Nie ma trupa w szafie Śląska: Piotr Waśniewski odpowiada na atak prezydenta Dutkiewicza i prezesa Żelema

Bawi mnie, gdy prezes Żelem zapowiada legendarny już audyt. Śląsk ostatnio przeszedł dwa audyty potrzebne do wyceny akcji: dokumenty księgowe spółki są prowadzone w sposób wzorowy. W Śląsku nie ma mowy o wypadaniu jakichś trupów z szafy - mówi Piotr Waśniewski, były prezes klubu.
Chcesz wiedzieć więcej? Zapisz się na nasz newsletter Śląsk Extra

Michał Karbowiak: Nowy prezes Śląska Paweł Żelem twierdzi, że przyszedł do klubu gasić pożary. Czyli pan jako jego poprzednik był piromanem, takim, który mógł doprowadzić do zniszczenia Śląska?

Piotr Waśniewski: Czytałem ostatnie wywiady nowego prezesa Śląska Pawła Żelema dla "Gazety Wyborczej" oraz prezydenta Rafała Dutkiewicza dla "Gazety Wrocławskiej". I żal miesza mi się z niedowierzaniem. Odnoszę wrażenie, że sukcesy sportowe tego klubu - trzy medale w trzy lata, gra w europejskich pucharach - to największe zło, jakie przytrafiło się Śląskowi. Nie rozumiem, jak można porównywać Śląsk z Lechią Gdańsk? Przecież my trzy razy z rzędu skończyliśmy ligę na podium, a w tym czasie Lechia głównie broniła się przed degradacją. Poza tym wypominanie wysokości kontraktów poszczególnym zawodnikom, którzy decydowali o sile tej drużyny, odbieram jako brak szacunku do ich osiągnięć i pracy. Myślę, że słowa prezesa i prezydenta mogły również zaboleć wiele osób, które w ostatnich latach włożyły wiele wysiłku, aby Śląsk prezentował się jak najlepiej i przyczyniły się do sukcesów tego klubu. Nowej ekipie życzę choćby części tej skuteczności, jaką my mieliśmy.

Pozostawił pan jednak Śląsk z długami. Prezes Żelem porównał sytuację klubu do samochodu jadącego w przepaść.

- To stwierdzenie jest absurdalne. Zgodnie ze statutem spółki zarząd nie mógł podejmować decyzji sportowych i finansowych powyżej 100 tys. zł bez zgody rady nadzorczej, w tym także przedstawiciela miasta, wiceprzewodniczącego Włodzimierza Patalasa. Wszystkie decyzje podjęte przez ten organ podczas mojej kadencji zapadały jednomyślnie, czyli zgadzali się na nie zarówno przedstawiciele Polsatu, jak i miasta, w oparciu o pełną wiedzę na temat kondycji spółki. Kontaktowaliśmy się osobiście, pisemnie, za pomocą e-maili czy telefonicznie, aby uzgodnić wszelkie kwestie. Wielokrotnie też rozmawiałem z przedstawicielami właścicieli Śląska o finansach spółki, apelowałem o współpracę. Każda moja decyzja poprzedzona była więc konsultacjami, a później zgodą właścicieli.

Obecne problemy Śląska wynikają z prostego faktu. Główni akcjonariusze nie wypełnili swoich deklaracji finansowych na rok 2013. Gdyby było inaczej, klub nie tylko nie miałby długów, ale dysponowałby pewną nadwyżką finansową. Wchodząc w poetykę prezesa Żelema, to nie jest kwestia jazdy w przepaść, tylko tego, że samochodem jadącym 200 kilometrów na godzinę nie da w ciągu sekundy zwolnić do 50 kilometrów.

Ale o tym, że współpraca między Polsatem a miastem nie układa się dobrze, wiedział pan co najmniej od 2012 roku. Mógł pan działać, aby klub nadal się nie zadłużał, nie żył na kredyt.

- Śląsk nigdy nie żył na kredyt. Zawsze funkcjonował, opierając się na deklaracjach właścicieli i zawartych umowach. Przypomnę, że ostatnie gwarancje o finansowaniu klubu zostały przedstawione przez miasto i Polsat wiosną 2013 roku, w trakcie procesu licencyjnego. Jeśli dodatkowo za każdym razem otrzymywałem akceptację i zgodę dla swoich działań, to co jeszcze miałem zrobić? Powstrzymywać się przed zmianami korzystnymi dla klubu tylko po to, żeby za chwilę od tych samych ludzi usłyszeć, że wyniki sportowe są słabe, a Śląsk się nie rozwija?

Pana pozycja wydaje mi się dość komfortowa. Za nic nie brał pan odpowiedzialności, wszystko może pan dziś zrzucić na właścicieli.

- Moja pozycja wcale nie była komfortowa, bo zgodnie ze statutem na wiele rzeczy nie miałem wpływu, a mimo to za wszystkie byłem rozliczany. Zresztą gdybym nie spełnił wyznaczonego mi zadania i nie uczynił ze Śląska beniaminka ekstraklasy, czołowej polskiej drużyny, to pewnie długo w klubie bym nie pracował. Byłem trochę jak obecnie trener Stanislav Levy. Jego zwierzchnicy cały czas mówią o odmładzaniu zespołu, ograniczaniu kosztów, a jednocześnie żądają walki o medale. Mission impossible.

Nie chciał pan odejść?

- Chciałem. I to kilka razy. Czułem się jednak odpowiedzialny za to, co robię, mimo wszystkich trudności widziałem dobre efekty naszej pracy. Poza tym na pewnym etapie byłem już chyba jedynym spoiwem między właścicielami, którzy za bardzo nie chcieli nawet ze sobą rozmawiać. Kontaktowali się głównie przeze mnie. Ten ostatni etap, w którym Śląsk był kartą przetargową w rozliczeniach między miastem a Polsatem w sprawie niezrealizowanej inwestycji na Maślicach, bardzo negatywnie odbił się na klubie. Z jednej strony wizerunkowo, z drugiej materialnie, bo obaj właściciele nie chcieli już przekazywać pieniędzy do spółki, by nie podwyższać jej wartości. Wiedzieli, że może ją przejąć tylko jedna strona.

Ile Śląsk ma długów?

- Nie mogę powiedzieć, bo po pierwsze - nie ma mnie już w klubie jakiś czas, a po drugie - to tajemnica handlowa. Wszystko jest jednoznacznie zapisane w księgach. Bawi mnie, gdy prezes Żelem zapowiada legendarny już audyt. Śląsk w ostatnim czasie przeszedł dwa audyty potrzebne do wyceny akcji, bo miasto przed przejęciem pakietu większościowego od Polsatu musiało mieć wiedzę na temat finansów spółki. Klub jest także po badaniu biegłego rewidenta między innymi dla potrzeb procesu licencyjnego. Uznano wówczas, że dokumenty księgowe spółki są prowadzone w sposób wzorowy. Poznanie finansów klubu powinno więc zająć tyle, co wydrukowanie kartki z systemu elektronicznego. W przypadku Śląska nie ma mowy o wypadaniu jakichś trupów z szafy.

Często zarzuca się panu, że nie potrafił przełożyć sukcesu sportowego na finansowo-marketingowy.

- Kompletnie się z tym nie zgadzam. Za mojej kadencji zanotowaliśmy jedną z najwyższych frekwencji w ekstraklasie, najwyższą oglądalność meczów w telewizji. Poza tym podpisaliśmy najwyższy w lidze kontrakt sponsorski z Tauronem i jedną z najkorzystniejszych w kraju umów ze sponsorem technicznym - firmą Puma. Tego wszystkiego nie dałoby się osiągnąć bez sukcesu sportowego oraz działań ludzi zatrudnionych w Śląsku.

Jako klub nie wyszkoliliście jednak żadnego piłkarza do pierwszej drużyny, a za dobre pieniądze sprzedaliście tylko Waldemara Sobotę.

- Jeśli chodzi o szkolenie, to tak naprawdę wszystko trzeba było dopiero poukładać po latach zaniedbań i zostało to zrobione. Powstała Akademia Piłkarska, w której trenują najlepsi chłopcy z Wrocławia i okolic, regularnie powoływani do reprezentacji regionalnych i krajowych. Jestem pewien, że efekty pracy Akademii w kontekście wzmocnień dla pierwszej drużyny przyjdą za dwa-trzy lata. Jeśli chodzi o Waldka Sobotę, to podkreślam, że naszym nadrzędnym celem nigdy nie było sprzedawanie zawodników. Właściciele w pierwszej kolejności chcieli zbudować markę klubu i poprawić frekwencję na meczach, tak byśmy mogli mocno wejść na nowy stadion. To się udało. W przypadku transferu Soboty było zresztą tak, że na początku letniego okna transferowego jego menedżer chciał mnie pominąć i skontaktował się bezpośrednio z Włodzimierzem Patalasem, twierdząc, że ma ofertę kupna zawodnika z Rosji za 400 tysięcy euro. Do dziś mam dokument, w którym przedstawiciele miasta - mimo moich oporów - wyrażają zgodę na taki transfer. Na szczęście zablokował go Polsat. Jak wiemy, potem udało się sprzedać Sobotę za milion euro.

Dobrych wyników Śląska naprawdę nie dało się osiągać taniej?

- Pytanie jest takie, czy osiągaliśmy je drogo? Co mają powiedzieć zespoły, które w trakcie naszych sukcesów dysponowały dwa lub trzy razy większym budżetem? A takich było kilka. Dzięki pracy i zaangażowaniu całego sztabu szkoleniowego i działu sportowego udało nam się stworzyć dobrą drużynę. Z powodu braku wielkich pieniędzy odchodzili od nas tacy gracze jak Celeban, Fojut czy Ćwielong. Naprawdę rozsądnie dysponowaliśmy posiadanym budżetem. Jasne, że zanotowaliśmy też kilka niepowodzeń, ale w piłkarskim biznesie trzeba się z tym liczyć.

Dziwię się, że Śląsk nie chce przedłużyć kontraktu z Adamem Kokoszką. To jest gracz wart o wiele więcej, niż za niego zapłaciliśmy. Pozostaje pytanie, czy klub będzie w stanie znaleźć kogoś o porównywalnym potencjale za podobnie małe pieniądze? We wszystkim trzeba zachować umiar. Jeśli Śląsk będzie wlókł się w ogonie ekstraklasy, to nie będą chcieli go oglądać kibice, a sponsorzy również się od niego odwrócą.

Taką przyszłość wróży pan Śląskowi?

- Życzę klubowi jak najlepiej. Ostrzegam jedynie, że optymizm i wymagania pana prezydenta Dutkiewicza co do wyników mogą być przesadzone. Trudno mi uwierzyć, aby o medale można było walczyć z o połowę mniejszym budżetem i opierając się na młodzieży. Dotychczasowe sukcesy zawdzięczaliśmy sporym inwestycjom finansowym właścicieli, trafnym decyzjom transferowym sztabu sportowego i ciężkiej pracy zawodników oraz trenerów Tarasiewicza, Lenczyka i Levego.

Uważam natomiast, że kolejne wypowiedzi członków zarządu odnośnie do dramatycznej sytuacji spółki są nieprawdziwe, niepotrzebne i nieszczere. Uderzają, niestety, przede wszystkim w wizerunek Śląska i w konsekwencji są działaniem na szkodę spółki.