Śląsk zmierzał prosto w przepaść: Prezes Paweł Żelem o sytuacji wrocławskiego klubu

- Śląsk ma za sobą trzy tłuste lata, jeśli chodzi o wynik sportowy, ale finansowo i organizacyjnie zmierzał w przepaść. Musimy go z tej drogi zawrócić - mówi Paweł Żelem, prezes Śląska Wrocław
Paweł Żelem prezesem Śląska został pod koniec listopada, kiedy miasto odkupiło kontrolny pakiet akcji od Zygmunta Solorza i przejęło klub. Żelem formalnie zastąpił na stanowisku Krzysztofa Hołuba, ale ten ostatni administrował klubem tylko tymczasowo. Wcześniej prezesem zarządu Śląska był Piotr Waśniewski. Za jego kadencji wrocławska drużyna zdobyła wicemistrzostwo i mistrzostwo Polski, wywalczyła Superpuchar, rywalizowała w eliminacjach Ligi Mistrzów oraz Ligi Europy, wystąpiła także w finale Pucharu Polski i przeniosła się na nowy ponad 40-tysięczny stadion.

Teraz wrocławianie zmagają się jednak z ogromnymi długami.

Chcesz wiedzieć wszystko o tym, co dzieje się w Śląsku? Zapisz się na nasz newsletter Śląsk Extra

Michał Karbowiak: Można już o panu napisać książkę: "Jak prezes został strażakiem?". Jak idzie zapowiadane gaszenie pożarów w Śląsku?

Paweł Żelem: Najważniejsze, żeby nie zabrakło nam determinacji i cierpliwości w tym wszystkim. Odkąd przyszedłem do Śląska, na brak pracy nie narzekam, żona i synowie widują mnie właściwie rzadziej niż wtedy, kiedy pracowałem w Lechii Gdańsk, a rodzina była tutaj. Na razie trudno mówić o układaniu firmy i myśleniu o przyszłości. Wciąż zmagamy się głównie z przeszłością.

Teraźniejszość Śląska jest wobec tego gorsza, niż się pan spodziewał?

- O sytuacji pozasportowej Śląska wiedziałem głównie z mediów. Wyobrażałem sobie, jak to może być, ale mimo wszystko tym, co zastałem, jestem trochę zaskoczony. Porównałbym to do jazdy szybkim samochodem po drodze, która się zaraz kończy i tam jest już tylko przepaść. Za nią nie wiadomo, co nas czeka. Śląsk - pod względem organizacyjnym i finansowym - ku takiej przepaści zmierzał. My musimy ten samochód zawrócić na właściwe tory. Uczono mnie, że nie można żyć w nieskończoność na kredyt, niezależnie od tego, czy jest to budżet domowy czy budżet klubu piłkarskiego. Nie można zarządzać finansami tak radośnie, ale i jednocześnie bezrefleksyjnie, jak miało to miejsce w ostatnim czasie w klubie. W Śląsku wydawano znacznie więcej, niż zarabiano, co z jednej strony przełożyło się na trzy tłuste lata pod względem sportowym, ale równocześnie doprowadziło do sytuacji, którą mamy teraz. I ten sukces sportowy nie został zdyskontowany w sensie rozwoju organizacyjnego i finansowego.

Do jakiej dokładnie sytuacji doprowadzono? Czy wiadomo już, ile klub ma długów?

- W przededniu rozpoczęcia audytu nie chciałbym żonglować cyframi. Mamy już oczywiście pewną orientację w problemach, o wielu z nich m.in. "Gazeta Wyborcza" zresztą pisała. Znane są problemy z budową galerii handlowej, z "dziurą" przy stadionie, z zawieranymi umowami, z wierzycielami, którzy zaczęli zgłaszać się do klubu, z nieopłaconymi premiami za sukcesy sportowe, z nieuregulowanymi pensjami czy pożyczkami, np. od MPWiK. Audyt da nam dokładny obraz tego, w jakim miejscu jest spółka. Już przed jego rozpoczęciem zaczęliśmy część zobowiązań regulować lub proponujemy rozłożenie spłaty w czasie. Tak czy inaczej, jeśli wszystkiego teraz nie wyczyścimy, to nie będzie mowy o rozwoju Śląska. Rozwój sportowy klubu musi bowiem iść w parze ze strukturalnymi zmianami w funkcjonowaniu naszego klubu.

Tylko że na razie Śląsk sportowo również się zwija.

- Celem drużyny do końca rundy zasadniczej jest awans do czołowej ósemki, a potem walka o jak najwyższą lokatę. Celem zarządu jest natomiast wyprowadzenie Śląska na prostą pod względem finansowym. Nie powiem teraz, czy to będzie pół roku, rok czy może nawet dłużej. Z pewnością nasz zespół wymaga przebudowy. Pewnej grupie zawodników kończą się kontrakty i nawet gdybyśmy chcieli ich zatrzymać, może się to okazać bardzo trudne. Piłkarze do czerwca będą mieli jednak dużo czasu, by potwierdzić swoją przydatność dla drużyny. Poza ich postawą budowa zespołu na przyszły sezon będzie zależała również od środków, jakimi będziemy dysponować.

Do wspomnianego awansu do ósemki potrzebne są jednak transfery, na które - jak rozumiem - nie ma pieniędzy?

- Przeprowadzenie transferów nie musi oznaczać wyrzucania pieniędzy w błoto. Może uda nam się pozyskać też takich piłkarzy, którzy mają coś do udowodnienia, a niekoniecznie patrzą dziś tylko na wysokie zarobki. Oni mogą nam pomóc w realizacji naszych celów, a samemu sobie zbudować lepszą pozycję na przyszłość. Jednocześnie jest oczywiście grupa zawodników już w Śląsku grających. Oni mają spore umiejętności i duży bagaż doświadczeń i liczę, że po przepracowanej zimie poprawią nasze wyniki w lidze. Z pewnością nie będziemy transferami zadłużać spółki.

Czy do Śląska przychodzą oferty dotyczące jakichś zawodników?

- Do tej pory była jedna - złożona przez Legię Warszawa za Marco Paixao. Biorąc pod uwagę wartość i klasę zawodnika, nie potraktowaliśmy jej zbyt poważnie. W kontekście tego pytania przychodzi mi zresztą pewna refleksja. Śląsk miał trzy dobre lata w sensie sportowym, a mimo to sprzedał tylko Waldka Sobotę. I ten transfer doszedł do skutku przy dużej dozie szczęścia oraz zabiegom prezesa Piotra Waśniewskiego. Poza Waldkiem klub - będąc na szczycie - nikogo nie sprzedał. Kilku zawodników odeszło, ale Śląsk na tym nie zarobił. To zastanawiające.

Pierwszy raz jako prezes Śląska zasiadł pan na trybunach podczas meczu z Pogonią Szczecin. Bolało, kiedy widział Pan 4,5 tys. kibiców na 40-tysięcznym stadionie?

- Raczej ta sytuacja motywuje do wytężonej pracy. Nachodzi mnie jednak refleksja, czy nasza piłka na pewno jest dla kibiców? Mecz był grany w poniedziałek o 20.30, przy ujemnej temperaturze. Kibic ze spotkania do domu wrócił o północy. Takie rzeczy nie pomagają nie tylko Śląskowi. Z pewnością fani we Wrocławiu są wymagający, byli przyzwyczajeni do wyników, a teraz ich nie ma. Kibice nogami głosują więc za tym, czy chcą taką drużynę oglądać. I najwyraźniej takiego Śląska nie chcą, skoro nie przychodzą na stadion. Inna sprawa, że klub bez pozytywnej otoczki nie będzie miał szansy się rozwijać. Jeżeli na każdym kroku w mediach są tylko złe komunikaty, to ludzie są tym też zmęczeni.

Na razie jednak o dobre komunikaty trudno.

- Sytuacja nie jest najlepsza, ale nie demonizujmy. W 2008 roku, kiedy pracowałem w Śląsku, również były problemy, nie doszło do fuzji z Groclinem, pracowaliśmy w trudnych warunkach. Mimo to, dzięki pracy u podstaw, udało się wylać fundamenty pod późniejsze sukcesy. Klub o własnych siłach awansował do ekstraklasy, trybuny stadionu przy Oporowskiej zaczęły się zapełniać, promowaliśmy wizyty kobiet i dzieci, by na obiekt mogły w konsekwencji przychodzić całe rodziny. Do zespołu ściągnęliśmy wtedy takich piłkarzy, jak: Sebastian Mila, Mariusz Pawelec, Piotrek Celeban czy Jarek Fojut, którzy potem istotnie decydowali o jego obliczu.

Mówi pan o pracy u podstaw, jak jest ze szkoleniem młodzieży?

- Mamy tu sporo do zrobienia. Jeśli w latach 80. i 90. Śląsk był kuźnią talentów, to teraz coś się zacięło. Smutne, że ostatnim wychowankiem, który nie tyle teraz gra i decyduje o obliczu zespołu, co jest w tym zespole, jest obecnie Tadek Socha. On wszedł do drużyny Śląska siedem lat temu! Od tego czasu mamy pod tym względem pustynię. Oczywiście w kilku zdaniach nie postawię diagnozy, dlaczego tak jest, czego nam brakuje. Do tego potrzeba czasu, pracy, poszerzonej refleksji. Z pewnością oczekiwanie zarządu i właścicieli Śląska będzie takie, żeby drużyna miała z czego czerpać. Wychowywanie młodych, przyszłych piłkarzy Śląska to jest też element naszej społecznej odpowiedzialności. Ludzie związani ze Śląskiem, z miastem, z regionem są potrzebni nie tylko do gry w piłkę na wysokim poziomie, ale również do tego, by pomóc nam w zapełnieniu stadionu. Chciałbym, aby Śląsk odzyskał swoją tożsamość, był bardziej wrocławski, bardziej dolnośląski, niż jest obecnie.

Wkrótce Śląsk poza gminą Wrocław może mieć kilku mniejszościowych akcjonariuszy właścicieli. To dobrze, że klub nie będzie należał tylko do miasta?

- Jeżeli akcjonariat spółki w naszych realiach nie jest zbyt rozdrobniony, to nie widzę większego problemu. Duże znaczenie ma spójna wizja właścicieli. Jeśli pomyślą o Śląsku długofalowo, to on się będzie rozwijał. Uważam zresztą, że zarówno Śląsk, jak i Wrocław stać na zrealizowanie czegoś naprawdę wielkiego, ale i przede wszystkim trwałego.

Pytanie tylko, ile to zajmie i czy pan tego doczeka?

- Ja nie jestem aż tak ważny, liczy się miasto i klub. Na razie trzeba zakasać rękawy, dać wszystkie ręce na pokład. A moja praca będzie na bieżąco weryfikowana i oceniana.

Rok 2014 będzie dla Śląska pełen potu, krwi i łez?

- Na pewno to będzie rok wytężonej pracy. Czekają nas sportowa przebudowa, zmiany organizacyjne i finansowe. Musimy się dostosować do funkcjonowania w nowych realiach. Ale do tego wszystkiego podchodzę z entuzjazmem. Te wszystkie trudności i problemy, które się pojawiają, nie zniechęcają mnie, a wręcz przeciwnie - wyzwalają jeszcze większą adrenalinę i motywują do ciężkiej pracy.