Śląsk - Pogoń 1:1. Punkt przy pustym stadionie

Śląsk zremisował u siebie 1:1 z bezbarwną Pogonią Szczecin. Wrocławianie punkt uratowali w ostatniej minucie, grając przy pustym stadionie
W tym meczu Śląsk otrzymał kolejne wotum nieufności od swoich kibiców za ostatnie słabe występy i tylko 12. miejsce w tabeli. Frekwencja była jeszcze niższa niż na spotkaniu z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Wówczas na trybunach, tuż przed Wszystkich Świętych, zasiadło tylko 5,1 tys. kibiców. Teraz 4,5 tys. Czegoś podobnego nowe polskie stadiony jeszcze nie widziały.

W porównaniu do przegranego meczu z Wisłą trener Stanislav Levy dokonał trzech zmian, które jednak niemal całkowicie odmieniły obronę i pomoc. W defensywie na środku zagrali Mariusz Pawelec i Adam Kokoszka (wyleciał Rafał Grodzicki), a na bokach Dudu i Krzysztof Ostrowski (pierwszy wrócił do defensywy, drugi wrócił na prawą stronę). W pomocy zamiast Tadeusza Sochy zagrał Sebino Plaku, a zamiast Przemysława Kaźmierczaka - Dalibor Stevanović. Z kolei w Pogoni do składu wróciło trzech podstawowych pomocników (Muryama, Rogalski i Akahoshi) zawieszonych wcześniej za kartki, ale drużynę z ławki prowadził nadal Maciej Stolarczyk zastępujący zawieszonego wciąż Dariusza Wdowczyka.

Śląsk w pierwszej połowie grał nieźle, był od niemrawej Pogoni lepszy. U wrocławian szczególnie aktywny w ofensywie był Dudu, który kilkakrotnie groźnie dośrodkowywał z lewej strony. Ani razu jego partnerom nie udało się jednak akcji zamknąć.

Do rozegrania piłki pokazywali się też defensywni pomocnicy Hołota (schodzący często do prawej strony) i Stevanović poszukujący długich podań do Paixao. Znów nieco słabiej wypadł za to Sebastian Mila, wciąż będący bez formy po kontuzji kolana. Szanse dla gospodarzy mieli Sebino Plaku (głową), Stevanović (z dystansu) i dwukrotnie w zamieszaniu podbramkowym Paixao. Piłka nie wpadła jednak do siatki.

Śląsk starał się, szarpał, żeby znów stracić frajerską bramkę. W 52. minucie meczu stoper Pogoni nie tyle wyprowadzał piłkę, co ją wykopał w kierunku bramki Śląska. Do futbolówki wyszedł Marian Kelemen, ale się spóźnił, faulował Marcina Robaka i szczecinianie mieli rzut karny. Wykorzystał go sam poszkodowany i było 0:1. To już kolejny raz, kiedy wrocławianie z jednej strony własnej przewagi wykorzystać nie potrafią, z drugiej sami tracą gola po szkolnych błędach.

By odrobić straty, trener Levy ściągnął z boiska bezproduktywnego Milę, a zamiast niego posłał do boju Jakuba Więzika. W zeszłym sezonie przeciwko Pogoni ten zawodnik debiutował w pierwszym składzie Śląska. Debiutował, bo szczecinianie byli tak słabi, że nawet z nim w składzie wrocławianie mogli sobie poradzić. Teraz sytuacja się odmieniła. Pogoń jest lepsza, Śląsk słabszy, a Więzik miał odwrócić losy meczu. W akcie desperacji.

Po strzeleniu bramki Pogoń zyskała pewność, a Śląsk ją stracił. Gra na dwóch napastników w obecnych warunkach kadrowych wydaje się nieporozumieniem. Jedyne, na co można było liczyć, to kopnięcie piłki w pole karne, jakiś stały fragment gry. I ten się zdarzył. W 90. minucie wprowadzony wcześniej Przemysław Kaźmierczak przymierzył z rzutu wolnego i pokonał Radosława Janukiewicza.

Skończyło się 1:1.