Na co stać osłabiony Śląsk w meczu z Lechem Poznań?

Z polskich zespołów występujących w europejskich pucharach to Śląsk zbierał pochwały, a Lech się kompromitował. Przed dzisiejszym pojedynkiem Śląska z Lechem w ekstraklasie komplementy z przeszłości skierowane do wrocławian nie mają już żadnego znaczenia. Początek meczu o godz. 18
Dziś to poznaniacy są w tabeli o cztery miejsca wyżej niż Śląsk. To oni wygrali więcej spotkań i to oni będą w stanie zestawić jedenastkę w miarę przyzwoitą. Śląsk wygląda przy nich jak ubogi krewny, drużyna niemal podwórkowa, która by rozpocząć grę, musi doprosić kolegów mieszkających w okolicy.

Zdaję sobie sprawę, że to porównanie przesadzone, ale prawda jest smutna. O ile Lech, wicemistrz Polski, aż przy siedmiu kontuzjowanych zawodnikach (!) jest w stanie pozwolić sobie na trzymanie w rezerwie choćby Łukasza Teodorczyka, niedawno aspirującego przecież do kadry, o tyle Śląsk - trzecia drużyna poprzedniego sezonu - przy pauzie dwóch graczy do składu będzie musiał wpuścić żółtodzioba. A już ich ławka rezerwowych może wyglądać naprawdę groteskowo.

Oczywiście tylko w części jest to wynik różnic możliwości finansowych między Śląskiem a Lechem. W części jest to bowiem również rezultat wyborów kadrowych wrocławian. Jeśli pozyskali oni ostatnio dwóch stoperów - Odeda Gavisha i Lubosa Adamca - to nic dziwnego, że nie mają kim zastąpić ani lewego obrońcy Amira Spahicia, ani skrzydłowego Sylwestra Patejuka.

Gdy dodamy do tego sprzedaż do Brugge Waldemara Soboty (niemożliwą do wstrzymania), to widzimy, że na flankach Śląsk prezentuje się mizernie. Trudno w to uwierzyć, tym bardziej że jeszcze miesiąc temu ta sama drużyna obijała w pucharach Belgów z Brugge, podczas gdy Lech odpadał z Żalgirisem Wilno.

Jeśli jednak trener Stanislav Levy przed sezonem mówił, że kadrowo jego drużyna nie może się porównywać z Lechem czy Legią, to dopiero przed taki meczem widzimy, co miał na myśli. Przecież gdyby w Śląsku - tak jak w Lechu - kontuzjowanych było siedmiu graczy aspirujących do gry w podstawowym składzie, to wrocławianie najzwyczajniej w świecie musieliby chyba oddać mecz walkowerem.

Inna sprawa, że mecz Śląska z Lechem po raz trzeci z rzędu odbywa się w okolicznościach specyficznych. Wiosną 2012 roku wrocławianie zagrali na Bułgarskiej, będąc niedługo po trzęsieniu ziemi, jakie wywołały tzw. taśmy Lenczyka. Już za kadencji trenera Stanislava Levego pojechali do Poznania po aferze alkoholowej z udziałem Patrika Mraza, a przed rewanżem u siebie ledwo odetchnęli z ulgą po tym, jak Komisja Odwoławcza PZPN jednak przyznała im prawo do gry w europejskich pucharach.

Tym razem piłkarze Śląska przed pojedynkiem z "Kolejorzem" również mogą mieć problemy z myśleniem tylko o futbolu. Jest jasne, że bardziej przyglądają się sytuacji organizacyjnej klubu, która wygląda dramatycznie. Kilka dni przed spotkaniem zawodnicy dowiedzieli się, że Śląsk nie ma pieniędzy na dalsze funkcjonowanie, a miasto stara się wydobyć udziały od Zygmunta Solorza za pomocą procedury sądowej.

W takiej sytuacji nawet powściągliwy zwykle trener Stanislav Levy powiedział: - Oczywiście, że śledzę to, co się dzieje. Nie mam jednak na to wpływu, więc robię swoje. Dla mnie i dla piłkarzy najlepiej byłoby, gdyby ta cała historia jak najszybciej się skończyła.

Stanislav Levy w meczu z Lechem po raz pierwszy za swojej kadencji w Śląsku będzie musiał obserwować mecz z trybun, a nie ławki rezerwowych. To rezultat dyskwalifikacji, jaką nałożyła na niego Komisja Ligi za przekleństwa skierowane do sędziego Bartosza Frankowskiego podczas spotkania z Piastem Gliwice. Czeski szkoleniowiec nie będzie mógł wejść do szatni, uczestniczyć w konferencji prasowej ani też kontaktować się ze swoimi asystentami za pomocą telefonu komórkowego. To ostatnie będzie oczywiście najtrudniejsze do skontrolowania.

Początek spotkania Śląska z Lechem w sobotę o godz. 18 na Stadionie Miejskim.