Sport.pl

Trener Tadeusz Pawłowski o pracy w Śląsku: Chcę być jak Alex Ferguson

Przyjechałem do mojego klubu, mojego miasta, realizować marzenia. Chciałbym teraz osiągnąć sukces z pierwszym zespołem, a potem włączyć się w proces szkolenia młodzieży. Być jak Alex Ferguson, który w Manchesterze United znał każdego chłopca z akademii piłkarskiej
Jako piłkarz przedstawiłby się pan mistrzostwem Polski, Pucharem Polski i tytułem najlepszego strzelca w historii Śląska w ekstraklasie oraz w europejskich pucharach. A jako trener?

Tadeusz Pawłowski: Karierę szkoleniową zacząłem w Bregenz w Austrii jeszcze jako grający trener. Ze Schwarz-Weiss Bregenz byliśmy w lidze okręgowej, a celem zespołu było miejsce w środku tabeli. Zamiast tego po pierwszej rundzie mieliśmy już osiem punktów przewagi nad wiceliderem i sezon zakończył się awansem. Z kolei w SCR Altach w ciągu dwóch lat zrobiliśmy dwa awanse, a dodatkowo byliśmy rewelacją Pucharu Austrii. W ćwierćfinale wyeliminowaliśmy Austrię Wiedeń naszpikowaną reprezentantami różnych krajów. Sukcesy odnosiłem też, pracując ostatnio w Akademii Piłkarskiej landu Voralberg. Po 40 latach wygraliśmy mistrzostwo Austrii w hali, a dodatkowo moi zawodnicy cztery razy w ostatnich pięciu latach sięgali po złoto w konkurencjach technicznych takich jak żonglerka, strzały na bramkę itp. Piłkarze w takich zawodach startują indywidualnie, ale punkty sumuje się dla drużyny. Dzięki tym osiągnięciom mam duży autorytet i szacunek w landzie.

Pracę w Polsce pominął pan celowo?

- Nie, ale tu miałem raczej epizody, nigdzie nie przepracowałem całego sezonu. Byłem chwilę w Śląsku, w Motobi Kąty Wrocławskie czy w Polarze Wrocław. Teraz otwieram zupełnie nową kartę w zupełnie innym Śląsku.

Kartę, która dla wielu jest niewiadomą. Gdyby do drużyny przychodził Pawłowski napastnik - wszyscy byliby zachwyceni. Gdy przychodzi Pawłowski trener - wielu ma mieszane uczucia.

- Zdaję sobie sprawę, że po wielu latach nieobecności w Polsce mogę się wydawać anonimowy. Inna sprawa, że w naszym kraju są trenerzy, którzy notorycznie zawodzą, ale dostają pracę, bo znajdują się na karuzeli. Ja mam dwa najwyższe wykształcenia trenerskie UEFA: licencję UEFA Pro i osobną licencję do szkolenia młodzieży. Posiadam ogromne doświadczenie piłkarskie, jestem inteligentny i kontaktowy. Poradzę sobie.

To, że jest pan legendą Śląska, może w pracy pomóc czy raczej zaszkodzi? Na razie częściej słyszę, jak mówią do pana per "Tadziu" niż "panie trenerze".

- To, jak kto się do mnie zwraca, naprawdę nie ma znaczenia. Chcę za to wzajemnego szacunku i respektu. Kiedy pracowałem w akademii, najmłodsze dzieci mówiły do mnie "Teddy", a 18-latkowie "panie trenerze" i nie miałem z tym problemu. Bycie legendą Śląska ani mi nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Jeżeli będziemy osiągać sukcesy na miarę oczekiwań, to będę noszony na rękach. A jeżeli będzie odwrotnie, to mogę być wygwizdany czy stracić pracę. Powitaniem we Wrocławiu jestem wzruszony, ale wiem, że euforia wkrótce minie i wszyscy będą patrzeć na wyniki. One są potrzebne od zaraz.

Patrzył pan na terminarz Śląska w rundzie wiosennej? Wydaje się wyjątkowo trudny.

- Patrzyłem i wiem, jak jest. Może to dobrze, że mamy taki układ meczów? To powinno nas jeszcze bardziej mobilizować do ciężkiej pracy. Na wszystko staram się patrzeć pozytywnie, myślę o najbliższym meczu z Cracovią, który chcemy wygrać.

O Śląsku powiedział pan, że niewiele biega, jest mało dynamiczny. To dlatego, że większość piłkarzy ma taką charakterystykę, zawodnicy są słabo przygotowani, czy dlatego, że im się po prostu nie chce?

- Co do przygotowania nie będę się wypowiadał. Po pierwsze, nie przejrzałem jeszcze wszystkiego dokładnie, po drugie, nie zamierzam tworzyć sobie alibi. Co do zaangażowania piłkarzy, to widzę, że zespół chce biegać i chce pracować. Być może przy doborze zawodników do jedenastki trzeba zachować więcej balansu: zwrócić uwagę właśnie na ich charakterystykę. Wiadomo że nie każdy gracz jest sprinterem, ale wówczas muszą na niego pracować inni. Jednego wolniejszego w składzie da się schować. Jeśli jest ich więcej, robi się problem.

W ostatnich meczach Śląsk koszmarnie gra w defensywie.

- Rzeczywiście, jest pewien problem, szczególnie że większość bramek zespół traci po dośrodkowaniach. Albo zawodnicy przegrywają pojedynki główkowe, albo walkę o tzw. drugą piłkę. Tak było przy pierwszej bramce z Ruchem, gdzie mimo asysty dwóch obrońców Kuświk zdobył gola. Musimy to poprawić. To jest kwestia ustawienia się na boisku, przewidywania pewnych zagrań. Przy wysokich piłkach jest na to więcej czasu. Przykładowo przy trzeciej bramce dla chorzowian Tom Hateley musiałby wcześniej wyskoczyć. Nie zrobił tego i rywal stłamsił go w powietrzu.

Co jeszcze jest do poprawy?

- Właśnie piszę 10 przykazań dla piłkarzy. Przykłady: gramy jak najprościej, piłka nożna jest prostą grą, tylko my ją nadmiernie komplikujemy. Gramy dużo prostopadłych piłek, nimi zdobywa się teren. Zwracamy uwagę na jakość pierwszego podania i pierwszego kontaktu z piłką. Piłka na ziemi jest pod kontrolą, piłka w powietrzu nie. Utrzymujemy się przy piłce - niech biega za nią przeciwnik, a nie my. Być może to wydają się oczywistości, ale czasem piłkarz się na nich nie koncentruje. Gra, bo gra. Ja brak tego widzę niemal od razu, bo pracowałem z młodzieżą i zwracam uwagę na szczegóły.

Drużyna Śląska potrzebuje wstrząsu?

- Wstrząs źle się kojarzy, bo zaraz ludzie podpowiadają, żeby pięciu graczy wyrzucić. Jeśli więc wstrząsu, to raczej pozytywnego. Jeśli Śląsk nie wygrał ośmiu meczów z rzędu, to nasza praca nie może się ograniczyć tylko do boiska. Jest potrzebna integracja, dlatego zarządziłem wspólne wyjście na kręgle. Ono przyda się chłopakom, którzy do drużyny dołączyli niedawno po to, by poczuli się jej pełnoprawnymi członkami. Na początku trzeba się z piłkarzami dogadać, żeby realizowali założenia, żeby byli zdyscyplinowani, poza treningiem też dbali o swoje zdrowie. Pierwsze kroki ku temu zostały poczynione. Chłopcy przychodzą 45 minut przed treningiem, na pół godziny idą rozgrzewać się do siłowni.

A propos dbania o siebie. Słyszał pan o istnieniu w drużynie "grupy bankietowo-rozrywkowej"?

- Dopóki ja albo ktoś z zarządu nie udowodnimy piłkarzom niewłaściwego prowadzenia się, to nie chcę zajmować się plotkami. Na pewno nie zacznę prowadzenia drużyny od pytania znajomych we Wrocławiu, jak prowadzi się zespół. Widzę chłopców na treningu, potrafię ocenić, czy ktoś jest przygotowany do zajęć czy nie. Wiem też, że w sytuacjach kryzysowych różne gromy są ciskane na zawodników. Mam nadzieję, że za trzy tygodnie będzie inaczej. Oczywiście wraz z polepszeniem się wyników.

Jeszcze jako ekspert mówił pan, że niektórzy zawodnicy Śląska za szybko obrażają się na krytykę.

- Konstruktywną krytykę trzeba przyjąć i wyciągnąć z niej wnioski. Bez tego nie idzie się do przodu. Ja jako trener muszę mieć grubą skórę - poradzić sobie zarówno z piłkarzami, jak i z tym, że ktoś narzeka na moje CV. Piłkarze też muszą dawać sobie radę z presją i negatywnymi ocenami. Na pewno po meczu będziemy robić analizy, podczas których opowiemy sobie o tym, co było źle. Taka analiza powinna jednak zajmować od trzech do pięciu minut. O pozytywnych momentach powinno się zaś mówić przynajmniej kwadrans.

Pan jest większą szansą dla Śląska czy Śląsk dla pana?

- Obie strony mogą na tym skorzystać. Ja tu nie przyjechałem robić kariery, szukać jakiejś odskoczni do Europy. Przyjechałem do mojego klubu, mojego miasta, realizować swoje marzenia. Chciałbym pracować tu dłużej: teraz osiągnąć sukces z pierwszym zespołem i awansować do ósemki, bo takie są oczekiwania. Potem włączyć się w proces szkolenia młodzieży i wykorzystać swoje wieloletnie doświadczenie. Być jak Alex Ferguson, który w Manchesterze United znał każdego chłopca z akademii piłkarskiej

Myśli pan co będzie, jak Śląsk spadnie z ekstraklasy?

- Nie. Szczerze mówiąc, nawet mi to do głowy nie przyszło.

Więcej o: