Przypadki piłkarzy Śląska w reprezentacji: Jedni przegrali z gwiazdami, inni z alkoholem

Kwiatkowski podpadł trenerowi Górskiemu, bo zamówił mleko, a nie piwo. Tarasiewicz cierpiał u Łazarka za kolczyki, a cała grupa utalentowanych graczy Śląska przez komunistyczne władze wojskowego klubu.


Sebastian Mila dwoma ostatnimi meczami w reprezentacji Polski zrobił furorę nie tylko w Polsce, ale i w piłkarskiej Europie. Fantastyczny gol w historycznym zwycięskim pojedynku z Niemcami oraz doskonała gra w końcówce spotkania ze Szkocją uczyniły z pomocnika Śląska jednego ze sportowych bohaterów kraju.

Milę za świetną grę komplementują wszyscy - fachowcy, kibice, dziennikarze i politycy. Kunszt gracza Śląska docenił sam prezes PZPN Zbigniew Boniek, jeden z najwybitniejszych zawodników w historii naszego futbolu. - Jak już Sebastian składał się do uderzenia, to wiedziałem, że będzie gol. On ma tak świetną technikę, że takie bramki jak Niemcom będzie strzelał nawet w wieku 50 lat - śmiał się Boniek.

Piłkarz otrzymał setki SMS-ów z gratulacjami, koledzy z boiska na Twitterze pisali o nim "wrocławski profesor". Udzielił mnóstwa wywiadów, był gościem politycznego programu "Kropka nad i". A w kolejce po następne wywiady czekają dziennikarze praktycznie z całego świata.

Paradoksem jest to, że Mila zagrał z Niemcami i Szkocją niecałe 45 minut, ale stał się wielkim bohaterem.

W cieniu światowych gwiazd

Śląsk przez wiele lat nie odgrywał istotnej roli w polskiej piłce, grał w niższych ligach. Przełomowym momentem okazały się lata 70. Wojskowi weszli do I ligi i dzięki pokoleniu wyjątkowo utalentowanych zawodników zaczęli odgrywać w ligowym futbolu coraz większą rolę.

Władysław Żmuda, Zygmunt Garłowski, Janusz Sybis, Zygmunt Kalinowski, Tadeusz Pawłowski czy Józef Kwiatkowski doprowadzili Śląsk do wielkich sukcesów. Problem w tym, że poza Żmudą w reprezentacji Polski żaden inny wrocławski piłkarz w zasadzie nie zaistniał.

Kiedy Śląsk rósł w lidze w siłę, reprezentacja prowadzona przez legendarnego Kazimierza Górskiego zdobywała olimpijskie złoto i srebro, sięgnęła po trzecie miejsce na świecie, rozgrywając wielkie historyczne spotkania.

Ale bez piłkarzy Śląska. Wyjątkiem był wspomniany Żmuda, który przyszedł do Śląska po mistrzostwach świata w 1974 roku i przez kolejnych sześć lat był kluczowym graczem wrocławskiego zespołu i reprezentacji. I jednym z najlepszych stoperów na świecie.

Inne piłkarskie gwiazdy Śląska miały ogromnego pecha. Piłkarze przegrywali rywalizację w reprezentacji z gwiazdami światowego formatu, gigantami futbolu. W kadrze na środku pomocy grał Kazimierz Deyna, a nie nasz Garłowski, na bramce stał Jan Tomaszewski, a Kalinowski był tylko rezerwowym. A napastnicy Śląska - Sybis, Kwiatkowski czy później Pawłowski - pozostawali w cieniu Lubańskiego, Laty, Gadochy i Szarmacha.

Zagrać na mundialu!

Ale niektórzy robili wszystko, aby choć przez moment wyjść z cienia. Piłkarze z rozbawieniem opowiadają sytuację, do której miało dojść podczas pamiętnych mistrzostw świata w Niemczech w 1974 roku. Bramkarz Śląska Kalinowski marzył, aby zaliczyć choćby epizod podczas tej imprezy. Jednak pewniakiem w bramce był Tomaszewski.

W drugim meczu turnieju Polska grała ze słabiutkim Haiti i bramkarz Śląska wymyślił fortel, który miał mu umożliwić grę w spotkaniu. Przed meczem w szatni podobno dogadywał się z Tomaszewskim.

- "Tomek", z Haiti wygramy bardzo wysoko, więc nie ma niebezpieczeństwa, że ja coś zawalę - miał tłumaczyć Kalinowski. - Pod koniec meczu, jak już będziemy wysoko prowadzić, to musisz udawać, że doznałeś kontuzji i konieczna jest zmiana. A wtedy trener Górski wpuści mnie do gry i zaliczę mecz na mistrzostwach - przekonywał.

Podobno Tomaszewski się zgodził. Ale na boisku Haitańczycy byli tak słabi, że praktycznie nie dostawali się pod naszą bramkę i Tomaszewski po prostu nie miał okazji, aby doznać choć drobnej kontuzji. No i "Kalina" nie zagrał w tym ani żadnym innym meczu mistrzostw świata. A mecz Polska wygrała 7:0.

Mleko poproszę

W połowie 1975 roku reprezentacja Polski wyjechała na tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Trener Górski do kadry powołał kilku wyróżniających się graczy z ligi, aby sprawdzić ich w drużynie narodowej. Wśród nich znalazł się napastnik Śląska Józef Kwiatkowski.

Amerykanie grali wówczas w piłkę słabo, a Kanadyjczycy jeszcze gorzej, więc korzyści szkoleniowe z tych meczów były średnie. Ale liczna Polonia amerykańska ekscytowała się wizytą naszej reprezentacji. Polonusi byli przeszczęśliwi, że mogą gościć legendarnego trenera oraz doskonałych piłkarzy, którzy po mistrzostwach świata w 1974 roku zostali bohaterami narodowymi.

Po każdym z meczów organizowano kolację piłkarzy z Polonusami. Trener Górski był bardzo towarzyskim człowiekiem, który uwielbiał gawędzić, a podczas rozmów nie pogardził koniakiem czy kieliszkiem dobrej wódeczki. Przed imprezą pozwolił piłkarzom, aby i oni symbolicznie czegoś mocniejszego się napili.

- Kelnerzy ruszyli do stołów przyjmować zamówienia - opowiadał jeden z uczestników kolacji. - Wybór każdego z zawodników był prosty: piwo, piwo, piwo, piwo - zamawiali poszczególni gracze. I wtedy spokojnie odezwał się Józio Kwiatkowski, który był abstynentem: - A ja mleko poproszę. Usłyszał to trener Górski. Lekko się skrzywił i ze swoim charakterystycznym lwowskim akcentem lekceważąco skomentował: - Eee, nieee, z niego to nie będzie prawdziwy piłkarz.

Po tym tournée napastnik Śląska już nigdy nie zagrał w kadrze.

Wojsko mówi "nie"

Po mistrzostwach świata w 1982 roku trener Antoni Piechniczek nieco przebudował reprezentację i wprowadził graczy młodszego pokolenia. Wśród nich niezwykle utalentowanych pomocników Śląska Ryszarda Tarasiewicza i Waldemara Prusika czy solidnych obrońców Pawła Króla oraz Kazimierza Przybysia.

Pod koniec 1983 roku Piechniczek wyznaczył kadrę, która w styczniu 1984 roku miała lecieć do Indii na turniej o Puchar Nehru. Ze Śląska powołania otrzymali Tarasiewicz, Prusik oraz Przybyś. Wtedy niespodziewanie zaprotestowali trenerzy Śląska. Po pierwszej rundzie sezonu drużyna była nisko w tabeli i szkoleniowiec wrocławian chciał mieć wszystkich w zespole, aby przygotowywać się do rundy rewanżowej. Tak jakby uważał, że treningi w reprezentacji będą czymś gorszym.

Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale w PRL wojskowe władze Śląska zablokowały wyjazd trzech piłkarzy na zgrupowanie reprezentacji Polski. Wydano kuriozalne oświadczenie, że Prusik, Tarasiewicz oraz Przybyś są żołnierzami i nie mogą wyjeżdżać za granicę. W oświadczeniu napisano jeszcze o trudnej sytuacji w ojczyźnie i niedawno zakończonym stanie wojennym.

Prusik: - Trener Piechniczek nie chciał o tym słyszeć i powiedział nam, że mamy lecieć do Indii. Poszliśmy do wojskowych szefów Śląska, ale kategorycznie zabronili nam wyjazdu. Powiedzieli, że następnego dnia o 8 rano mamy się zgłosić w klubie w wojskowych mundurach. A jak nie, to zgarnie nas Wewnętrzna Służba Wojskowa. Nie mieliśmy wyjścia, byliśmy wtedy żołnierzami służby zasadniczej, już po przysiędze. Nie polecieliśmy z reprezentacją do Indii. Najśmieszniejsze, że kilkanaście dni później pojechaliśmy ze Śląskiem za granicę. Na zgrupowanie do NRD.

"Taraś" jak Lubański

Absencję graczy Śląska wykorzystali inni piłkarze walczący o grę w reprezentacji. Później przez pewien czas Piechniczek nie powoływał zawodników Śląska do kadry, bo czuł się zlekceważony przez wrocławski klub. Stawiał na innych.

- Ta odmowa wyjazdu do Indii znacznie utrudniła nam wejście do reprezentacji - przyznaje Prusik.

Z upływem czasu Tarasiewicz oraz Prusik wrócili do kadry, ale nigdy nie stali się ulubieńcami Piechniczka. Mimo że bywali w doskonałej formie, najczęściej nie znajdowali uznania w oczach selekcjonera, który widział ich raczej jako rezerwowych.

A przecież kiedy Tarasiewicz w swoim debiucie w drużynie narodowej strzelił fenomenalną bramkę z rzutu wolnego Norwegom, katowicki "Sport" zatytułował relację z meczu: "Tarasiewicz jak Lubański". Bo zarówno zawodnik Śląska, jak i Lubański bramkę w debiucie strzelili właśnie Norwegom.

Tylko że genialny Lubański w debiucie w kadrze miał 16 lat. A "Taraś" - 22.

Ławka rezerwowych i trybuny

Na mistrzostwa świata do Meksyku w 1986 roku Prusik pojechał w nietypowej roli - jako jeden z dwóch graczy towarzyszących drużynie, ale oficjalnie nie był reprezentantem. Mecze oglądał z trybun. Załapał się Tarasiewicz. Jednak był tylko rezerwowym, mimo że w fazie grupowej drużyna prezentowała się słabo, a szczególnie zawodzili zawodnicy ofensywni.

Pomocnik Śląska na boisku pojawił się dopiero w czwartym meczu turnieju z Brazylią. W pierwszej części prezentował się świetnie, m.in. strzelił w słupek, a Polacy prowadzili wyrównany bój z renomowanym rywalem. Niestety, później spowodował rzut karny. Z czasem gra naszej drużyny rozsypała się, przegraliśmy 0:4 i musieliśmy wracać do domu.

Kitka, kolczyki i fatałaszki

Na piłkarzy Śląska zdecydowanie postawił następny selekcjoner Wojciech Łazarek. Zdarzało się, że powołania do reprezentacji otrzymywało pięciu zawodników wrocławskiego klubu, także kolejny wielki talent naszego futbolu - Andrzej Rudy. Ale efekty były różne.

Do kuriozalnej sytuacji doszło w 1987 roku, kiedy w Gdańsku Polska tylko zremisowała ze słabiutkim Cyprem 0:0. Już przed meczem Łazarek udzielał dziennikarzom wypowiedzi, z których wynikało, że niezbyt panuje nad zespołem. - Co było robić, gdyby przyjechał ci jeden zawodnik pijany, a drugi podrapany, jakby go małpy pogryzły, albo piłkarz przyjedzie z warkoczykiem i tylko brakuje mu wisiorka, a wyglądałby jak bażant - narzekał selekcjoner.

Niewiarygodne, że niektórzy winę za kompromitujący remis ze słabeuszem zrzucili na Tarasiewicza, który w tym meczu wcale nie wystąpił! Po rozmowie z Łazarkiem nieżyjący już dziś Janusz Atlas w relacji dla Polskiej Agencji "Interpress" napisał: "Najbardziej jednak zgorszył trenera piłkarz T., który przyjechał ufryzowany w koński ogon i z uszami obwieszonymi biżuterią. Łazarek jest pewien, że prowadzi zespół złożony z samych mężczyzn, i to stuprocentowych, a więc nakazał się zawodnikowi T. rozcharakteryzować, a póki co wyłączył go z treningów. Ten został na zgrupowaniu, ale na boisku mógł pojawić się dopiero po udowodnieniu ponad wszelką wątpliwość, że bardziej interesuje go męska gra niż dziewczęce fatałaszki".

Zarzuty Łazarka i Atlasa były bzdurne, ale część kibiców w nie uwierzyła. Wybuchł skandal, a sprawa stała się głośna w całej Polsce. Tarasiewicz natychmiast zareagował i skierował sprawę do sądu, oskarżając dziennikarza o zniesławienie. I wygrał. Atlas musiał zapłacić grzywnę.

Gol wszech czasów

Prawdziwym bohaterem już na boisku mógł zostać Tarasiewicz dwa lata później. W Sztokholmie Polska grała ze Szwecją w eliminacjach do MŚ 90. Do 87. minuty Szwedzi prowadzili 1:0. Wówczas nasi wykonywali rzut wolny z ponad 30 metrów. Do piłki podbiegł Tarasiewicz i niewiarygodnie kopnął lewą nogą - piłka dostała przedziwnej rotacji i z ogromną prędkością poszybowała w samo okienko bramki. Razem z nią do siatki wpadł też bezradny i zdezorientowany bramkarz Thomas Raveli. To była jedna z najpiękniejszych bramek strzelonych w meczach reprezentacji Polski.

Ale na tym emocje się nie skończyły. Polacy rozpaczliwie i ofiarnie się bronili. A w ostatniej minucie gry w zupełnie niegroźnej sytuacji Tarasiewicz sfaulował jednego z rywali. Szwedzi dośrodkowali w pole karne, błąd popełnił nasz bramkarz Bako i gospodarze strzelili zwycięskiego gola.

Zrozpaczeni Polacy rzucili się na murawę, a kilkanaście sekund później arbiter zakończył grę. Wtedy kamery telewizyjne pokazały, jak wściekły selekcjoner Łazarek podchodzi do załamanego pomocnika Śląska i z pretensją w głosie krzyczy do niego: "Rysiu, po co go faulowałeś?!".

Zmarnowany diament

W historii Śląska byli też gracze niezwykle zdolni, ale wielkiej kariery reprezentacyjnej nie zrobili. Głównie przez własne słabości.

Największy piłkarski talent miał pomocnik Mirosław Pękala. Błyskotliwy, doskonale wyszkolony technicznie, imponujący uderzeniem z dystansu. Od najmłodszych lat uważano, że będzie gwiazdą futbolu. W I lidze zadebiutował w 1977 roku, kiedy nie miał jeszcze 16 lat! To najmłodszy debiutant w historii Śląska.

We wszystkich reprezentacjach juniorskich i młodzieżowych Polski był kapitanem. Kiedyś wyliczono, że w kategorii juniora zaliczył najwięcej występów w drużynie narodowej ze wszystkich reprezentacji Europy. Z młodzieżowymi drużynami w różnych kategoriach wiekowych grał w finałach mistrzostw świata oraz Europy.

Potem Pękala trafił do pierwszej reprezentacji Polski. Ale już błyszczał. Niestety, w młodości zbyt forsowano jego organizm, co zahamowało jego piłkarski rozwój. Do tego doszły problemy poza boiskiem. Nadużywał alkoholu i to go sportowo niszczyło. Grał w lidze, ale już nie był najlepszy. Spowodował wypadek samochodowy i w Śląsku z niego zrezygnowano. Poszedł do Lechii Gdańsk. Jednak po kilku latach niespodziewanie wrócił do Wrocławia.

- Mieliśmy kiedyś trening - opowiadał ówczesny trener Śląska Romuald Szukiełowicz. - Obok boiska stał ktoś taki niepozorny, skromnie ubrany, lekko zniszczony przez życie. Nikt go nie poznał. Wreszcie ktoś rzucił: "Przecież to Mirek Pękala!". Zapytał mnie, czy pozwolę mu trenować z zespołem. Zgodziłem się. Wtedy w Śląsku grali m.in. Tarasiewicz czy Prusik, reprezentanci Polski. I wiesz co? Ten zaniedbany, zmęczony życiem Mirek był na treningach najlepszy! To było niewiarygodne. No, ale... - zawiesza głos.

Mieli wyjeżdżać właśnie na zgrupowanie i dzień przed Mirek wybrał się na piwo z jednym z napastników. - No i został na tym piwie przez tydzień. Poszedł w miasto i do gry już nie wrócił - z niedowierzaniem kręci głową trener.

Wieczny dzieciak

Niezwykły talent i karierę zmarnował też nieżyjący już napastnik Dariusz Marciniak. Jako 16-latek dostał się do I-ligowego Widzewa Łódź. Ale nie grał, gdy atak w zespole tworzyła reprezentacyjna para Dariusz Dziekanowski i Włodzimierz Smolarek. Marciniak przeszedł więc do Śląska, bo wierzono, że w wojskowym klubie panuje rygor i zawodnik się ustatkuje.

Nic z tego. Na boisku potrafił błyszczeć, imponować techniką i niekonwencjonalnymi zagraniami, ale po meczach robił, co chciał. Kiedyś imprezę zaczął już w klubowej szatni, tuż po meczu. Potem wsiadł w samochód i tuż po wyjeździe ze stadionu na ul. Grabiszyńskiej wpadł na latarnię. Samochód skasował, na szczęście sam poważnie nie ucierpiał.

Kilka razy zagrał w reprezentacji, strzelił gola w meczu z Węgrami. Ale poza boiskiem było już tylko gorzej.

Sportowo rozmieniał się na drobne i z upływem lat grał w coraz bardziej prowincjonalnych klubikach. Zmarł w 2003 roku na zawał. Miał tylko 37 lat.

Piłkarz czołgista

Stoper Paweł Król dostał powołanie do kadry jako 20-latek. Silny, skoczny, waleczny, dobrze grający głową - świetny materiał na klasowego gracza. W jednym z pierwszych swoich występów w reprezentacji strzelił gola w meczu przeciwko Portugalii. Później różnie z tą grą bywało. Po innym meczu z Portugalią, we Wrocławiu w 1983 roku, Król nie pojawił się na kolejnych treningach Śląska. Zniknął na tydzień. Sprawę może dałoby się zatuszować, ale razem z Królem po zgrupowaniu zgubił się Józef Młynarczyk - wówczas jeden z najlepszych bramkarzy świata.

Wokół ich zniknięcia urosły później niesamowite legendy, plotki. We Wrocławiu rozpowszechniano wersję, że piłkarze imprezowali w jednym z czołgów stojących przy wjeździe do miasta na cmentarzu żołnierzy radzieckich. Kilka lat temu piłkarz w jednym z wywiadów odniósł się do tych plotek. - Bzdury, nie piliśmy w żadnym czołgu! Naprawdę było wtedy w Polsce kilka fajnych miejsc, gdzie można było poimprezować - przekonywał.

W reprezentacji zagrał w sumie 22 mecze, strzelił trzy gole. W jednym z nich w eliminacjach do Euro '88 Polska zremisowała w Amsterdamie z Holandią 0:0. Król pilnował wtedy najlepszego napastnika na świecie Marco van Bastena i ten sobie nie pograł, gola nie strzelił. Półtora roku później ta Holandia została mistrzem Europy. A "Królik", jak go nazywali koledzy, grał raz lepiej, raz gorzej. Aż popadł w przeciętność.

Wrocławianin zatrzymał Anglię

Paradoksem jest to, że wychowankiem Śląska, który zrobił największą karierę w reprezentacji Polski, jest Jan Tomaszewski. Człowiek, o którym w 1973 roku po meczu Anglika - Polska na Wembley usłyszał cały świat. Bramkarz, o którym mówiło się wtedy: "Człowiek, który zatrzymał Anglię". Bramkarz, który zaliczył fenomenalny występ na mistrzostwach świata w 1974 roku, kiedy w turnieju finałowym obronił dwa rzuty karne i wywalczył z zespołem trzecie miejsce na świecie.

Pamiętny remis 1:1 na Wembley z bohaterem narodowym Tomaszewskim w roli głównej był meczem, który zmienił bieg polskiej historii futbolu. Stał się w pewnym sensie mitem założycielskim legendarnej drużyny Kazimierza Górskiego. Wprawdzie wcześniej drużyna Górskiego zdobyła olimpijskie złoto, wygrała w Chorzowie z Anglikami 2:0, ale to punkt wyszarpany w rewanżu Anglikom na Wembley zapewnił nam awans do finałów mistrzostw świata. Finałów, podczas których sięgnęliśmy po medal.

Jednak triumfy te Jan Tomaszewski święcił już nie jako piłkarz Śląska, ale ŁKS Łódź. Dziś mało kto już pamięta, że Tomaszewski to urodzony wrocławianin, wychowanek właśnie Śląska. Jego mama prowadziła mały kiosk na Dworcu Głównym PKP. Jako 12-letni trampkarz zaczynał grę w Śląsku, potem był w nieistniejącej już sekcji piłkarskiej Gwardii Wrocław. Wrócił do Śląska i w jego barwach zadebiutował w I lidze. W 1971 roku przeniósł się do Legii, a potem do ŁKS. I już z Wrocławiem, ze Śląskiem nigdy nie miał nic wspólnego.

17 października 1973 roku bohaterem Polski był wrocławianin Tomaszewski. Teraz, 12 października 2014 roku, pierwszy raz w 81-letniej historii pojedynków Polska pokonała Niemcy 2:0. A jednym z bohaterów tego meczu był gracz Śląska Sebastian Mila.

Tomaszewski i Mila umowną klamrą spinają te dwa epokowe dla polskiego futbolu wydarzenia.

Jesteśmy na Facebooku! Wystarczy, że nas polubisz >>

Wrocław.sport.pl ćwierka także na Twitterze >>