Władze miasta zapowiadają w Śląsku personalną rewolucję: To nie może dobrze się skończyć

Władze Wrocławia zapowiadają reorganizację piłkarskiego Śląska. Ich zdaniem klub może działać lepiej, i to za mniejsze pieniądze. Oby tylko taka przebudowa nie zakończyła się rozbiórką klubu i koniecznością budowania wszystkiego od nowa.
Władze miasta swoje samodzielne rządy w Śląsku zaczęły od mocnego uderzenia. Niestety, od uderzenia w klub. Oto w jednym tylko wywiadzie sekretarz Wrocławia Włodzimierz Patalas zapowiedział: likwidację stanowiska dyrektora sportowego, zrzucenie odpowiedzialności za transfery na trenera Stanislava Levego oraz pozbycie się doświadczonego bramkarza Mariana Kelemena.

Ciosy wymierzone w Śląsk

Sekretarz skrytykował też pozyskanie obrońcy Odeda Gavisha oraz sposób, w jaki w Śląsku pracuje się z młodymi piłkarzami. Wszystko to nazwał reorganizacją, twierdząc, że klub może funkcjonować lepiej, i to za mniejsze pieniądze niż obecnie.

Swoimi słowami Patalas, który mówi w imieniu władz Wrocławia, jednym ruchem wymierzył klubowi wiele ciosów. W tym wypadku najlżejszymi z nich są publiczne miażdżenie Gavisha i stwierdzenie, że Kelemen nie odejdzie w zimie tylko dlatego, że i tak trzeba byłoby wypłacić mu pieniądze do końca kontraktu. Ze strony sekretarza były to oceny tak szczere, jak i nie do końca potrzebne. W końcu zarówno Gavish, jak i Kelemen przy krótkiej ławce Śląska mogą być jeszcze trenerowi Stanislavovi Levemu potrzebni. A wiadomo, że wypowiedź Patalasa ich motywacji do gry nie poprawi. To jest jednak najmniejszy problem.

Jak amatorzy

Znacznie poważniejszą kwestią jest bowiem fakt, że władze Wrocławia chcą zlikwidować w klubie funkcję dyrektora sportowego, a całą odpowiedzialność za pozyskiwanie piłkarzy zrzucić na trenera Levego. To błąd. W Śląsku taki model funkcjonował już dwa razy i ani razu się nie sprawdził.

Za pierwszym razem pełnię władzy dostał w tym zakresie trener Ryszard Tarasiewicz. Doszło do tego zaraz po przejęciu większości akcji w klubie przez Polsat, czyli w roku 2009. Wówczas drużyna o mało nie spadła z ligi, a szkoleniowiec narzekał, iż od telefonów od menedżerów nie może się opędzić. Wcześniej, czyli po awansie do ekstraklasy, trener Tarasiewicz takiej władzy nie miał, bo w sprawy sportowe mocno zaangażowany był choćby ówczesny wiceprezes klubu Piotr Mazur.

Brak dyrektora sportowego już wówczas wiązał się jednak z pewnymi problemami organizacyjnymi, jak wtedy, gdy na rozmowy o pozyskaniu Jarosława Fojuta pojechali drugi trener Waldemar Tęsiorowski i kierownik drużyny Zbigniew Słobodzian. Wyszło amatorsko.

Kto do transferów?

Za drugim razem władzę absolutną w sprawie transferów otrzymał po wicemistrzowie Polski trener Orest Lenczyk. Efekt to, niestety, wiele nietrafionych inwestycji i wydatki, które do dziś odbijają się klubowi czkawką. Tak naprawdę więc Śląsk funkcjonował najlepiej wówczas, kiedy pozyskiwanie piłkarzy było rezultatem współpracy pierwszego trenera i dyrektora sportowego. Wtedy udało się sprowadzić do drużyny: Przemysława Kaźmierczaka, Waldemara Sobotę, Cristiana Diaza, Adam Kokoszkę czy ostatnio Marco Paixao, Dudu Paraibę czy Sebino Plaku. Jasne, że jednocześnie do zespołu trafił wspomniany Gavish, ale akurat jego transfer był dokonywany błyskawicznie, nie został poprzedzony głębszymi obserwacjami. Po prostu Śląsk po kontuzji Rafała Grodzickiego potrzebował stopera i dlatego zdecydowano się na Izraelczyka. Czy był to wielki błąd, pokaże czas. W końcu taki Dalibor Stevanović do przyzwoitej dyspozycji też dochodził miesiącami.

Rewolucja wycina wszystkich

Jeśli zaś przedstawiciele miasta twierdzą, że w klubie nie ma winnych pozyskania Gavisha, to dla mnie jest to pokłosie braku "normalnego", a nie tymczasowego prezesa Śląska. Przecież to właśnie prezes powinien wiedzieć, jak dokładnie ten transfer przebiegał, kto zawodnika oceniał i kto go zaakceptował. Powinien umieć rozliczyć z wykonywanych zadań tak trenera, jak i dyrektora sportowego.

Swoją drogą, czy na pewno w gronie akceptujących Gavisha nie było trenera Levego, któremu teraz miasto chce oddać zwierzchność nad transferami? To chyba raczej niemożliwe. Zamiast więc myśleć, jakie stanowiska w Śląsku zlikwidować, miasto powinno pomyśleć o możliwie największym kadrowym wzmocnieniu klubu. Dziś Śląsk ma tymczasowego prezesa, nie ma już wiceprezesa, dyrektora marketingu, a niebawem nie będzie miał też dyrektora sportowego. Profesjonalny klub tak funkcjonować nie może.

Istota problemu

Ostatnia sprawa to szkolenie młodzieży, które również skrytykował sekretarz Wrocławia. Skrytykował słusznie, choć używając kompletnie nietrafionych argumentów. Człowiek o takiej pozycji naprawdę nie może opierać się na zdaniu kilku (kilkunastu?) rodziców, którzy powiedzieli mu coś o złym potraktowaniu ich dzieci przez trenerów.

Po pierwsze, w ten sposób Patalas bez głębszej analizy zupełnie niepotrzebnie odstrasza młodzież i rodziców od trenowania w piłkarskim Śląsku. Co najważniejsze, sekretarz miasta traci z oczu istotę problemu. A tym jest fakt, że wrocławski klub od lat nie wyszkolił nikogo, kto przebiłby się do pierwszej drużyny i prawie nie ma swoich wychowanków. Tym należy się zająć w pierwszej kolejności. Tylko przy dobrym szkoleniu Śląsk będzie działał lepiej, a wydawał mniej. Inaczej nie pomoże żadna reorganizacja.