Dalibor Stevanović deklaruje: Chętnie zostanę w Śląsku

- Swoje już zobaczyłem: w Hiszpanii grałem przeciwko Barcelonie, w Holandii rywalizowałem z Luisem Suarezem. Dziś chętnie zostałbym w Śląsku na dłużej - mówi Dalibor Stevanović
ROZMOWA Z Daliborem Stevanoviciem

Dawid Antecki: Przygodę ze Śląskiem rozpoczynał pan od zdobycia mistrzostwa Polski, a może pan ją zakończyć spadkiem z ekstraklasy.

Dalibor Stevanović: Jesteśmy spokojni o utrzymanie. Nasza obecna sytuacja jest frustrująca, wiemy jednak, że jeśli będziemy prezentować atrakcyjną piłkę, wyniki wreszcie przyjdą. Przecież to nierealne, aby nieźle grać w piłkę i w ogóle nie punktować. Miejsce Śląska jest w ekstraklasie - nie w grupie spadkowej, ale w czołówce stawki. Dla mnie pod względem sukcesów sportowych pobyt we Wrocławiu jest najlepszy w karierze i zamierzam podtrzymać tę passę. Grałem w kilku krajach, ale dopiero w Polsce poczułem smak medali: zdobyłem mistrzostwo, trzecie miejsce czy Superpuchar kraju. Wraz z rodziną czujemy się tutaj jak w domu. Mam nadzieję, że będzie mi dane grać dla Śląska dłużej niż jeszcze dwa miesiące [kontrakt piłkarza wygasa w czerwcu - przyp. red.].

Były już jakieś rozmowy o nowej umowie?

- Nie dostałem jeszcze żadnej oficjalnej oferty ze strony Śląska. Wiem, że póki co klub nie wie, jakim budżetem będzie dysponował w nowym sezonie. Mam jednak nadzieję, że się dogadamy i będę mógł tu zostać. Niestety, w piłce nożnej nie wszystko zależy wyłącznie od zawodnika.

Nie kusi pana wyjazd do silniejszej ligi niż polska?

- W karierze swoje już zobaczyłem, nie mogę narzekać. Występowałem w wielu krajach, w najmocniejszych ligach świata. W Hiszpanii grałem przeciwko Barcelonie z Samuelem Eto'o i Ronaldinho w składzie, w Holandii rywalizowałem z Luisem Suarezem - wówczas napastnikiem Ajaksu Amsterdam, a dziś gwiazdą ligi angielskiej. Nie ustrzegłem się też złych decyzji, ale przejście do Śląska z pewnością do nich nie należy. Naprawdę nie mam nic przeciwko pozostaniu w Polsce na dłużej, tym bardziej że nie uważam tutejszej ligi za słabą.

Nie chciałby pan zarabiać więcej niż we Wrocławiu?

- Pieniądze to nie wszystko, nauczył mnie tego wyjazd do Izraela. Pojechałem tam skuszony korzystnym kontraktem, a przeżyłem najgorszy okres w karierze. Do klubu ściągnęli mnie oszuści, którzy już po miesiącu powiedzieli, że nie mają środków, by wypłacać pensje. Dodatkowo wówczas zaognił się konflikt pomiędzy Palestyńczykami a Izraelczykami. W trosce o rodzinę zdecydowałem, aby żona opuściła miasto, i mieszkałem tam sam.

Na Ukrainę nie pojechał pan dla pieniędzy?

- Wbrew pozorom w ukraińskiej ekstraklasie jest bardzo wysoki poziom sportowy. Gra tam wielu piłkarzy z Ameryki Południowej, tylko w Wołyniu Łuck, moim klubie, było sześciu Brazylijczyków. Poza tym w lidze błyszczeli w tamtym czasie m.in. Henrikh Mkhitaryan, obecnie zawodnik Borussii Dortmund, a karierę kończył Andrij Szewczenko. Na Ukrainie nie było też problemów z warunkami do gry czy kłopotów finansowych. Pod tym względem wiele zachodnich klubów może zazdrościć drużynom z tamtej części Europy.

To dlaczego nie został pan tam na dłużej?

- Jedynym mankamentem był sam Łuck - tam czas jakby zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. W ponad 200-tysięcznym mieście nie mogłem znaleźć normalnego mieszkania: w ciągu trzech miesięcy obejrzałem ich chyba 15. Przez to nie sprowadziłem na Ukrainę rodziny, cały okres gry w Łucku przemieszkałem samotnie w hotelu. Na szczęście miałem krótkoterminową umowę z klubem, a dodatkowo w grudniu pojawiła się oferta ze Śląska. We Wrocławiu zaproponowano mi mniejsze pieniądze niż te, które gwarantował mi Wołyń w nowym, dwuletnim kontrakcie. Nauczony doświadczeniem z Izraela, postanowiłem mimo to wyjechać do Polski.

Oferta ze Śląska pojawiła się w idealnym momencie - historycznego sukcesu klubu.

- Drużyna znajdowała się na fali wznoszącej - takiego zespołu życzyłbym każdemu. Mieliśmy zgrany kolektyw, gdzie każdy miał jeden cel - wygrać kolejne spotkanie i zakończyć sezon jak najwyżej. Poza tym to była niezwykle doświadczona grupa piłkarzy, którym dobro klubu leżało na sercu. Byli przecież m.in. Dariusz Sztylka, Sebastian Dudek czy Krzysztof Wołczek. Każdy z nich dawał z siebie wszystko. Nasza gra nie była wtedy piękna, ale konsekwentna, wyrachowana. Rywale po prostu nie lubili z nami rywalizować.

Jaki jest pana stosunek do Oresta Lenczyka, trenera tamtej ekipy?

- Mogę być mu wdzięczny, że mnie tu ściągnął, ale przecież nie trenował za mnie i nie grał w meczach. Poza tym wszyscy wiemy, jakim jest człowiekiem, w pierwszej kolejności patrzy na swoje dobro, a dopiero potem na drużynę. Pokazało to choćby nagranie ze spotkania z prezydentem. Trener miał dziwne treningi, nigdzie indziej z podobnymi się nie spotkałem. Prawda jest jednak taka, że gdybym dzięki nim miał gwarancję zdobycia mistrzostwa, to zaakceptowałbym je na dziesięć kolejnych lat. Lenczykowi najlepiej po prostu podziękować, i tyle.

Następcą Lenczyka w Śląsku był trener Stanislav Levy. Czech miał stworzyć drużynę z Bundesligi, ale ostatnio pod jego wodzą graliście fatalnie.

- Okres z trenerem Levym to dla nas zagadka. Nie potrafię odpowiedzieć, co poszło nie tak. Przecież Śląsk w pewnym momencie grał najładniejszą piłkę w lidze: walczyliśmy jak równy z równym z Club Brugge, staraliśmy się postawić Sevilli. Po dziwnych treningach Lenczyka przyszła myśl zachodnia. Jednak ten pomysł nie wypalił - trudno odpowiedzieć dlaczego. Najprawdopodobniej zabrakło nam szerokiego składu, który akurat w tym sezonie byłby bardzo potrzebny. Trudno podsumować okres przepracowany z trenerem Levym. Ostatnie tygodnie nie wyglądały już najlepiej: wkradła się jakaś bezradność i wyniki były, jakie były. Teraz jest już jednak nowy trener Tadeusz Pawłowski i patrzymy z optymizmem w przyszłość.

Pawłowski, podobnie jak jego poprzednik, jest zapatrzony w Bundesligę. Skąd pewność, że tym razem pomysł wypali?

- Wydaje się, że wszyscy w zespole korzystamy na zmianie szkoleniowca. Mnie trener Pawłowski nie zmienił pozycji, ale dał więcej swobody w grze - dzięki temu mam więcej okazji do zdobycia bramek. Przy nowym trenerze gramy futbol, który lubi każdy, czyli ofensywny. Podczas meczów widać to po liczbie piłkarzy Śląska, którzy biorą udział w atakach.

Ktoś powie, że gra do przodu powoduje błędy z tyłu, lecz nasze problemy w defensywie nie wynikają ze słabej gry całej linii obronnej, ale z indywidualnych błędów. Mimo że zarówno Levy, jak i Pawłowski lubią czerpać z Bundesligi, to zmianie uległy również treningi. Są ciekawsze, bardziej urozmaicone. Poza samym przebiegiem zajęć mamy też sporo odpraw taktycznych, analizujemy grę najlepszych drużyn na świecie, podpatrujemy je, staramy się coś od nich zaczerpnąć.

Trener Pawłowski rozpoczął rządy w niemieckim stylu, ustalił porządek w drużynie. Na początek zmienił kapitana zespołu.

- Wszyscy byli tym zdziwieni, ale czy to powód, żeby tyle o tym mówić? Każdy wie, kim jest Sebastian Mila dla tego klubu i co dla niego zrobił. Nikt mu tego nie odbierze jakąkolwiek decyzją. Taka jest piłka, decyduje trener, a my możemy mu jedynie ufać, że wie, co robi. Piłkarze są w klubie od grania w piłkę, a nie dyktowania warunków i składania zażaleń.

Jednak nominacja na kapitana zespołu obcokrajowca, który jest w klubie od sześciu miesięcy, to przypadek niecodzienny.

- To pokazuje, że w drużynie liczy się każdy. Nieważne, czy jesteś wychowankiem klubu czy przyszedłeś do niego kilka miesięcy temu z innego kraju. Trener Pawłowski nowym kapitanem Śląska mianował Marco Paixao - zawodnika, który szybko stał się ważnym ogniwem zespołu i dobrze zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu.

Z tym bywa u obcokrajowców różnie.

- Każdy potrzebuje czasu na zapoznanie się z nowymi rozgrywkami, nieważne, jak dobry by był. To widać również w najlepszych ligach świata. Jedni aklimatyzują się po paru tygodniach, inni potrzebują na to nawet roku. Piłka nożna w Polsce jest o tyle specyficzna, że największy nacisk kładzie się na siłę i motorykę. Tutejszy piłkarz ma być przede wszystkim wybiegany. W porównaniu z ligą hiszpańską lub holenderską w Polsce trudniej rozegrać piłkę, bo szybko doskakuje do ciebie dwóch, trzech rywali. Z kolei w Holandii bądź Hiszpanii więcej jest pojedynków jeden na jeden.

Czegoś jeszcze brakuje w polskiej lidze?

- Wydaje się, że czasami jakości. Na to uczula nas trener Pawłowski, który przywiązuje szalenie dużo uwagi do pierwszego kontaktu z piłką. Przypomina nam, że podania, przyjęcia muszą być dokładne, bo łatwiej wtedy gra się reszcie drużyny. Mówi się też, że problemem w polskiej lidze jest duża rotacja na ławkach trenerskich. Dużo więcej zmian jest chociażby w lidze hiszpańskiej.