Najlepszy strzelec piłkarskiej ekstraklasy: W polskiej piłce prawie wszystko kręci się wokół pieniędzy

- Czasami ojciec był na mnie zły, kiedy parę lat temu jeździłem na treningi, zamiast w tym czasie pomagać mu zbierać kamienie z pola - mówi Mateusz Piątkowski, piłkarz Jagiellonii Białystok, najlepszy strzelec ekstraklasy.
Wrocław.Sport.pl - jesteśmy także na Facebooku >>

Piątkowski urodził się w Bielawie. Większość dotychczasowej kariery spędził na Dolnym Śląsku, ale mimo to ani Śląsk Wrocław, ani Zagłębie Lubin nie zagięły na niego parola. Przygodę z piłką zaczynał w Orle Piława Górna, później była Lechia Dzierżoniów, Polar Wrocław, Gawin Królewska Wola, GKP Gorzów Wielkopolski, Dolcan Ząbki i wreszcie Jagiellonia Białystok, do której trafił ponad rok temu. Na najwyższym poziomie zadebiutował dopiero w wieku 28 lat. W swoim drugim sezonie w ekstraklasie strzela gola za golem, po 11 kolejkach z dziewięcioma trafieniami na koncie jest jej najlepszym strzelcem.

Rozmowa z Mateuszem Piątkowskim, napastnikiem Jagiellonii:

Dariusz Łuciów: Wie pan, jaki jest stereotyp piłkarza w Polsce?

Mateusz Piątkowski: Wiem. Ludzie widzą w nas osoby, które zarabiają dużo pieniędzy, robią to, co lubią i pracują tylko półtorej godziny dziennie. Wszystkim wydaje się, że większość czasu spędzamy na przyjemnościach: kino, kawa w restauracji, zakupy w galerii i przejażdżki wypasionymi samochodami.

A tak nie jest?

- Tak myślą ludzie, którzy znają nas tylko z gazet, z telewizji. Zazdrość i zawiść to polskie cechy narodowe. Nie lubimy, kiedy komuś wiedzie się lepiej. Piłka nożna, jak każdy inny sport, wymaga ogromnego poświęcenia i wielu wyrzeczeń. Jeśli nie podporządkujesz jej całego życia, to nic nie osiągniesz. Na samym talencie daleko nie zajedziesz. Jeśli ktoś uważa, że bycie piłkarzem jest łatwe i przyjemne, nie trzeba prezentować wysokiego poziomu, żeby dobrze zarobić, to życzę mu powodzenia. Nikt nikomu nie zabronił pójść na trening i grać w piłkę. Tak samo jak ja mógłbym zostać prawnikiem czy lekarzem, tak ktoś inny mógł zostać piłkarzem.

Pytam o ten stereotyp piłkarza nie bez przypadku, bo trochę się z niego pan wyłamuje.

- Nie powiem, że jak mam wolną chwilę, to nie pójdę do kina czy galerii, bo byłbym hipokrytą. Preferuję inne formy rozrywki. Wolę pójść na spacer do lasu na grzyby, nad jezioro na ryby czy na rower. Szukam rozrywek, dzięki którym mogę się wyciszyć.

Piłkarz i rolnik to niecodzienne połączenie.

- Wychowałem się na wsi, w Piławie Dolnej niedaleko Bielawy. Od małego pomagałem rodzicom, którzy prowadzą kilkusethektarowe gospodarstwo. Teraz na polu pracują tata i dwaj bracia, którzy także grają w piłkę. Mnie jeżdżącego ciągnikiem czy kombajnem nikt nie spotka (śmiech ). Nie mam na to czasu, w domu jestem tylko gościem. Pamiętam jednak, że czasami ojciec był na mnie zły, kiedy jeszcze parę lat temu kilka razy w tygodniu jeździłem 120 km do Królewskiej Woli na treningi, zamiast w tym czasie zbierać kamienie z pola. Ale nigdy nie bałem się ciężkiej pracy.

Po zakończeniu kariery będzie miał pan co robić?

- Piłka nożna jest całym moim życiem, ale mam świadomość, że bez niej sobie poradzę i nie zginę. Jednak wielu piłkarzy żyje z dnia na dzień. Nie myślą o przyszłości. A po zakończeniu kariery nie są w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, bo nie mają wykształcenia i umiejętności, które pozwoliłyby podjąć im inną pracę. Niektórzy starają się inwestować pieniądze zarobione na boisku, ja również. Mam kilka pomysłów na siebie. Wiem, że zawsze mogę wrócić na gospodarkę i potraktować to jako sposób na życie. Skończyłem także studia trenerskie na AWF-ie we Wrocławiu. Mam już pewne doświadczenie, bo kiedy grałem w Polkowicach, to pracowałem w klubie z młodzieżą. To dla mnie komfort, bo w razie jakiejś niespodziewanej kontuzji wiem, że dam sobie radę w życiu.

Tak jak w ekstraklasie.

- W Polsce kibice ekscytują się ekstraklasą, lekceważąc przy tym I ligę. Niewiele dzieli je pod względem sportowym. Ekstraklasa to tylko ładniej zapakowany produkt, głównie ze względu na nowe stadiony, transmisje telewizyjne i większą liczbę kibiców. Przed debiutem w ekstraklasie nogi mi nie drżały. Zawsze wiedziałem, że stać mnie na dobrą i skuteczną grę na wyższym poziomie. W poprzednim sezonie miałem tylko problem ze strzelaniem bramek, ale byłem przekonany, że to się zmieni. I tak się dzieje. To, że zacząłem teraz strzelać gole, nie znaczy, że czuję się lepszym zawodnikiem niż rok czy dwa lata temu. Pozwoliło mi to jednak wejść na inny poziom mentalny.

Dlaczego tak późno trafił pan do ekstraklasy?

- Wcześniej grałem w mało medialnych klubach, które nie miały zbyt wielu kibiców. To nie były drużyny, na których mecze przyjeżdżali menedżerowie, skauci czy prezesi. Z takich zespołów ciężko się wybić. Wiem, że w pewnym momencie zbyt długo grałem w Gawinie Królewska Wola. To wioska pod Wrocławiem, mieliśmy bardzo dobrą drużynę, ale graliśmy sami dla siebie. Dla mnie to było wygodne, bo mogłem spokojnie skończyć studia. Wiem, że wtedy kosztem wykształcenia mogłem spróbować sił w wyższej lidze.

Na przeszkodzie mógł stanąć także pana charakter?

- Jestem prostolinijny, szczery. Jak coś się nie podoba, to mówię prawdę prosto w oczy. Z tego powodu naraziłem się wielu osobom. Źle bym się czuł, gdybym zrobił coś wbrew sobie.

Trenerzy nie mieli z panem łatwo?

- Wiem, że czasami powinienem ugryźć się w język, bo trenerzy mogli poczuć się, jakbym podważał ich autorytet. Ale nie miałem takich zamiarów. Większość szkoleniowców nie lubi zawodników zbyt pewnych siebie. Z trenerem nigdy się nie wygra i jak będzie chciał, to cię zniszczy. W jednym z klubów trener chciał mnie zniszczyć psychicznie i fizycznie i prawie mu się to udało. W miesiąc kazał mi zrzucić 10 kg, choć nie miałem żadnej nadwagi i ważyłem tyle co teraz, a w sparingach strzelałem bramki. Trener chciał jednak ściągnąć swojego zawodnika i niewykluczone, że podzielić się prowizją od menedżera za transfer.

A może zabrakło panu skutecznego menedżera?

- Ostrożnie podchodzę do współpracy z menedżerami. Oni szukają głównie okazji do zarobku, rzadko kiedy interesuje ich dobro zawodnika.

Mimo to piłkarze masowo korzystają z usług menedżerów.

- Znam wielu takich zawodników, którzy spotkali się z jednym menedżerem o godzinie 14, a dwie godziny później z kolejnym i podpisali umowy z oboma. Mimo że widzieli się pierwszy raz w życiu i w ogóle się nie znali. Ja taki nie jestem. Teraz, kiedy jestem najlepszym strzelcem ekstraklasy, dzwoni do mnie wielu menedżerów i obiecują wielkie kluby, ogromne pieniądze i inne kokosy. Przekonują, że bardzo mi pomogą, pod warunkiem, że tylko z nimi podpiszę umowę albo wyłączność na negocjacje. Do takich ludzi podchodzę z dystansem.

Sparzył się pan na kimś?

- Współpracowałem kiedyś z Michałem Karpińskim. Wówczas stawiał pierwsze kroki w menedżerce i podchodził do pracy z wielkim zaangażowaniem, bo nie miał zbyt wielu piłkarzy. Był dla mnie menedżerem, jakiego sobie wyobrażałem. Jednak z czasem, jak przeprowadził kilka transferów, przesiąknął środowiskiem i przejął jego zasady. Kiedy sugerowałem, żeby znalazł mi klub w ekstraklasie, to mówił, że jestem za stary i nie mam już szans. Grałem wówczas w Polkowicach i powiedziałem mu, że w I lidze nie potrzebuję menedżera, bo jestem już na tyle kojarzonym zawodnikiem, że sam sobie poradzę. Wtedy zakończyliśmy współpracę.

Dużo jest piłkarzy, którzy grają w ekstraklasie tylko dlatego, że mieli wyłącznie dobrego menedżera?

- Dużo. Niektórzy trafiali do reprezentacji czy ekstraklasy, bo mieli dobrego agenta albo układy.

Powiedział pan, że "piłkarskie środowisko jest zepsute". Co to znaczy?

- Prawie wszystko kręci się wokół pieniędzy. Teraz są one mniejsze, ale w dalszym ciągu są spore. Zarobić chcą nie tylko piłkarze, trenerzy, prezesi, menedżerowie, ale nawet dziennikarze. Wiem, że niektórzy dziennikarze chcieli pilotować transfery zawodników. Każdy widzi szanse łatwego zarobienia pieniędzy i jeśli nie przestaniemy patrzeć przez ten pryzmat, to w naszym futbolu nigdy nie będzie normalnie. A właśnie normalność i spokój w klubie czasami wystarczą do osiągania dobrych wyników. Pokazują to chociażby przykłady Jagiellonii, Śląska czy Górnika. Te kluby nie mają wielkich pieniędzy ani gwiazd, a mimo to są wysoko w tabeli.

Skąd u pana taka eksplozja formy?

- Do pewnych rzeczy podchodzę inaczej mentalnie. Wcześniej potrafiłem szybko wpaść w samozadowolenie, krytyka też działała na mnie negatywnie. Teraz krytyka mobilizuje.

Sam do tego pan doszedł?

- Za trenera Piotra Stokowca w Jagiellonii mieliśmy spotkania z psychologiem, ale do wszystkiego doszedłem sam. Mamy dobrą atmosferę w zespole. Nie ma tu wielkich indywidualności, ale rywalizacja odbywa się na zdrowych zasadach. No i w końcu wierzy we mnie trener. Nie potrzebuję, żeby na każdym kroku głaskał mnie po plecach, bo nie jestem takim typem zawodnika. Ale to się czuje, kiedy ktoś w ciebie wierzy i docenia pracę.

Najlepszy strzelec ligi, ale w mediach mało o panu piszą.

- Czasami mnie męczy, jak wydzwaniają dziennikarze z propozycją wywiadu. Nie żyję tym, bo wiem, że to mi sukcesu nie zapewni. Staram się zachować chłodną głowę. Nie chcę, żeby tego rozgłosu było za dużo, żeby nie było tego pompowania balonika. Nie czuję potrzeby podkreślania, że chcę strzelić w ekstraklasie 30 goli.

Przez wiele lat grał pan na Dolnym Śląsku, ale ze Śląska i Zagłębia nikt pana nie zauważył?

- Poważnych ofert z tych klubów nigdy nie było. Śląsk to drużyna, której kibicowałem od najmłodszych lat. To było marzenie, żeby reprezentować klub z najwyższej ligi i z Dolnego Śląska. Nie zostałem jednak dostrzeżony, ale nie mam pretensji.

A jakby przyszła oferta z Wrocławia? Latem będzie pan wolnym zawodnikiem.

- W piłce nożnej nie ma miejsca na sentymenty. Dla mnie najważniejsza jest możliwość rozwoju. Zaczynam myśleć o wyjeździe za granicę. Chciałbym zobaczyć, jak tam funkcjonuje futbol.

Mateusz Piątkowski

Urodził się w Bielawie. Przygodę z piłką zaczynał w Orle Piława Górna, później była Lechia Dzierżoniów, Polar Wrocław, Gawin Królewska Wola, GKP Gorzów, Dolcan Ząbki i Jagiellonia Białystok. Do ekstraklasy trafił ponad rok temu, mając 28 lat. Po 11 kolejkach z 9 golami jest najlepszym strzelcem ekstraklasy.