niemieckiej, a Śląsk pokonał Brugge i teraz z hiszpańską Sevillą walczy o awans do fazy grupowej Ligi Europy. Nie żal, że nie gra pan teraz w Śląsku?

- Odchodząc z Wrocławia, miałem świadomość, że za długo w europejskich pucharach nie pogramy. I to nie ze względu na poziom naszej drużyny. Wiedziałem, że bez rozstawienia nie ma większych szans przebrnąć przez wszystkie rundy eliminacyjne, nie napotykając w końcu na swojej drodze zespołu z europejskiego topu. Dlatego bardzo gratuluję piłkarzom Śląska za dwumecz z Club Brugge, bo dokonali rzeczy niebywałej. Ale hiszpańska Sevilla to już nie to samo. Myślę, że każdy mocno stąpa po ziemi i wie, czego się spodziewać. Szkoda, że Śląsk nie trafił na Salzburg albo duński Nordsjaelland, wtedy szanse na awans do fazy grupowej byłyby naprawdę duże. Po meczu z Brugią rozmawiałem z kolegami z byłej drużyny. Jestem w stałym kontakcie z Waldkiem Sobotą. Bardzo się cieszę, że jest w takiej dobrej formie.

Ale w polskiej lidze Śląsk nie jest już tak skuteczny jak w europejskich pucharach.

- Mimo to z optymizmem spoglądam na przyszłość wrocławskiego zespołu. W Śląsku chyba wreszcie skończył się deficyt napastników. W tej drużynie był potrzebny ktoś, kto jeżeli tylko ma sytuację strzelecką, to trafia do bramki. Byli m.in. Cristian Diaz czy Łukasz Gikiewicz, ale to nie była taka jakość, jaką teraz daje Marco Paixao. Jestem pod wrażeniem tego, że Portugalczyk nie tylko potrafi być skuteczny, ale nie ma też problemów z kreowaniem gry. Sporo biega, pokazuje się kolegom z drużyny. To typ zawodnika, który może dać zespołowi jeszcze więcej. Poza tym do drużyny dołączyli też Plaku czy Dudu. Myślę, że dobrego wyboru dokonał Tomek Hołota, bo będzie mógł naprawdę wiele nauczyć się od Przemka Kaźmierczaka i Dado Stevanovicia. A w przyszłości stanie się postacią numer jeden w środku pola wrocławskiej drużyny.