Sport.pl

Rafał Gikiewicz: W bramce jestem niezłym wariatem

- Mam nadzieję, że mój transfer do niemieckiego Eintrachtu Brunszwik pokaże paru osobom w Śląsku, że za szybko mnie skreślono. Cieszę się, że wreszcie będę mógł powalczyć o miejsce w bramce, bo w ostatnich miesiącach nie umożliwiono mi tego - mówi Rafał Gikiewicz, były bramkarz Śląska Wrocław
Kilkanaście dni temu Rafał Gikiewicz za porozumieniem stron rozwiązał kontrakt ze Śląskiem i odszedł z niego za darmo. Praktycznie natychmiast podpisał kontrakt z niemieckim klubem Eintracht Brunszwik.



Dawid Antecki: Czuje się pan bohaterem jednego z większych w ostatnim czasie transferów Polaka?

Rafał Gikiewicz: Kiedy podpisywałem kontrakt z Eintrachtem był klubem z 1. Bundesligi, więc to faktycznie robi wrażenie (Eintracht walczył do ostatniej kolejki o uniknięcie degradacji, ale w sobotę 10 maja zespół został jednak zdegradowany z 1. Bundesligi - przyp. red.). Dla mnie nobilitacja, że szefowie takiego klubu podpisali ze mną kontrakt. Miło było wreszcie przeczytać w internecie coś pozytywnego na swój temat. Zawsze jednak powtarzam, że od transferu do zaistnienia w nowym klubie i zostania bohaterem jest długa droga.

Zanotował pan spory awans: z trzecioligowych rezerw polskiego zespołu do ligi niemieckiej.

- Cieszę się, że wreszcie będę mógł powalczyć o miejsce w bramce, bo w ostatnich miesiącach nie umożliwiono mi tego. W końcu wracam na właściwe miejsce. Mam nadzieję, że ten transfer pokaże paru osobom, że za szybko mnie skreślono. Myślę, że jeśli nadal będę się tak rozwijał, to w przyszłości będzie o mnie jeszcze głośniej niż przy okazji tego transferu. Póki co szczyt mojej góry to Eintracht Brunszwik, ale jak już się na nią wdrapię, to będę chciał określić sobie nowy, jeszcze wyższy cel.

Jeszcze niedawno bronił pan strzały Ivana Rakiticia z Sevilli, a wkrótce musiał pan trenować z juniorami z drugiej drużyny. To musiał być frustrujący etap w karierze.

- To był mój czas na inwestowanie w siebie. Regularnie chodziłem na basen i gimnastykę. Organizowałem sobie czas w taki sposób, aby go nie zmarnować. Na treningach trzecioligowych rezerw zawsze dawałem z siebie wszystko, a mogłem udawać kontuzję i być na zwolnieniu. Droga na skróty nie jest jednak w moim stylu. Wiele nauczyłem się przez te cztery miesiące, będąc odsuniętym od pierwszego zespołu. Przede wszystkim popracowałem nad swoją cierpliwością.

Kiedy pojawiły się pierwsze sygnały zainteresowania ze strony niemieckiego klubu?

- Po transferze dowiedziałem się, że Eintracht obserwował mnie już od czerwca ubiegłego roku. Klubowy skaut pojawił się na kilku meczach Śląska. Później pod koniec października przestałem bronić, więc zainteresowanie zmalało. Z kolei pierwsze głosy na temat transferu do Niemiec dotarły do mnie w styczniu. Z różnych względów nie udało się go wtedy sfinalizować. Zaproszenie na testy do Brunszwiku otrzymałem w marcu.

Długo czekał pan na ostateczną decyzję ze strony Eintrachtu?

- Od momentu przejścia testów do podpisania kontraktu minęło 15 dni. W międzyczasie Niemcy dopytywali, jak wygląda moja sytuacja kontraktowa ze Śląskiem. Nie znając jeszcze ostatecznej decyzji Eintrachtu, postanowiłem zaryzykować i rozwiązać ze Śląskiem umowę.

Jakie wrażenie zrobił na panu Eintracht?

- Mimo że w Brunszwiku nie byłem zbyt długo, to już zdążyłem poczuć niemiecką precyzję. Pobyt był idealnie zorganizowany. Najpierw Niemcy zaprosili mnie z rodziną do miasta, aby zobaczyć otoczenie. Oznajmiono mi, że najpierw ma nam się spodobać miasto, aby czuć się w nim komfortowo. Dopiero potem zabrano mnie do klubu. Jeszcze przed pierwszym treningiem pokazano mi niemal wszystko, od stadionu, po pokoje do masażu, boiska treningowe czy salę konferencyjną. Na treningach towarzyszyły mi kamery, które rejestrowały wszystko, nie tylko moje interwencje, ale i zachowanie. Przez moment czułem się jak bohater filmu w kinie, ale szybko pozbyłem się tej świadomości i skupiłem się na swojej pracy, bo wiedziałem, że to moja szansa. Wiedziałem, że trzymałem w rękach swoją przyszłość i albo to zawalę, i będę żałował do końca życia, albo wykorzystam szansę.

Decyzja o wyjeździe na testy do zespołu z 1. Bundesligi, w trakcie karnych treningów z rezerwami i bez regularnej gry, była odważna.

- To fakt, że pojechałem do Brunszwiku pokazać się tamtemu sztabowi szkoleniowemu, gdy ostatni mecz rozegrałem cztery miesiące wcześniej. Mimo to wierzyłem w swoje umiejętności. Przyznam, że po testach sam byłem z siebie zadowolony. Wiedziałem, że zrobiłem wszystko, na co mnie stać. Miałem jednak świadomość tego, że ktoś może w każdej chwili przyjść i powiedzieć mi: "Było OK, ale jesteś za słaby".

Jestem typem wojownika. Do Śląska też dostałem się poprzez dwudniowe testy. Nie jestem zwolennikiem transferów, które przeprowadza się w głównej mierze na podstawie materiałów filmowych na płycie. Piłkarz ma satysfakcję, jak przyjedzie do nowego miejsca i zrobi wrażenie na sztabie szkoleniowym. Oczywiście trzeba się również liczyć z porażkami, ale taki przecież jest sport. Nawet najlepsi mają czasami pod górkę.

Rozmowy ze Śląskiem o rozwiązaniu kontraktu były jednak długie.

- Trochę czasu minęło, zanim osiągnęliśmy kompromis, ale lepiej późno niż wcale. Na pewno nie można jednak powiedzieć, że chodzi mi tylko o pieniądze. Byłem gotów negocjować rozwiązanie kontraktu już zimą, ale nie mogliśmy się dogadać ze Śląskiem co do warunków. Ostatecznie jednak postanowiłem zrzec się trzymiesięcznej pensji oraz pewnej części premii. Zapewniam, że nie ma mowy o kwocie rzędu pół miliona złotych, jak podawały niektóre media.

Wiele osób mówiło, że zesłanie do rezerw będzie początkiem kolejnych afer z panem w roli głównej.

- Niektórzy mówili, że jak Gikiewicz tylko zostanie przesunięty do rezerw to będzie gorąco. Z pewnością kilka osób liczyło na to, że zacznę w wywiadach krytykować pewnych ludzi i głośno mówić w mediach o pewnych kwestiach. A ja wszystkich zaskoczyłem - postanowiłem się zaszyć i robić swoje, bez względu na to, gdzie trenowałem. Nie tylko nie udzielałem wywiadów, ale przestałem nawet chodzić na mecze Śląska. Wszystkie spotkania oglądałem w domu przed telewizorem.

Po ostatnim meczu Śląska w 2013 roku spodziewał się pan, że to może być koniec przygody z Wrocławiem?

- Już w czasie świąt miałem sygnały, że Śląsk chce mnie przesunąć do tzw. Klubu Kokosa. Po powrocie z urlopu byłem przygotowany na taką sytuację. Skłamałbym jednak, mówiąc, że wówczas nie gotowała się we mnie krew. Kiedyś ktoś mi jednak powiedział: "Giki, nie szukaj logiki". Posłuchałem tej rady i skupiłem się na wykonywaniu swoich obowiązków. Nie wybiegałem wtedy daleko w przyszłość.

Dzięki tej trudnej sytuacji dowiedziałem się przynajmniej, na kogo mogę liczyć, a kto nie jest godzien mojego zaufania. Jak broniłem, to wszyscy poklepywali mnie po plecach i byli moimi kumplami. A gdy nagle na cztery miesiące wypadłem z pierwszej drużyny, to liczba kolegów drastycznie spadła.

W Śląsku wszystko, co złe, zawsze związane było z braćmi Gikiewiczami. Afera alkoholowa z Patrikiem Mrazem, bójka po meczu z Zawiszą z Przemysławem Kaźmierczakiem. Nie czuł się pan z kozłem ofiarnym?

- Wielu osobom przeszkadzało, że jestem wesoły, wygadany i mam dobry kontakt z mediami. Nie widzę w tym nic złego. Dziś tak samo jest w przypadku braci Paixao i nikt nie widzi w tym problemu. Piłka nożna to mój zawód. Robię to, co kocham, trenuję dwie godziny dziennie, a przy tym zarabiam duże pieniądze, więc nie rozumiem, dlaczego mam być smutny. Nigdy nie odizolowywałem się od drużyny. Dowodem tego mogą być chociażby SMS-y z gratulacjami po transferze do Eintrachtu od kolegów ze Śląska: Dalibora Stevanovicia, Odeda Gavisha, Sebino Plaku i graczy z rezerw.

Ale z kilkoma kolegami z drużyny relacje były chyba, delikatnie mówiąc, chłodne.

- Wiem, do czego pan zmierza. Nie znam osoby, która nie stanęłaby po stronie rodziny. Miałem w szatni brata bliźniaka, więc w moim przypadku wybór był prosty, tym bardziej że w sytuacji z Mrazem to Łukasz miał rację. Tamten temat po krótkiej wymianie zdań z Sebastianem Milą w szatni szybko się jednak skończył. Rozmiary konfliktu rozdmuchały media. Dziś nie ma już między nami żadnych zatargów. Podobnie wyglądała sytuacja z Przemysławem Kaźmierczakiem i konfliktem po meczu z Zawiszą. W drużynie nie może być przecież 20 poukładanych grzecznych chłopców. Po mistrzostwo Polski Śląsk sięgnął, mając w kadrze całą grupę wybuchowych charakterów. To był atut Śląska, że zespół składał się z wariatów, graczy doświadczonych i młodych, głodnych sukcesu i piłkarzy z ogromnymi umiejętnościami. Sukces zawsze rodzi się w bólu. Nikt nie dał nam medali za darmo.

Ma pan żal do szkoleniowców Śląska, którzy pracowali w tym czasie w klubie?

- Nie jestem typem osoby rozżalonej. Co prawda, trener Tadeusz Pawłowski w pierwszych dniach pracy w Śląsku mówił w mediach, że porozmawia z każdym piłkarzem. Dla mnie chyba zabrakło czasu, chociaż staram się go zrozumieć. Przecież Śląsk wtedy walczył o awans do grupy mistrzowskiej, więc nowy szkoleniowiec miał sporo pracy. Szkoda jednak, że trener Pawłowski nie dał mi szansy, tylko w tej sytuacji polegał na opiniach innych ludzi.

Natomiast u trenera Stanislava Levego poczułem się numerem 1 Śląska Wrocław. To Czech zdecydował się na mnie postawić. Mając drugiego bramkarza Mariana Kelemena, nie każdy zdecydowałby się na coś takiego.

A jak przebiegała pana rywalizacja z Kelemenem o miano pierwszego bramkarza Śląska?

- Walka z Marianem Kelemenem o miejsce w składzie była pozytywna dla zespołu. Dzięki codziennym treningom ze Słowakiem wiele się od niego nauczyłem. Już sama rywalizacja z takim golkiperem podnosi umiejętności. Może nie padaliśmy sobie w ramiona, ale się szanowaliśmy.

Nie żałuje pan transferu do Śląska?

- Ani trochę. Co prawda, może nie zagrałem przez trzy lata w 200 meczach w barwach wrocławskiej drużyny, ale trenowałem z najlepszymi piłkarzami w Polsce, którzy regularnie kończyli sezon na podium. Byłem w zespole, którym rządził świetny kapitan - Sebastian Mila, trenowałem z jednym z najlepszych bramkarzy w lidze Marianem Kelemenem. Poza tym mieszkałem w pięknym mieście, wystąpiłem w meczu inauguracyjnym na nowym stadionie i grałem przeciwko wielkim drużynom jak Club Brugge czy Sevilla. Przeżyłem dwóch zupełnie różnych trenerów: Oresta Lenczyka i Stanislava Levego. Współpraca z każdym z nich czegoś mnie nauczyła. Nie mogę żałować takiego okresu w swojej karierze. Gdybym żałował, musiałbym oddać mistrzowski medal. Na dowód tego, że nie żałuję, szczerze przyznam, że opuszczając klubowy budynek przy Oporowskiej, zakręciła mi się łza w oku. Kiedyś, jak mój syn będzie starszy, opowiem mu, z jakimi piłkarzami grałem w Śląsku. Mam nadzieję, że za parę lat ktoś i o mnie powie "Grałem kiedyś w drużynie z niezłym wariatem w bramce".

Więcej o: