Sport.pl

Śląsk nierówny, ale nie narzekajmy. Wygrywa

Śląsk z Zawiszą nie zagrał porywająco, ale zwyciężył 2:1. Bohaterem wrocławian jest Robert Pich, strzelec dwóch goli.
Początek obecnego sezonu ewidentnie należy do słowackiego skrzydłowego Śląska. Na gwiazdę ligi typowany był już pół roku temu, kiedy do zespołu przychodził. Wówczas grał jednak słabo. Teraz gwiazdą rzeczywiście się stał - swojej drużyny i całej ekstraklasy.

Robert Pich w pierwszych trzech meczach sezonu strzelił cztery gole i dorzucił jedną asystę. To w dużej mierze dzięki niemu wrocławianie zanotowali dotąd dwa zwycięstwa. W tym niedzielne z Zawiszą.

Wreszcie odpalił

Przygaszony wcześniej Słowak ewidentnie odpalił. Jest szybki, dobry technicznie, wygrywa pojedynki jeden na jednego. Ale przede wszystkim z jego umiejętności wreszcie korzysta zespół. I to jak. Z bydgoszczanami Pich zdobył dwa gole, zwłaszcza ten drugi był przepiękny. W 28. minucie piłkarz indywidualnie zakończył akcję po podaniu ze środka boiska. Uderzył technicznie w okienko, a bramkarz Zawiszy Andrzej Witan był kompletnie bez szans.

Co ciekawe, po tym trafieniu skrzydłowy Śląska nie cieszył się tak ekspresyjnie jak w 8. minucie, kiedy trafił po raz pierwszy płaskim strzałem po ziemi. Gol ładniejszy przyszedł mu jakby łatwiej, jakby już wiedział, że z Zawiszą znów ma swój dzień.

- Z Ruchem trafiłem, kiedy na trybunach była moja rodzina. Teraz siedziało tam kilku kumpli, nawet więcej osób niż za pierwszym razem. Skoro strzelam, kiedy na stadion przychodzą ludzie mi bliscy, to muszę iść ściągnąć jak najwięcej - żartował Słowak po meczu przed kamerami telewizji NC+. Miejsca będzie miał dość. Z Zawiszą na 40-tysięcznym obiekcie było tylko ponad 6 tys. kibiców. Reszta pewnie wystraszyła się burzy, która szalała nad miastem na kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem spotkania.

Polacy w defensywie

Bohaterem meczu Śląska z Zawiszą był więc Słowak, choć statystycznie większe szanse na to miał jakiś Brazylijczyk lub Portugalczyk. Po podliczeniu piłkarzy obu drużyn wynika, że na boisku biegało w niedzielę aż dziewięciu przedstawicieli tych krajów. Więcej niż Polaków. A na ławce trenerskiej Zawiszy siedział jeszcze przecież trener Jorge Paixao. Mimo to spotkanie obu drużyn trudno uznać za porywające, toczone w południowym stylu. Kibice oglądali trzy gole, choć strzałów celnych w pierwszej połowie było raptem pięć. W drugiej zero.

Składnych akcji z zaangażowaniem wielu graczy danego zespołu również mieliśmy niezbyt wiele. Zarówno wrocławianie, jak i bydgoszczanie byli momentami chaotyczni, zwłaszcza w drugiej linii. W Zawiszy dotyczyło to kilku zawodników. W Śląsku dotyczyło głównie indywidualnych błędów defensywnego pomocnika Lukasa Droppy.

W zespole gości było widać, że on właściwie się tworzy, w porównaniu z zeszłym sezonem zaszło w nim sporo zmian. We Wrocławiu na boisku w Zawiszy nie było m.in. kontuzjowanych Michała Masłowskiego czy Harolda Goulona czy sprzedanego do Legii Warszawa Igora Lewczuka. Nawet w porównaniu z poprzednim spotkaniem z Jagiellonią Białystok trener Paixao w podstawowej jedenastce dokonał aż sześciu roszad.

Trudno gonić

Tadeusz Pawłowski mimo klęski w Szczecinie rotował nieco mniej, ale i tak jego drużyna wciąż próbowała przystosować się do braku w ataku Marco Paixao. Tym razem rozwiązaniem miało być wystawienie w jego miejsce Mateusza Machaja. Wyszło przeciętnie, dobrze, że był skuteczny Pich.

Słowak poza bramkami miał również udział w jednej bardzo ważnej akcji. W 60. minucie po faulu na nim drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną otrzymał Luis Carlos. Zawisza przegrywał wówczas we Wrocławiu jedną bramką - wcześniej gola dla gości zdobył Kamil Drygas - i chciał gonić wynik. Ale w dziesiątkę i w obecnej dyspozycji zespołu było to bardzo trudne.

Inna sprawa, że Śląsk przewagi liczebnej nie potrafił wykorzystać. Wrocławianie nie tworzyli akcji ofensywnych, nie zawsze byli dokładni w rozegraniu. Szansę na podwyższenie wyniku mieli właściwie tylko jedną. W 92. minucie po kolejnym błędzie bydgoszczan Sebastian Mila huknął w poprzeczkę. Potem spotkanie się skończyło.

Niepokonani u siebie

Z pewnością Śląsk na początku sezonu nie prezentuje wysokiej formy, nie gra porywająco. Można mieć uwagi co do słabej postawy lewego obrońcy Dudu (dał się łatwo ograć przy golu dla bydgoszczan), można niepokoić się ogromną nieregularnością defensywnych pomocników czy słabszą dyspozycją Flavio Paixao. Ale wrocławianie w trudnych przecież warunkach odnieśli dwa zwycięstwa. U siebie nie przegrali po raz dziewiąty z rzędu. To również trzeba docenić.

W środę Śląsk zagra u siebie z Borussią Dortmund - wicemistrzem Niemiec i finalistą Ligi Mistrzów sprzed roku. Europejską piłkę zobaczymy więc we Wrocławiu choć na chwilę. Oby w wykonaniu obu drużyn.



Więcej o: